Maseo z De La Soul: "Zalewa nas zła muzyka, bo dziś każdy wydaje płytę" [WYWIAD]

Hip-hop na początku był kulturą ubogich. Nie bawiliśmy się w klubach, tylko w domach, na skwerach. Nie mieliśmy pieniędzy na instrumenty, więc muzykę musiał nam zapewniać didżej. To miało bardzo silną moc wiązania ze sobą ludzi - opowiada raper i didżej Maseo z grupy De La Soul, która będzie gwiazdą Burn in Snow.
Łukasz Kamiński: Rapowanie, didżejowanie, b-boying i graffiti - to cztery filary, na których oparta jest kultura hiphopowa. Jak ważne były dla was te elementy, kiedy w połowie lat 80. zakładaliście De La Soul?

Maseo: Wyrastaliśmy na tej kulturze. Wielu z nas zaczęło w pewnym momencie szukać sobie w niej miejsca, każdy próbował odnaleźć sposób wyrazu, ekspresji, w którym mógłby się spełnić. I tak niektórzy z nas zostali b-boyami, inni zajęli się graffiti, my odnaleźliśmy swój talent w rapowaniu i didżejowaniu. W miarę jednak jak hip-hop zaczął z kultury przemieniać się w biznes, związki pomiędzy poszczególnymi elementami rozluźniły się. Są mimo to artyści, którzy wierni są tradycji - raper Common wciąż jest silnie związany ze sceną b-boyingową, zespół Dilated Peoples promuje graffiti.

Dlaczego kultura hip-hopowa narodziła się w Nowym Jorku? Co było takiego niezwykłego w tym mieście?

- To było przeznaczenie. Urodziłem się w 1970 r., kultura hip-hopowa zaczęła się na dobre rozwijać około 1973 r. Dorastałem w jej otoczeniu, to było dla mnie coś zupełnie naturalnego, oczywistego. Na początku to była kultura ubogich. Nie bawiliśmy się w klubach, tylko w domach, na skwerach. Nie mieliśmy pieniędzy na instrumenty, więc muzykę musiał nam zapewniać didżej. To miało bardzo silną moc wiązania ze sobą ludzi.



Dziś hip-hop nie jest już wyłącznie kulturą ubogich. To wielomiliardowy biznes.

- Zmiany na lepsze i na gorsze to jedna z cen rozwoju, ewolucji. Dziś zalewa nas zła muzyka, bo każdy, kto ma na to ochotę, wydaje płytę bez żadnych przeszkód. W latach 80. to wcale nie było takie łatwe, przebijali się tylko nieliczni. Reszta musiała wydawać swoją muzykę na singlach. Było tylko kilka wytworni - Def Jam, Tommy Boy, Profile, Select Records - na których mogłeś polegać, w ciemno zaufać, że to, co one wydadzą, będzie w większości przypadków dobre. Żeby podpisać kontrakt, musiałeś się pofatygować do Nowego Jorku i modlić się, żeby przedstawiciel firmy płytowej w ogóle zechciał się z tobą spotkać. Poza talentem trzeba było mieć upór, charakter. Dziś celem jest zostać gwiazdą, a nie wydać płytę. Zmieniły się priorytety oraz etyka pracy.

A co dobrego przyniósł hip-hopowi rozwój, co dała jego ewolucja?

- Dała ludziom legalną, często dobrze płatną pracę, otworzyła drzwi do kariery artystycznej. 95 procent ludzi na świecie zarabia na życie, wykonując pracę, której nie lubi, która jest im obojętna. Hip-hop dał szansę nam i wielu innym, by utrzymywać się z zajęcia, które kochamy, które jest naszą pasją. Poza tym, gdyby hip-hop nie stał się tak bardzo popularny i powszechny, to pewnie nigdy nie dotarłby do Polski. Ta kultura, która powstała prawie 40 lat temu w biednych dzielnicach Nowego Jorku, jest dziś częścią kultury polskiej młodzieży. I to jest wspaniałe.