Cielecka: nigdy nie gram w serialach, jeśli nie znam zakończenia. Dla "Belfra" zrobiłam wyjątek

- To była dla mnie nowa sytuacja, bo nawet w wywiadach podkreślam zawsze buńczucznie, że gram w serialach wyłącznie, kiedy znam historię od początku do końca. - mówi Magdalena Cielecka.

Aktorka opowiada nam o pracy nad serialem kryminalnym "Belfer" Łukasza Palkowskiego, w którym gra jedną z głównych ról. Premiera 2 października w Canal+.

Małgorzata Steciak: Seriale kryminalne stały się w Polsce szalenie popularne. Jak pani myśli, co nas przyciąga do tego gatunku?

Magdalena Cielecka: Wydaje mi się, że wyczerpała się formuła seriali lifestylowych, opowiadających o ładnych, młodych, zdrowych, dobrze zarabiających ludziach z dużych miast. Takich, w których rzeczywistość była portretowana w lekkiej, cukierkowej konwencji rodem z katalogów wnętrzarskich. Może to się odrobinę przejadło? A może po prostu potrzebujemy się przestraszyć albo podrążyć naturę ludzką?

Serial kryminalny, sensacyjny czy thriller daje taką możliwość. Pozwala nam zastanowić się nad istotą dobra i zła, przyjrzeć się grzesznym pokusom, które każdemu z nas są w pewien sposób bliskie. Być może tego typu produkcje to odpowiedź twórców na nasze podświadome potrzeby? Takie dylematy bardziej nas interesują niż rozterki z cyklu w której kawiarni napijemy się dzisiaj kawy.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

W "Belfrze" gra pani jedną z głównych ról. Kim jest Katarzyna Molenda?

Wcielam się w żonę jednego z najważniejszych biznesmenów Dobrowic. Katarzyna nie pracuje zawodowo, ale nie chce być postrzegana wyłącznie jako stereotypowa żona bogatego faceta. Ma ambicje, by zrobić ze swoim życiem coś więcej. Zdobyte dzięki mężowi dojścia do urzędników, do władz miasteczka, wykorzystuje w działalności charytatywnej.

Jak wygląda jej znajomość z tytułowym belfrem?

Paweł, grany przez Macieja Stuhra, dostaje pracę jako polonista w miejscowym liceum, w którym uczą się dzieci mojej bohaterki. Jak to zwykle bywa w tego typu społecznościach - sama pochodzę z małej miejscowości, więc dobrze o tym wiem - obecność przybysza z "wielkiego miasta" wzbudza poruszenie wśród dobrowiczan. Każdy chce go poznać, przekonać się, co to za jeden. Moja bohaterka nie jest wyjątkiem.

Co łączy ją z Pawłem?

Pawła poznaje, kiedy ten prosi ją o wsparcie finansowe przy budowie Orlików, boiska przy szkole. Potem sprawy się odrobinę komplikują. Nie zdradzając zbyt wiele - zarówno budowa, jak i jej relacja z nauczycielem szybko wymykają się spod kontroli.

Na planie spotkała się pani po raz pierwszy z Maciejem Stuhrem.

Długo nie mogliśmy uwierzyć, że nigdy wcześniej nie graliśmy ze sobą przed kamerą! To było dość zaskakujące, bo przyjaźnimy się od wielu lat, pracowaliśmy wspólnie wielokrotnie w teatrze. Mam poczucie, że znamy się jak przysłowiowe łyse konie. Przed naszymi wspólnymi scenami starałam się przypomnieć sobie, jaki jest Maciek na planie. I miałam pustkę w głowie. Dopiero to mi uświadomiło, że po prostu nie było takiej sytuacji, żebym mogła go na planie obserwować.

Maciej jest niezwykle otwartym i wrażliwym aktorem. Konkretny i przygotowany. W pełni jest skupiony na zadaniu, co nie przeszkadza mu zachować zdrowy dystans do rzeczywistości na planie, a często również rozładować napięcie, rzucając jakiś żart lub opowiadając anegdotę. Ma zdrowe podejście do pracy, skraca dystans, co daje poczucie wspólnego tworzenia i bezpieczeństwa.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Głównym wątkiem serialu jest morderstwo nastoletniej uczennicy. Jak te wydarzenia wpłyną na z pozoru uporządkowane życie Katarzyny?

