Teraz kręci "Batman v Superman", poznaj jego (nie)remake. "Niewidzialny" - między życiem a śmiercią

- Strasznie chciałem zrobić "Niewidzialnego". To nie jest tak do końca remake, ale oryginał bardzo mi się podobał - mówił David S. Goyer, specjalista od kina komiksowego i wielbiciel horrorów, tłumacząc, dlaczego właściwie zdecydował się wyreżyserować stonowany i nostalgiczny dramat, pozornie leżący na tak odległym biegunie od jego dotychczasowych artystycznych dokonań.


Swoją fabułę Goyer oparł na szwedzkim "Den Osynlige" z 2002 roku (zainspirowanym z kolei powieścią pod tym samym tytułem autorstwa Matsa Wahla). - Chciałem mu oddać sprawiedliwość, bo amerykańska publiczność prawdopodobnie nigdy nie zobaczy szwedzkiej wersji, a to naprawdę dobra rzecz. Jestem jej wielkim fanem i nie chciałem zawieść swoich widzów- dodawał.

Kariera przez przypadek

Jako twórca Goyer na samym początku otrzymał ogromny kredyt zaufania, bo choć doświadczenie reżyserskie miał niewielkie - zaledwie "Zig Zag", "Blade: Mroczna Trójca" i serial "Threshold - Strategia przetrwania" - już wcześniej dał się poznać jako utalentowany pisarz i autor komiksów. To spod jego ręki wyszły scenariusze do "Władcy marionetek", "Mrocznego miasta", "Blade'a - Wiecznego łowcy" czy wreszcie "Batmana - Początku". "Niewidzialny", który do kin trafił w 2007 roku, opowiada historię nastoletniego Nicka; chłopiec zostaje dotkliwie pobity, a jego ciało oprawcy porzucają w lesie. Uwięziony na granicy życia i śmierci, niewidzialny dla innych, obserwuje swoich bliskich, przyjaciół i wrogów, dostrzegając nagle to, co tak długo pozostawało dla niego niewidoczne, powoli poznając - nie zawsze wygodną - prawdę o sobie i innych.

W głównego bohatera, Nicka Powella, wcielił się Justin Chatwin, aktor znany między innymi z "Wojny światów" (gdzie wcielił się w syna bohatera granego przez Toma Cruise'a), który kilka lat później zyskał ogromną popularność dzięki serialowi "Shameless: Niepokorni". A przecież Chatwin tak długo opierał się przeznaczeniu i wcale nie zamierzał wkraczać do branży filmowej.

Przed kamerę trafił przez przypadek - kolega namówił go, by wzięli udział w przesłuchaniu do "Josie i kociaki". Spodobał się, dostał niewielką rólkę i niespodziewanie zasmakował w zawodzie aktora. Rodzice zresztą wspierali go w marzeniach o sławie i zachęcali, by nie obawiał się porzucić college'u i próbować swoich sił na planie. Ambitny chłopak ze studiów nie chciał jednak zrezygnować i po prostu w wolnych chwilach pobierał lekcje aktorstwa. W 2005 roku przeprowadził się do Los Angeles, by zwiększyć swoje szanse na sukces. Czekał cierpliwie, ale opłaciło się; wkrótce nie musiał się już obawiać o brak zajęcia. I do tej pory idzie mu nieźle - w tym roku pojawi się aż w sześciu produkcjach. Zresztą i sam Goyer nie narzeka na nadmiar czasu do zmitrężenia; niedawno pracował nad scenariuszem wyczekiwanego blockbustera "Batman v Superman: Świt sprawiedliwości".

Nagraj to jeszcze raz

Niektórzy dziwili się, że Goyer bierze na warsztat mało znany szwedzki film, ale w tym szaleństwie tkwiła metoda. Hollywood bowiem kocha wszelkiego rodzaju remaki, sequele, prequele i rebooty; również dlatego, że coraz trudniej teraz o dobry scenariusz oryginalny. A w przypadku remake'ów sprawa jest wyjątkowo prosta - wyznaje się zasadę, że jeśli coś już się kiedyś sprawdziło, to dlaczego nie miałoby się udać ponownie?

A jeśli nie wyszło za pierwszym razem, teraz jest szansa na poprawienie lub wyeliminowanie słabości i błędów oryginału, a także podrasowanie fabuły w myśl zasady "szybciej, więcej, mocniej". W końcu znany tytuł, który wcześniej już ściągnął do kin dzikie tłumy - lub chociaż zebrał świetne recenzje - nieco odświeżony i podrasowany, jest idealnym wabikiem na widzów, kierujących się sentymentem, znajomością tytułu lub chociaż ciekawością, "no, no, zobaczmy, co tym razem namieszali". Zresztą często chodzi tu też o faktyczny brak nowych pomysłów, a także wiszący gdzieś w tle, nieustanny lęk przed oskarżeniem o odtwórczość. I to sprawia, że remake wydaje się tak bezpiecznym rozwiązaniem, bo owszem, jest wtórny, ale wtórnością celową i świadomą.

Do dziś zresztą toczone są dyskusje o przewadze - bądź nie - remake'ów nad oryginałami. Uwspółcześnione wersje starych hitów, z nowymi, znanymi aktorami, pełne efektów specjalnych, często łatwiej trafiają do młodego widza niż produkcje sprzed dekad, nierzadko sprawiające wrażenie archaicznych. Ważne jednak, by remake nie był ślepym i biernym naśladownictwem pierwowzoru, a niósł ze sobą świeżość, miał nowy sznyt i autorski rys. Istotne jest również to, na co zwrócił uwagę Goyer, kręcąc swojego "Niewidzialnego". Amerykańscy widzowie mają bowiem istotny problem z filmami spoza swojego kręgu kulturowego. Produkcje europejskie nierzadko traktowane są z dystansem, jako "gorsze", a często nie trafiają do obiegu i pozostają szerszej publiczności praktycznie nieznane. To dlatego remaki filmów spoza Stanów Zjednoczonych są nie tylko mile widziane, ale wręcz pożądane. Naturalnie przerobione na hollywoodzką modłę, z amerykańskimi nazwiskami w obsadzie i dostosowane do ichniejszej rzeczywistości. I ot, cała tajemnica - a przepis na sukces gotowy.