Polityczny thriller według Jo Nesbo. "Okupowani" od środy w Ale kino+

Serial według pomysłu Jo Nesbo? Oczywiście, że warto zobaczyć. Zwłaszcza, że nie mogliście poznać tej fabuły w żadnej jego powieści. Zwłaszcza, że odpowiada na nasze obecne lęki i mówi o całkiem prawdopodobnej przyszłości. Nieprzyjemnej. Świetnie zrealizowany, trzyma w napięciu i daje do myślenia. Premiera w środę w Ale kino+, niedługo po premierze światowej, i jak mało który zasługuje na wyróżnienie i suplement do codziennego Polecaja TV. To trzeba zobaczyć.
Świat jest coraz mniej przyjaznym miejscem. Coraz częściej mówi się o zbliżającym się końcu europejskiego dobrobytu i względnego spokoju. Polityka miesza się z biznesem, a biznes to już prawie wyłącznie wielkie korporacje. Kto rządzi naprawdę? I w czyim interesie? A kiedy oglądamy - bezpiecznie, bo w telewizorze - jak Rosja zajmuje Krym, jak na europejskich czy światowych szczytach podejmuje się decyzje o "bratniej pomocy" dla tego czy innego kraju, to czy naprawdę wiemy w czyim to jest interesie? Oczywiście możemy się tylko domyślać, albo snuć różne spiskowe teorie.

"Dobrem" ogólnym daje uzasadnimy wszystko?

W "Okupowanych" właśnie z takiej "troski" wynika cała masa dających się oczywiście uzasadnić ruchów światowych rządów. Ale przecież wiemy, że "dobrem" ogólnym uzasadnić można wszystko. Każdą niegodziwość. Jo Nesbo pisał swój scenariusz, oczywiście tworząc sytuację hipotetyczną, która zdarzyć się nie musi. Ale przyznam, że jestem bardzo ciekaw - i spróbuję wyjaśnić to u źródła - czy to jest zwyczajna pisarska gdybologia, czy tekst wynika z realnych lęków autora, który śledzi dzisiejszą politykę i wie, że nawet to co wydaje się niewyobrażalne, co teoretycznie nie ma prawa się wydarzyć, staje się faktem?

My - tu, w Polsce - oczywiście nie wyobrażamy sobie, że pozwalamy na to, żeby inny kraj, inny rząd przejął nad nami realną władzę. Wierzymy w to, że przy najmniejszej próbie takiego rozwiązania zbierze się pospolite ruszenie, które do spółki z armią da odpór wrażej sile. Albo chociaż bohatersko zginie. Lubimy tak to sobie wyobrażać. Ale czy możemy być pewni, że za cenę umiarkowanego spokoju, i symbolicznej już ciepłej wody w kranie, nie odpuścilibyśmy tej sprawy, ewentualną walkę zostawiając desperatom. Miejmy nadzieję, że nie będzie okazji weryfikować tych naszych o sobie wyobrażeń.

Polityczna gra

A w "Okupowanych" Norwegowie stają przed podobnym problemem. Oto Jo Nesbo przenosi nas bowiem w nieodległą przyszłość, w której USA uniezależniwszy się od dostaw czegokolwiek ze świata wycofały się ze światowej polityki, opuściły NATO i zajęły się same sobą. Unia Europejska trwa. Jest teraz siłą w świecie najmocniejszym, ale pełnym sprzecznych interesów. Tymczasem rozwijająca się wojna na Bliskim Wschodzie doprowadziła do wstrzymania w tym regionie wszelkiego wydobycia ropy, gazu itd. W tej sytuacji największym światowym dostawcą tych dóbr pozostaje Norwegia. Ale ta, dotknięta katastrofą ekologiczną, w trosce o środowisko naturalne, które grozi coraz poważniejszym buntem przeciwko człowiekowi, wstrzymuje wydobycie.