Moja bohaterka musi skonfrontować swoje dotychczasowe wyobrażenia na temat bliskich w dość dramatycznych okolicznościach. Odkrywa, że jej mąż jest lokalnym gangsterem. Pod pozorami codziennego życia szczęśliwej rodziny z wyższych sfer kryją się ciemne namiętności i brudne interesy.

Czy pani bohaterka jest jedną z podejrzanych?

Na tym polega kunszt scenariusza Jakuba Żulczyka i Moniki Powalisz - tutaj wszyscy są podejrzani. Wokół bohaterów jest sporo niedopowiedzeń, które pobudzają wyobraźnię. Właściwie każdy z nich ma motyw, który mógłby popchnąć go do morderstwa.

Trudno powiedzieć, kim ci bohaterowie są i co kryją za starannie pielęgnowaną fasadą. Kiedy ich poznajemy, wydaje nam się, że oglądamy miłych, dobrze wychowanych, zwyczajnych ludzi. Tymczasem szybko okazuje się, że wielu z nich ma coś na sumieniu. Nie ma tu postaci - no, może poza ciocią Krysią graną przez Ewę Kolasińską [śmiech] - która jest bezwzględnie pozytywna.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Reżyserem wszystkich dziesięciu odcinków jest Łukasz Palkowski, twórca nagradzanych "Bogów". Jak wyglądała praca na planie?

Łukasz ma w sobie pewną dziecięcą energię, w pozytywnym rozumieniu tego słowa. To taki rodzaj nakręcenia, który nie jest pustym popisem, tylko szczerym świadectwem jego pasji do pracy. To się czuje. Lubi pracować z ludźmi, nie jest marudny ani egotyczny, nie stara się przeforsować na siłę swoich pomysłów. Kiedy obserwuję go, jak pracuje z młodymi aktorami, którzy przecież w "Belfrze" mają ogromnie dużo materiału, widzę niesamowitą czułość i zrozumienie dla ich pierwszych kroków. A jednocześnie nie daje im taryfy ulgowej, co jest bardzo fajne.

Mam poczucie, że on się nie nudzi w tej robocie. Nie robi tego lewą ręką, nie myśli: a, to jest serial, to nie będę się za bardzo przykładał. Wiadomo, że przy tak długim okresie zdjęciowym następuje pewne znużenie, są momenty, kiedy ma się dosyć, ale to są wyłącznie chwilowe kryzysy, które każdy z nas ma. Podziwiam go za jego siłę. Nie wiem, skąd on ją czerpie.

Zakończenie serialu było trzymane pod kluczem przed większością obsady. Pani je znała, kiedy decydowała się na przyjęcie roli?

Nie wiedziałam, jak kończy się ta historia. To była dla mnie nowa sytuacja, bo nawet w wywiadach podkreślam zawsze buńczucznie, że gram w serialach wyłącznie, kiedy znam historię od początku do końca. Tutaj się ugięłam, ponieważ po przeczytaniu dziewięciu odcinków scenariusza czułam, że to bardzo wartościowy materiał. Dziesiąty pozostał dla nas tajemnicą. Łukasz zapewnił mnie, że gra jest warta świeczki.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Jak panią przekonał?

Uspokoił mnie, że ta historia nie zmierza w stronę abstrakcyjnego finału, który nas, aktorów, a także całą produkcję, mógłby ośmieszyć. Opisał mi bardzo ogólnie fabularny szkielet całej intrygi, nie zdradzając rozwiązania zagadki. Po prostu mu zaufałam.

Myśli pani, że zatajenie finału w tajemnicy przed samymi aktorami to dobry pomysł?

Wydaje mi się, że to był strzał w dziesiątkę. Twórcy zostawili nam w ten sposób przestrzeń do aktorskich poszukiwań. Te strzępki informacji, niedopowiedziane wątki i mylące tropy bardzo nas zainspirowały. Sama kiedy czytałam scenariusz, nie znając zakończenia, nabierałam podejrzeń w stosunku do kolejnych postaci. Zastanawiałam się, kto z nich jest mordercą, dlaczego i jak zabił. Mam nadzieję, że dla widzów to będzie równie ciekawe doświadczenie, że nie domyślą się zakończenia przed finałem.

Pani się domyśliła?

Nie. Jest na tyle dobrze napisane, że nawet dla mnie rozwiązanie było zaskoczeniem. To jest chyba najlepsza rekomendacja, jaką może otrzymać serial kryminalny.

Więcej o: