Panie pilocie, dziura w samolocie. James Franco za sterami myśliwca. I spektakularna I wojna światowa w tle

W kinie wojennym koniec końców zawsze chodzi o prawdę, a z tym, jak wiadomo, bywa różnie. We "Flyboys - bohaterskiej eskadry" od drobnych inscenizacyjnych błędów aż się roi. Nie zmienia to jednak faktu, że zrealizowany za blisko 60 milionów dolarów film Tony'ego Billa jest szalenie efektowny. Zwłaszcza że za sterami jednego z samolotów siedział James Franco. Wtedy jeszcze jedynie "ładny chłopiec".
Gdyby ktoś zapytał mnie, z czym kojarzy mi się nakręcony przed dziesięcioma laty film Tony'ego Billa "Flyboys - bohaterska eskadra", w pierwszej kolejności wymieniłbym pewnie dwie rzeczy. Spektakularne lotnicze akrobacje, od których zakręcić może się w głowie, a zaraz obok nich łotrzykowski uśmiech Jamesa Franco, będący zwiastunem dużej hollywoodzkiej kariery.



Popularny aktor wciela się tu w postać Blaine'a Rawlingsa, jednego z członków legendarnej Eskadry Lafayette'a. To dywizjon francuskich sił powietrznych, złożony w dużej mierze z amerykańskich ochotników walczących w I wojnie światowej, jeszcze zanim do konfliktu przystąpiła ich ojczyzna. Obraz Billa, skądinąd dużo bardziej cenionego aktora i producenta (współprodukował m.in. znakomite "Żądło" George'a Roya Hilla) niż reżysera, to nie tylko dowód na to, że w Hollywood dużo łatwiej niż w Polsce zrobić film o bohaterskich pilotach, ale także spojrzenie na czasy traktowane przez kino trochę po macoszemu. Bo nie ma co ukrywać, że gdy filmy poświęcone II wojnie światowej, Wietnamowi czy Korei wymieniać możemy jednym tchem, z tymi o I wojnie światowej może być nieco większy problem.

Być może dlatego, że te największe klasyki to dla przeciętnego widza, zorientowanego przede wszystkim w bieżącym repertuarze, filmowa prehistoria. Od Charlesa Chaplina ("Charlie żołnierzem") i Jeana Renoira ("Towarzysze broni") przez Howarda Hughesa ("Aniołowie piekieł"), Stanleya Kubricka ("Ścieżki chwały") po Davida Leana ("Lawrence z Arabii") czy Petera Weira ("Gallipoli"). Współcześnie zbyt wiele takich produkcji nie powstaje, a jeżeli już, to nie są one na tyle interesujące, by mogły dorównać wspomnianym poprzednikom. Nawet jeśli za kamerą stają tacy mistrzowie, jak Steven Spielberg w "Czasie wojny" czy Francuz Jean-Pierre Jeunet w "Bardzo długich zaręczynach".

W kinie wojennym koniec końców zawsze chodzi o prawdę, możliwie najwierniejsze odzwierciedlenie historycznych realiów, a z tym, jak wiadomo, bywa różnie. Zwłaszcza gdy za realizację zabierają się dysponujący sporymi budżetami Amerykanie, którzy często na potrzeby filmowego obrazu historię lubią nieco "uatrakcyjniać". To poniekąd przypadek "Flyboys - bohaterskiej eskadry", gdzie od drobnych inscenizacyjnych błędów aż się roi.

Na forach dyskusyjnych kolejni miłośnicy awiacji prześcigają się w tropieniu tych niedoskonałości. A to nie ten samolot, a to nie ten manewr. I tak dalej. Nie zmienia to jednak faktu, że zrealizowany za blisko 60 milionów dolarów film Tony'ego Billa pod względem powietrznej akcji jest szalenie efektowny. Stało się tak w dużej mierze za sprawą techniki motion capture, którą użyto tu po raz pierwszy do oddania ruchu samolotów. I przyznać trzeba, że w przypadku walk znanych z I wojny światowej dwu- czy trzypłatowców sprawdziło się to znakomicie.

Zwłaszcza że za sterami jednego z samolotów siedział James Franco. Wtedy jeszcze jedynie "ładny chłopiec" i aktorska nadzieja amerykańskiego kina, dzisiaj szalenie oryginalny artysta, obdarzony - jak często mówi się o nim z przymrużeniem oka - twórczym ADHD. Bo to nie tylko aktor, ale i reżyser, scenarzysta, producent. A także - pisarz, muzyk oraz malarz.

Pytany o ten nadmiar aktywności, w jednym z wywiadów przekonuje: "Nie mam czasu na relaks. Zresztą nawet nie lubię spać. Mam poczucie, że zbyt wiele jest do zrobienia". Co, jak widać, wciela w życie, w dodatku będąc człowiekiem, który ponad wszystko lubi wyzwania. Zdarzyło mu się bowiem odegrać rolę znanego amerykańskiego poety Allena Ginsberga w "Skowycie" Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana, ale i przez dłuższy czas być uwięzionym w skalnej szczelinie (w "127 godzinach" Danny'ego Boyle'a).

Był już gangsterem z efektownymi warkoczykami i złotymi nakładkami na zębach (u Harmony'ego Korine'a w "Spring Breakers"), ale i społecznym działaczem walczącym na rzecz równouprawnienia mniejszości seksualnych ("Obywatel Milk" Gusa Van Santa). Żartowano nawet, że duży festiwal - w Cannes, Wenecji czy Berlinie, bez Franco w roli aktora, reżysera, producenta czy nawet podkładającego głos w filmie (a i tak się zdarzało) nie ma racji bytu. I wygląda na to, że kolejny rok w tej materii nie będzie wyjątkiem, bowiem aktor w postprodukcji ma blisko dziesięć przedsięwzięć.

We "Flyboys - bohaterskiej eskadrze" wciela się w postać jednego z amerykańskich pilotów formowanego właśnie oddziału. Chłopaka, którego okoliczności zmusiły do tego, by uciekł z kraju, a wojna jest dla niego nie tylko areną zmagań o życie, ale i miejscem miłosnych rozterek. Bo w filmie pasjonata lotnictwa Tony'ego Billa obok zbrojnych działań jest również miejsce na uczucie. Ale nie tylko, także na walkę z klasowymi czy rasowymi uprzedzeniami, a nawet naukę podstaw języka francuskiego. Choć ta, dla "dzielnych amerykańskich chłopców" jest chyba z tego wszystkiego najtrudniejsza.