A to spotyka się z ostrą reakcją UE i Rosji, które zawierają porozumienie - takie porozumienie to jeden z naszych Polskich największych lęków - i Rosja dostaje zielone światło do "naprawienia" upartej Norwegii. Zajmuje więc jej platformy wydobywcze na Morzu Północnym i przechodzi do okupacji kraju. Oczywiście z mandatem UE, oczywiście w imię wspólnego dobra i oczywiście w miarę delikatnie. Ale jednak. No i dochodzi do politycznej gry między rosyjskimi przedstawicielami, norweskimi politykami i buntownikami. I poza wątkami kryminalnymi, pojawią się znane już z naszej literatury pytania o to co w takiej sytuacji oznacza słowo "patriotyzm", o sensowność przelewania krwi, o zdradę, czy wyższość jednej metody walki nad drugą. Będzie i "Kmicic", będzie "Wallenrod" i inne znane nie tylko z naszej literatury postawy. Ale przede wszystkim będzie genialnie poprowadzona narracja, znakomicie, bardzo sugestywnie opowiedziana historia, która - czego dowodzą codzienne wydania programów informacyjnych - wcale nie musi być fikcją.


"Okupowani", fot. materiały prasowe

Oczywiście nie będę zdradzał szczegółów. Oczywiście nie będę wyjaśniał wszystkich wątpliwości, które zakiełkują w Waszych głowach po obejrzeniu pierwszego odcinka, i zostanę przy ulubionym sformułowaniu naszych polityków: "Wiem, ale nie powiem". Bo wiem, ale nie chcę Wam zepsuć zabawy. Chociaż słowo "zabawa" nie jest najszczęśliwsze.

Potępiony przez Rosję

Jo Nesbo to autor, którego kojarzycie - i słusznie - przede wszystkim z powieściami kryminalnymi. Ocierającymi się o geniusz. Przynajmniej dla mnie. Słusznie pewnie spodziewacie się po nim kolejnej kryminalnej opowieści. Ale tu nie będzie tak prosto.

Przede wszystkim nie jest to ekranizacja znanej powieści czy cyklu. To atut dodatkowy. Bo przy całym szacunku do różnych ekranizacji, z których część ociera się o geniusz, i przy całym szacunku do scenarzystów takich adaptacji, którzy niejednokrotnie po mistrzowsku lawirują między tym co znamy z kart powieści, a tym co dziać się ma na ekranie, sprawiając, że w żadnym momencie nie możemy być pewni czy znając literacki pierwowzór, na pewno wiemy co się wydarzy, wolę scenariusze oryginalne, lub te związane z literackim pierwowzorem bardzo delikatnie. A w przypadku "Okupowanych" wszystkie rozwiązania są możliwe.

To mocny, polityczny thriller według pomysłu Nesbo, na który wpadł już dwa lata temu. W rozmowie z "Guardianem" niedawno powiedział: "Kiedy przedstawiłem swój pomysł na serial, spotkałem się z zarzutem, że jest zbyt naciągany". Wyobrażacie sobie? Naciągany. A potem zaczęło się dziać na Ukrainie, Krym został odebrany przez Rosję bez wystrzału przy bierności świata, który nadal z Rosją prowadzi normalny polityczny dialog, i wszystko już "znormalniało". Więc naprawdę naciągany? Otóż ciarki po plecach przelatują.


Plakat serialu, fot. materiały prasowe

Dziesięcioodcinkowy norweski polityczny thriller według pomysłu Jo Nesbo, stworzyła ekipa, za którą stoją takie serialowe i filmowe tytuły jak szwedzkie i brytyjskie ekranizacje "Wallandera" czy trylogii "Millennium". I - wiem, że dla części z Was to ważne - budżet tych dziesięciu odcinków przekroczył 11 mln euro. I żadna moneta nie poszła na zatracenie.

I jeszcze jedno. Jak się słusznie domyślacie, Rosja serial potępiła w całej rozciągłości, jako ten, który rozpowszechnia i utrwala negatywne stereotypy o Rosjanach i ich polityce. Ale czy w tej materii trzeba jeszcze coś rozpowszechniać albo utrwalać? Bardziej? To nam się może wydawać, że wszystko jest jasne. Europa, jak widać, uprzedzeń co do Rosji nie ma żadnych i daje się jej wciągać w kolejne partie tej samej gry, która - jeśli nic się nie zmieni - będzie musiała doprowadzić do przykrych konsekwencji. Czy taki serial może mieć wpływ na postawy polityków?

W tym momencie muszę wrócić do wspomnianych już wyżej spraw. Otóż wydaje się, że coraz bardziej polityką rządzą korporacje i biznesowe interesy. A one nie mają ani obywateli, ani demokracji, i żyją własnym, oderwanym od człowieka czy szerzej, narodów świecie, mając na jednak tych ludzi i te narody przemożny wpływ. Warto zobaczyć do czego to może doprowadzić. GORĄCO POLECAM.