Czołowi polscy didżeje podbijają światową scenę muzyczną. Catz 'N Dogz: Tłumaczyliśmy urzędniczkom czym jest remiks [ROZMOWA]

Talent, doświadczenie, etos ciężkiej pracy i wiara w przyjaźń. To podstawa sukcesu. Kiedy na początku nowego tysiąclecia dwóch młodych szczecińskich didżejów i producentów rozpoczynało współpracę nie sądziło zapewne, że dziesięć lat później będą ambasadorami polskiej muzyki tanecznej na świecie, że będą występować od Berlina przez Manchester, Paryż, Moskwę, Istambuł, Miami, po Sydney.
Dziś kalendarz Grzegorza Demiańczuka i Wojciecha Tarańczuka jest gęsto bardzo wypełniony, didżeje regularnie występują w weekendy, zdarza się też, że grają we wtorki, czwartki. A każdą wolną od występów chwilę poświęcają pracy nad własną muzyką oraz prowadzeniem wytwórni Pets Recordings.

Lada moment nakładem Pets Recordings ukaże się składankowy album "Friends Will Carry You Home Too". Na tym dwupłytowym wydawnictwie znalazło się ponad trzydzieści oryginalnych kompozycji oraz remiksów w wykonaniu zaprzyjaźnionych z wytwórnią artystów. Są goście zagraniczni, jest i polska cziołówka. Niektórych będzie można usłyszeć już w sobotę w 1500m2. Obok gospodarzy wystąpią Heidi, Tim Paris, A1 Bassline, Trikk, SLG, Chmara Winter, BLCKSHP oraz Eats Everything.

Łukasz Kamiński: Historia Catz'n'Dogz sięga 2003 roku. Obchodzicie więc w tym roku jubileusz.

- Grzegorz Demiańczuk: Tak, od tylu lat współdziałamy. Zanim się jednak poznaliśmy Wojtek już organizował w Szczecinie dużo imprez, ja prowadziłem w radiu swoją audycję. Kiedy się poznaliśmy połączyliśmy siły, w 2003 roku zaczęliśmy wspólnie organizować imprezy, dwa lata później wydaliśmy swoją pierwszą płytę.

Jaki wpływ na Was miał Berlin? Tak potężny ośrodek muzyki elektronicznej od Szczecina oddalony jest tylko o godzinę drogi.

- No, półtorej godziny. Godzina to tak na wariata (śmiech). Berlin oczywiście miał wielki wpływ na nas, na to czego słuchaliśmy, jak postrzegaliśmy całą scenę klubową. To były czasy, kiedy dostęp do takiej muzyki wcale nie był łatwy i oczywisty, jak dziś. Słuchaliśmy więc niemieckich stacji radiowych, które łapaliśmy z wieżowca, w którym mieszkam. Czasem musiałem ustawiać antenę gdzieś wysoko na szafie, żeby odbierać berlińskie rozgłośnie nadające w weekendy muzykę, która mnie interesowała. Staraliśmy się też oglądać niemiecką telewizję. Kiedy tylko odkryliśmy sklepy płytowe w Berlinie zaczęliśmy tam regularnie jeździć całą ekipą. Zrzucaliśmy się na benzynę i ruszaliśmy w podróż. Często towarzyszyli nam didżeje, z prężnie działającej wtedy w Szczecinie sceny hip hopowej. Pamiętam, że każdy z nas miał listę z płytami, które chce kupić, z nagraniami których szukaliśmy i były bitwy, kto pierwszy wręczy sprzedawcy swoje typy. Mieliśmy też szansę podglądać i podsłuchiwać niemieckich didżejów, którzy grali muzykę, jakiej w Polsce nigdzie nie można było usłyszeć. To były dobre czasy.

Kiedy zaczęliście występować za granicą?

- Pierwszą imprezę zagraliśmy w Berlinie właśnie, w klubie "Maria" z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej. W 2005 roku natomiast polecieliśmy też do Paryża, co było dla nas sporym przeżyciem. Zrozumieliśmy też wtedy, że możemy śmiało jeździć za granicę, nabraliśmy wiatru w żagle. Pozbyliśmy się kompleksów. Zaczęliśmy się wszystkiego sami uczyć, jak bukuje się występy zagranicą, jak zakłada i prowadzi się własną wytwórnię, jak radzić sobie z coraz to nowymi, często zaskakującymi przeszkodami, jak np. podatki. Kiedyś utknęliśmy w Urzędzie Podatkowym, tłumacząc pani urzędniczce czym jest remiks. Wszystko szło w miarę dobrze, do momentu kiedy pani zapytała się o to gdzie powstał ten remiks. Gdy Wojtek odpowiedział, że w samolocie podczas podróży, to nie wiedziała, jaką stawkę VATu zastosować.

A kiedy zrozumieliście, że się Wam udało, praca, zaangażowanie przyniosły efekt?

- Były dwie takie chwile. Pierwsza, kiedy osiągnęliśmy popularność z naszym pierwszym projektem 3 Channels. Druga, gdy postanowiliśmy zmienić nazwę na Catz'n'Dogz.

Dlaczego ją zmieniliście?

- Nie chcieliśmy być kojarzeni tylko z jednym gatunkiem elektroniki. Potrzebowaliśmy wolności artystycznej i różnorodności. To było słuszne posunięcie, czego najlepszym dowodem była współpraca z Claudem VonStrokiem, który przyjął nas do swojej wytwórni Dirtybird. Najpierw zaproponował nam zrealizowanie remiksu, potem spytał się czy nie nagralibyśmy całego albumu.

Występujecie na całym świecie, współpracujecie z innymi doskonałymi didżejami i producentami. Jak z tej perspektywy oceniacie to co dzieje się w Polsce?

- Taneczna muzyka elektroniczna wciąż nie jest tak popularna, jakbyśmy chcieli. Natomiast na bardzo wysokim poziomie są wytwórnie, które wydają muzykę elektroniczną i hip hopową, jak choćby UKnowMe Records, która jest niesamowita pod względem muzycznym, ale też i graficznym.

Wy współpracujecie z kilkoma polskimi artystami, wydajecie doskonałych SLG, Viadrinę, Chmarę Winter.

Takie było założenie Pets Recordings. Cały czas szukamy kolejnych artystów z Polski, sumiennie przesłuchujemy wszystkie demówki, które do nas przychodzą. Gdy tylko trafimy na kogoś dobrego staramy mu się pomóc, zapewnić promocję, bo przebić się na Zachodzie jest dziś niesłychanie trudno.

Impreza odbywa się m.in. z okazji wydana przez Was nowej płyty "Friends Will Carry You Home Too". Oficjalna premiera przewidziana jest na 18 marca. Będziecie wtedy w Miami, gdzie będzie odbywał się jeden z największych festiwali muzyki tanecznej. Celowo wybraliście taką datę premiery?

- Nie. Prawda jest taka, że wszystkim, co jest związane z naszymi występami, muzyką, wytwórnią, zajmujemy się z Wojtkiem sami. Koordynacja wszystkich działań jest więc nie lada wyzwaniem. Data jest więc nieco przypadkowa, musieliśmy skończyć produkcję, przygotować teledyski, które towarzyszyć będą płycie, a będzie ich dziesięć. Przygotowania tego projektu po prostu zajęły nam sporo czasu.

Więcej o: