Kasia Dąbrowska: "Belfer" to nie jest "polska odpowiedź na...". Niech ta historia obroni się sama

Śmierć młodej dziewczyny wstrząsa lokalną społecznością. W tym samym czasie w Dobrowicach zjawia się nauczyciel, który rozpoczyna własne śledztwo. Rozmawiamy z Katarzyną Dąbrowską, która w serialu "Belfer" wciela się w jedną z głównych ról. Premiera 2 października w Canal+.

Małgorzata Steciak: Lubiłaś chodzić do szkoły?

Katarzyna Dąbrowska: [śmiech] To zależy, na które lekcje. Patrząc na liczbę opuszczonych godzin w liceum można pomyśleć, że nie przepadałam za szkołą.

Wagarowałaś?

Nic z tych rzeczy. Chodziłam do domu kultury albo na próby z muzykami, przygotowywałam się do udziału w kolejnych konkursach wokalnych czy recytatorskich. Często byłam dzięki temu zwalniana z lekcji. Przed etapami ogólnopolskimi nawet przez tydzień nie musiałam chodzić na zajęcia. Oczywiście później nadrabiałam wszystkie zaległości, ale mimo to myślę, że moi koledzy mieli prawo mnie za to nie lubić.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Belfer - to dosyć archaiczne i niezbyt miłe określenie nauczyciela. Zdarzało ci się zwracać tak do swoich wychowawców?

Tak, choć raczej rzadko. Wydaje mi się, że to słowo kojarzy się bardziej z pokoleniem naszych rodziców. To oni w ten sposób mówili o nauczycielach, kiedy chcieli być odrobinę złośliwi.

Ja bardzo dobrze wspominam swoich belfrów. Spędzałam mnóstwo czasu z nauczycielką francuskiego szlifując akcent przed kolejnymi festiwalami. Lubiłam też nauczyciela historii, wychowawczynię, która uczyła polskiego, matematyczkę, to byli ludzie z pasją.

Pytam o szkołę, bo w "Belfrze" akcja rozgrywa się w dużej mierze w liceum.

Serial opowiada o bardzo młodych ludziach, to świetny materiał dla początkujących aktorów. Bardzo im tego zazdroszczę! Mam wrażenie, że nastoletni bohater w polskim kinie i telewizji jest zwykle traktowany stereotypowo. A liceum to ciekawy moment, graniczny - jeszcze nie jesteś dorosły, ale już nie jesteś dzieckiem. I ja w tym widzę duży potencjał.

Osią fabularną kryminalnego "Belfra" jest morderstwo nastoletniej uczennicy w małej miejscowości Dobrowice. Czego możemy się spodziewać po nowej produkcji Canal+?

Myślę, że to jest coś zupełnie nowego jeżeli chodzi o polski rynek. "Belfer" opowiada o prowincjonalnym polskim miasteczku ze wszystkimi jego tajemnicami i brudami. To rasowy kryminał typu "mystery" - z zagadką, która kładzie się cieniem na życie wszystkich bohaterów.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Małe miasteczko, morderstwo młodej dziewczyny i fasadowa społeczność, gdzie każdy skrywa mroczną tajemnicę - po seansie dwóch pierwszych odcinków "Belfra" skojarzenia z "Miasteczkiem Twin Peaks" nasuwają się same.

Też miałam skojarzenie z "Twin Peaks", ale wolałabym nie porównywać "Belfra" do zagranicznych produkcji. Jedno zbyt mocne hasło może sprawić, że widz nabierze określonych oczekiwań. Niech ta historia obroni się sama, to nie jest "polska odpowiedź na...". Myślę, że w naszym kraju jeszcze nie powstał serial, który byłby tak napisany. Kiedy zobaczyłam nazwiska Jakuba Żulczyka i Moniki Powalisz na scenariuszu, bardzo się ucieszyłam. Zresztą z Jakubem wychowywaliśmy się na tym samym osiedlu w Nidzicy. Chodziliśmy do różnych podstawówek, ale bawiliśmy się w jednej piaskownicy [śmiech]. Bardzo mu kibicuję.

A wracając do Dobrowic - to typowe, polskie miasteczko, niewielka, zamknięta społeczność, gdzie wszyscy wszystkich znają. Komuś z zewnątrz bardzo trudno jest się w to wpasować. Dotyczy to zarówno Pawła granego przez Maćka Stuhra, jak i mojej bohaterki - Marty Mirskiej, która w Dobrowicach wciąż jest postrzegana jako obca. W takim środowisku każdy, kto nie jest stąd, pozostaje do pewnego stopnia intruzem, kimś, na kogo trzeba uważać i kto nigdy w pełni nie zrozumie mentalności mieszkańców.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Twoja bohaterka to młoda nauczycielka o niejasnej przeszłości. Skąd się wzięła w Dobrowicach?

Nie wiemy, co się z nią działo zanim trafiła do Dobrowic. To jest w ogóle dość ciekawa i tajemnicza osoba. Dlaczego samotna, młoda kobieta mieszka w małym miasteczku, z którym nic jej nie łączy? Marta po prostu nie pasuje do tej społeczności. Trzyma się więc na uboczu i nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca. Szkoła i uczniowie stają się całym jej życiem.

Wiele łączy ją pod tym względem z Pawłem granym przez Macieja Stuhra - obydwoje są outsiderami, pracują w liceum i w obliczu tragedii postanawiają sobie pomóc w dotarciu do prawdy o morderstwie dziewczyny.

Nie jest to na pewno relacja typu Sherlock i Watson. Tu działa raczej kobieca intuicja. Marta pomaga w śledztwie Pawła, niejako przy okazji, ale nie podąża za nim bezkrytycznie. Zanim podejmie jakiekolwiek kroki, chce się upewnić, z kim ma do czynienia. Co to za facet, skąd się wziął i dlaczego od pierwszego dnia rozstawia wszystkich po kątach [śmiech]. Kiedy Marta czuje, że tropy Pawła prowadza donikąd, nie boi się interweniować. Ona przede wszystkim chce chronić ludzi, których już zdążyła poznać, którym zaufała.

Śledztwo w serialu to jedno, ale podobno aktorzy na planie prowadzili osobne dochodzenie. To prawda, że nikt z obsady nie znał zakończenia serialu aż do samego końca zdjęć?

Tak. Robiliśmy nawet zakłady, obstawialiśmy, kto z nas jest mordercą. Przegadaliśmy wiele godzin, analizując tropy i strzępy informacji. Niech to też będzie dowód na niezwykły kunszt warsztatowy Jakuba Żulczyka i Moniki Powalisz.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Nieznajomość zakończenia nie była dla ciebie utrudnieniem? Nie przeszkadzał ci ten elementarny brak wiedzy o twojej bohaterce?

To było świetne. Bardzo częstym grzechem przy tego typu projektach jest antycypacja. Czasami aktorzy nie potrafią się powstrzymać, żeby nie "sprzedać" widzowi odrobiny informacji o swojej postaci, nie zasugerować jakimś drobnym gestem rozwiązania zagadki. Być może dlatego producent i reżyser "Belfra" zdecydowali się utrzymać zakończenie w tajemnicy przed całą ekipą.

Scenariusz ostatniego, finałowego odcinka, realizowanego na przestrzeni dwóch, trzech tygodni, był nam wydzielany scena po scenie. Nie znaliśmy kontekstu, nie wiedzieliśmy co się działo w pozostałych fragmentach. Co prawda na tym etapie można się już było domyślić, czy dana postać jest mordercą, ale mimo to twórcy nie pokazali nam całego scenariusza, żebyśmy się nie wygadali przed kolegami.

Doprowadzało to do absurdalnie zabawnych sytuacji, kiedy rozmawialiśmy w przerwach między ujęciami: "No dobra, więc ty na pewno nie zabiłeś, ale tutaj masz taką scenę... Podejrzane, prawda?" Próbowaliśmy złożyć to w całość.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Ktoś się domyślił zakończenia?

Ja się nie domyśliłam. Były osoby, które miały celniejsze strzały, ale zakończenie jest tak złożone, że nikomu nie udało się połączyć ze sobą wszystkich fabularnych nitek.

Reżyserem wszystkich dziesięciu odcinków "Belfra" jest Łukasz Palkowski. Jaki jest twórca "Bogów" na planie?

Boski! Łukasz jest osobą, która chyba zjadła dziesięć innych i dlatego ma tyle energii [śmiech]. Totalny wariat, wspaniały człowiek. Zawsze jest doskonale przygotowany, dba o dobrą atmosferę i odpowiada na każde pytanie. Na planie z nim niemożliwe są spadki energetyczne. On jest takim Duracellem, który napędza całą ekipę. To była bardzo fajna, ciekawa praca i niesamowita przygoda. Wszyscy mieliśmy poczucie, że robimy coś wartościowego.

Zdjęcia do "Belfra" trwały z przerwami od lipca do listopada. To ogromne wyzwanie aktorskie. Jak rozłożyć energię, żeby wystarczyło jej na blisko 100 dni zdjęciowych?

To niełatwe, ale na tym także polega warsztat aktora. W czasie trwania zdjęć do "Belfra" pracowałam w teatrze, miałam zdjęcia do filmu i do serialu "Na dobre i na złe". Kiedy po dwóch tygodniach przerwy wracałam do "Belfra", musiałam sobie wszystko z powrotem poukładać i zaplanować, wgryźć się na nowo w fabułę i moją postać. Podczas pracy nad serialem często zdarza się, że żonglujemy poszczególnymi scenami, odcinkami i jednego dnia gramy fragment z dziesiątego odcinka, później wracamy do siódmego, w międzyczasie wtrącamy coś z drugiego. W każdym z nich moja postać jest inna, więcej wie, więcej przeżyła. Za każdym razem muszę precyzyjnie oceni , gdzie jestem i dlaczego.

Mat. prasowe / fot. Robert Palka

Zdjęcia do "Belfra" powstawały w bardzo wielu miejscach w Polsce. Sporo kręciliście w Warszawie, ale miasteczko Dobrowice gra kilkanaście małych miejscowości z różnych części kraju.

Najmilej wspominam zdjęcia w kilku miasteczkach w kujawsko-pomorskim. Podróżowaliśmy całą ekipą między kolejnymi lokacjami, bardzo się zżyliśmy. Zdarzały się po drodze także wolne dni. Był środek lata, piękna pogoda. Czasem wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy nad jezioro, żeby odrobinę odpocząć. Każde zdjęcia wyjazdowe, takie chwilowe oderwanie się od Warszawy, pozwala spojrzeć na wiele spraw z dystansu.

Jakie seriale oglądasz prywatnie? Masz na nie czas?

Nie mam. Ale jak się w coś wkręcę, to mogę oglądać nawet całą noc. Na tym polega fenomen współczesnych seriali - są tak dobrze zrobione, że nie sposób się od nich oderwać. Moim ostatnim odkryciem jest "Peaky Blinders". Lubię też - chyba nie będę oryginalna - "Grę o tron", "Homeland", "House of Cards" i świetny "The Affair". Mogłabym tak jeszcze wymieniać i wymieniać.

A widziałaś już "Belfra"?

Jeszcze nie! Bardzo mocno trzymam kciuki za ten serial. Nie brakuje nam kreatywnych ludzi, którzy potrafią tworzyć niesamowite historie. Naprawdę nie musimy korzystać z obcych formatów. Fajnie, kiedy scenarzyści czerpią inspirację z naszego rodzimego podwórka. Mam wrażenie, że "Belfer" jest właśnie taką produkcją - mocno zanurzoną w naszej rzeczywistości, ale spełniającą światowe standardy pod względem realizacji. Jeśli odniesie sukces, kolejnym projektom będzie już dużo łatwiej wystartować.

Więcej o: