Ten koncert przejdzie do historii. Rolling Stonesi zagrali na Glastonbury [DZIEŃ 2.]

Po pięćdziesięciu latach definiowania rock'n'rolla zadebiutowali na festiwalu w Glastonbury. I to jak.
W sobotę w Glastonbury od samego rana było wiadomo, kto będzie największym bohaterem tego dnia, a zarazem - całego festiwalu. Mało kto nie miał na sobie koszulki The Rolling Stones - przeważały oczywiście te z ikonicznym wystawionym z krwistoczerwonych ust językiem, ale sporym powodzeniem cieszył się też specjalny wzór przygotowany na sobotnią okazję, niektórzy nosili zaś maski z twarzami członków grupy. Obsługa techniczna głównej sceny już wczesnym popołudniem zaczęła wokół niej instalować flagi z logo grupy. Wszędzie: pod scenami, w barach, w namiocie prasowym i strefie VIP można było podsłuchać rozmowy o ulubionych płytach Stonesów, o kondycji mocno już przecież wiekowych muzyków czy o tym, jakie utwory zabrzmią na wieczornym koncercie. Nastrój oczekiwania gęstniał z godziny na godzinę coraz bardziej.

Kliknij, żeby zobaczyć zdjęcia z koncertu Stonesów na Glastonbury >>

Śledź nasze relacje z Glastonbury 2013 i innych letnich festiwali TUTAJ >>

Tak się robi (rockową) historię

Koncert rozpoczął się z piętnastominutowym opóźnieniem, ale za to z takim wykopem, że nikt nie mógł narzekać: gitarzyści zaczęli grać nieśmiertelny riff piosenki "Jumping Jack Flash", a Mick Jagger wpadł na scenę z energią, jakiej pozazdrościć mogłoby mu wielu muzyków... trzy razy od niego młodszych. To było niemal nie do wiary, ale wokalista grupy szalał, jakby wciąż trwało lato miłości, a on był jednym z jego najważniejszych głosów, poruszał się prawie dokładnie tak samo, jak na kadrach słynnego dokumentu filmowego, sprzed prawie pół wieku - przez część występu był nawet podobnie ubrany. Reszta zespołu nie ustępowała mu na krok, tak jakby czas stanął w miejscu, jakby muzycy nie mieli na karkach siedemdziesiątki, jakby rock'n'roll w jakiś przedziwny sposób bardzo skutecznie ich zakonserwował. Bo przecież nie chodziło tylko o to, że - choć trudno to sobie wyobrazić - był to ich debiut na tej scenie: w ciągu ponad czterech dekad istnienia festiwalu w Glastonbury, zespołowi nigdy nie było dane na nim wystąpić. Nie chodziło o to, że pod sceną było kilkadziesiąt tysięcy osób, tłum nieoglądany na koncertach prawie nigdy. Wyglądało po prostu na to, że tych kilku - nawet nie podstarzałych, ale po prostu starych - facetów naprawdę znakomicie się bawi, znakomicie umie grać w tę grę, której reguł byli przecież istotnymi i znaczącymi współautorami.

Jasne, były podczas tego długiego, ponad dwugodzinnego, koncertu fragmenty, kiedy tempo trochę spadało, a muzycy stosowali najróżniejsze sztuczki, mające zamaskować chwile słabości - taka choćby solówka na harmonijce ustnej, pewnie - wirtuozerska, ale jednocześnie pozwalająca reszcie zespołu złapać oddech. Poza tym nie byli sami. Przez scenę oprócz muzyków z podstawowego, legendarnego składu przewinęło się kilkunastu występujących gościnnie instrumentalistów, którzy przejmowali na chwilę ciężar koncertu, pozwalając Jaggerowi zmienić koszulę, a Richardsowi dyskretnym ruchem rozmasować bolące plecy. Tego typu drobiazgów można muzykom wytknąć jeszcze sporo, ale byłoby to nieludzkie i niestosowne: ich energia, ich żywiołowość, ich szczera żarliwość podczas tego występu absolutnie usprawiedliwiają wszelkie kompromisy wobec wieku. Było nie było na to, co Stonesi robili na Pyramid Stage przez dwie godziny swego występu, stać byłoby naprawdę tylko bardzo nielicznych ich rówieśników.

I jeszcze jedno: każda minuta tego koncertu udowadniała w jeszcze inny sposób, jakiego kalibru jest to zespół. Chodzi o repertuar występu. Ponad dwie godziny - dwa tuziny piosenek. I nie było wśród nich nawet jednego wypełniacza, utworu przypadkowego czy nieważnego. Każda z wykonanych kompozycji była mniejszym lub większym - ale zdecydowanie częściej: większym - klasykiem. Znanym na pamięć wszystkim szanującym się fanom rocka, wzorem dla setek innych piosenek, coverowanym przez setki innych zespołów, związanym z setką anegdot i historii, którymi wypełnione są rockowe annały. "Paint It Black", "Gimme Shelter", "Brown Sugar", zagrany pod koniec koncertu utwór "Sympathy for the Devil", przed którym Jagger przebrał się w spektakularne, czarne futro do samej ziemi, a smok umieszczony na szczycie górującej nad sceną piramidy, zaczął zionąć ogniem, czy kończąca ten występ, nieśmiertelna - pisząc o tym zespole po prostu nie sposób nie nadużywać tego słowa - piosenka "(I Can't Get No) Satisfaction", zwieńczona krótkim, ale efektownym pokazem fajerwerków. A to przecież tylko początek długiej listy. Bez dwóch zdań - nie ma dziś drugiego takiego zespołu. Bez dwóch zdań - jego występ na festiwalu Glastonbury był jednym z najważniejszych rockowych wydarzeń ostatnich miesięcy, a pewnie i lat.

Inne zabawki

Ale przecież nie samymi Stonesami - nawet mimo tego, że sobota na festiwalu była wyraźnie i pod wieloma względami podporządkowana ich występowi - Glastonbury żyje. Zanim klasycy pojawili się na głównej scenie, można było zobaczyć sporo ciekawych występów.

Znakomicie wypadł zespół Dry The River: młodzi muzycy pewnie przeprowadzili publiczność za rękę po swoich emocjonalnych traumach, prezentując kilka piosenek ze swojego debiutu, dwie premierowe kompozycje z przygotowywanej właśnie nowej płyty, kończąc zaś swój występ przejmującym przebojem "No Rest", opowieścią o straconej miłości. Ale najmocniejszymi momentami ich koncertu były piosenki "Demons" i "Lion's Den", w których najlepiej widać bardzo oryginalny pomysł tych artystów na granie muzyki. Zaczynają się one w bardzo łagodny i delikatny sposób, opierając się na wyciszonej grze akustycznych gitar i śpiewających unisono głosów, by narastać powoli i kończyć się iście postrockowym sonicznym szaleństwem, rozpisanym na trzy gitary i skrzypce.

Z bardzo dobrej strony pokazała się młoda formacja Toy, której ostentacyjnie długowłosi członkowie, bez słowa wstępu, zaserwowali publiczności prawie trzy kwadranse transowego, psychodelicznego rocka na bardzo wysokich obrotach. Ten koncert był wyraźnym sygnałem, że na ten zespół warto zwrócić uwagę - choćby wybierając się na jego sierpniowy koncert w Polsce, w ramach pełnego tego typu muzycznych niespodzianek gdańskiego festiwalu Soundrive.

Znakomicie, jak zawsze, wypadły cztery dziewczęta z grupy Savages. Niezłomnie ubrane w stanowczą czerń, drapieżnie nieobecne, gorączkowo szorstkie i wybuchowe. Zaprezentowały morze brzmieniowego brudu, wykonawczej bezkompromisowości, spontanicznego nieokrzesania. Zaprezentowały znakomitą formę, która świetnie wróży przed ich występem na Open'erze.