Jubileuszowy Open'er: jak nie przegapić hitów na "festiwalu samych gwiazd"?

Po ogłoszeniu pełnego line-upu tegorocznego, 10. festiwalu Heineken Open'er nie brakowało krytyków. "Brak najnowszych gwiazd", "pełna komercja", "dość bezbarwnie" - narzekali malkontenci. Ale nie ma wątpliwości, że tylu gwiazd, legend i ciekawych nowych brzmień nie zobaczysz na żadnym innym festiwalu w Polsce, i na tylko kilku na świecie. Daj się nam poprowadzić po najlepszych koncertach tegorocznego festiwalu. Zaczynamy!

DZIEŃ PIERWSZY - CZWARTEK: sporo melancholii, dużo tańca

W pierwszy dzień festiwalu wszyscy mają jeszcze zapas energii, proponujemy więc zacząć wcześnie - od pierwszego występu na scenie głównej - rodzimych Pustek. W trakcie setu na Open'erze nie powinno zabraknąć choćby ostatniego przebojowego singla "Lugola". To dobra rozgrzewka przed koncertem The National o 20.00. Okazji do zobaczenia Amerykanów w naszym kraju mieliśmy ostatnio kilka: na OFFie w 2009 r. i na dwóch koncertach w lutym. Każdy, kto ich widział, potwierdzi, że warto. Ich koncerty to mieszanka melancholii z rockowym pazurem i charyzmą lidera Matta Berningera, który uwodzi charakterystycznym głębokim głosem.

 

 

 

Masz ochotę na bardziej beztroski klimat? Udaj się na Tent Stage - o 21.00 wystąpi tam Two Door Cinema Club. Młodzi Irlandczycy podbili serca słuchaczy kilkoma przebojowymi singlami, koncertowali z Phoenix, Delphic i Foals. Jeśli utrzymają tempo, mają szansę stać się jednym z ważniejszych zespołów na brytyjskiej scenie.

 

Niestety jest spore prawdopodobieństwo, że po 21.30 Two Door Cinema Club zaobserwują odpływ publiczności z namiotu w stronę sceny głównej, gdzie o 22.00 rozpocznie się najbardziej oczekiwany koncert czwartku - Coldplay. Jeśli planujecie przyjechać na festiwal tylko dla nich, organizacyjna uwaga ? podobny pomysł ma więcej osób, a przepustowość bramek jest ograniczona. Warto być wcześniej, by uniknąć stania w kolejce. Grupa Chrisa Martina (podobnie jak pozostałe główne gwiazdy festiwalu - Pulp, Prince i The Strokes) przyjeżdża do nas po raz pierwszy.  Oprócz wielkich hitów ("Viva La Vida", "Yellow", czy "Clocks"), posłuchamy też najnowszych kawałków, w tym "Every Teardrop Is a Waterfall". Zapowiada się widowiskowo:  lasery, światła, a nawet fajerwerki.

 

 

Na zakończenie wieczoru proponujemy zostać w okolicach sceny głównej -  o północy koncert rozpoczyna Simian Mobile Disco. Mistrzowie remiksów i parkietowych killerów przyjeżdżają ze sporym zespołem, istnieje więc prawdopodobieństwo, że rozkręcą naprawdę dobrą imprezę.

 

Co jeszcze?

Fat Freddy's Drop: aż sześć lat minęło od ich pierwszego studyjnego albumu "Based on a True Story". I tyle musieli czekać na ich kolejny koncert polscy fani gorących, bujających rytmów. Słynna nowozelandzka dubowo-soulowa grupa dziś już powoli wspina się na półkę z etykietką "klasyka", ale dla pozytywnie wibrujących i chwytliwych kawałków grzechem byłoby ich występ przegapić.

Oprócz tego trzy odsłony polskiego jazzu: Woody Alien (Young Talents Stage), Jazzpospolita i Contemporary Noise Sextet (Alter Space).

DZIEŃ DRUGI - PIĄTEK: Polska, Wielka Brytania i powiew Afryki

Jeśli do końca szaleć będziecie na Simian Mobile Disco, na teren festiwalu możecie nie dotrzeć zbyt wcześnie. Ale warto o 19.00 pojawić się na Tent Stage, gdzie pod nową tajemniczą nazwą D4D zagra najbardziej pokręcony polski zespół Dick4Dick. W składzie zabraknie już Macieja Szupicy, ale pozostali członkowie gwarantują niewyczerpane pokłady energii, szalony taniec w rytmie "Love is Dangerous", trochę męskiego ciała i dużo poczucia humoru.

 

Godzinę później można przenieść się na scenę główną i kontynuować z dumą zabawę przy polskiej muzyce. O 20.00 na scenę wyjdzie Monika Brodka i sądząc po jej coraz bardziej kolorowych i porywających koncertach może być gwiazdą na miarę grającego dzień wcześniej o tej porze Coldplay.

 

O 22.00 powrót do przeszłości, ale za to jakiej! Po latach znów na scenie, a po raz pierwszy w Polsce posłuchamy mistrza autoironii, ciętej riposty i świetnego obserwatora codziennej rzeczywistości - Jarvisa Cockera z zespołem Pulp. Tegoroczne triumfalne tournee zespołu po wielkich scenach festiwalowych świata (ostatnio Glastonbury) udowadnia, że zasługują na miano headlinera festiwalu.

 

 

 

Jeśli wolisz spokojniejsze klimaty, na scenie Word o 22.30 zagra Youssou N'Dour - pieśniarz z Senegalu. W Polsce znany przede wszystkim od czasów duetu z Neneh Cherry w "7 seconds", ale to jeden z najbardziej znanych artystów Afryki, twórca ponad 30 albumów, aktor, bębniarz i aktywista na rzecz poprawy warunków bytu na Czarnym Lądzie.

 

A o północy polecamy wszystkim zajrzeć na scenę główną. Brytyjczycy z Foals nie są w Polsce jeszcze wielkimi gwiazdami, ale gwarantujemy, że nawet jeśli jeszcze nie słyszałeś "Electric Bloom", "Cassius", czy "Miami" wciągną cię do tańca. Zaczynali popularną pod koniec ubiegłej dekady mieszanką indie rocka i dance punka, ale najnowszy album udowadnia, że Yannis Philippiakis i jego koledzy mają do zaoferowania dużo więcej.

 

 

 

 

Co jeszcze?

Na scenie młodych talentów m.in. polsko-holendersko-angielskie trio Tres B, a w Alter Space Igor Pudło aka Igor Boxx, połowa legendarnego duetu Skalpel.

DZIEŃ TRZECI - SOBOTA: Muzyczne oryginały

Sobota z pewnością będzie "dniem Prince'a". Ale zanim Książę raczy wyjść na scenę główną o 22.00 warto wprawić się w odpowiedni klimat. Proponujemy już o 17.00 z Paristetris na Tent Stage - muzykami, którzy swoją wyobraźnią, charyzmą i oryginalnością zawstydziliby samego Prince'a. Bo czy może być lepszy polski skład niż ten z wybitnym pianistą Marcinem Maseckim, oryginalną wokalistką i pisarką z Argentyny (a prywatnie żoną Marcina) Cancie Saenz Valiente i najbardziej zakręconym polskim multiinstrumentalistą Macio Morettim?

 

Jeśli chcesz kontynuować podróż po zaskakujących dźwiękach udaj się na scenę główną. O 20.00 zagrają amerykańscy weterani undergroundu - Primus. Będzie funk, odrobina metalu i jazzujące brzmienia. Ale przede wszystkim porządna dawka przewrotnych tekstów, riffów z przymrużeniem oka (i ucha?) i nietuzinkowego podejścia do muzyki. Za dużo muzycznych oryginałów na jeden dzień? O 21.00 na Tent Stage zagra urocza Kate Nash z Londynu. Odkąd młodziutka Kate pojawiła się na scenie z prostymi, melodyjnymi piosenkami własnego autorstwa: "Foundations", czy "Mouthwash" zaczęli je nucić nie tylko wielbiciele nowinek indie z Wielkiej Brytanii.

 

Niestety Kate zagra o godzinie niefortunnej, bo już o 22.00 największa sensacja festiwalu. Prince'a nikomu przedstawiać nie trzeba. Robert Sankowski z Gazety wyborczej zaryzykował nawet swierdzenie, że "gwiazdy takiego kalibru na Open'erze" jeszcze nie było. My cieszyliśmy się równie np. z przyjazdu Mike?'a Pattona i Faith No More. Ale jedno jest pewne: Prince to wielka osobowość, żywa legenda a przede wszystkim znakomity performer. Po prostu trzeba to zobaczyć.

 

Dla wytrwałych - to nie koniec sobotnich atrakcji. Po północy w namiocie zagra Big Boi - jedna druga słynnego duetu hip-hopowego Outkast. dla fanów czarnych brzmień - pozycja obowiązkowa.

 

Co jeszcze?

Na tanecznej scenie Burn Beat Stage cały wieczór grać będą na zmianę Novika z Lexusem i Last Robots. A sceną Alter Space zawładną Małe Instrumenty.

DZIEŃ CZWARTY - NIEDZIELA: dasz radę się rozdwoić?

Po trwającej już trzy dni muzycznej uczcie, nawet festiwalowi debiutanci będą się czuć na Babich dołach jak w domu. I dobrze, bo niedziela będzie wymagała drobiazgowego planowania i szybkiego pokonywania dystansu pomiędzy scenami. Na szczęście organizator bardzo sensownie rozplanował niedzielne gwiazdy ze względu na ich muzyczne klimaty.


O 21.00 na Tent Stage - jedna z najmłodszych gwiazd Open'era, James Blake. Przed rokiem nazwisko tego niepozornego, 21-letniego młodzieńca wylądowało w czołówce zestawień najlepiej zapowiadających się muzyków, którzy będą trząść rynkiem muzycznym w 2011. I nie było w tym zbyt wiele przesady. W typującym przyszłe gwiazdy plebiscycie BBC Sound of James Blake wylądował na drugim miejscu, tuż za Jessie J. W poprzednich latach te same miejsca zajmowali m.in. Florence and the Machine, Klaxons i Yeah Yeah Yeahs. Po przesłuchaniu jego debiutanckiej płyty, zatytułowanej po prostu "James Blake", wypada się pod tym właściwie tylko podpisać. A przesłuchanie tak genialnych przeróbek, jak ta, rozwiewa wszelkie wątpliwości:

 


 

 


Zaledwie godzinę na scenie głównej później czwarty headliner tegorocznego festiwalu - na szczęście w zupełnie innym klimacie.  Niezależnie od tego, czy to The Strokes są odpowiedzialni za nadejście tzw. nowej rockowej rewolucji, czy też była to chwilowa moda wykreowana na potrzeby magazynów muzycznych - obok Prince'a są wielką gwiazdą tegorocznego Open'era. Symbol współczesnej rockowej alternatywny. Ich wydany 10 lat temu debiutancki "Is This It" przebojem wdarł się na rynek muzyczny. NME okrzyknął go "najlepszym gitarowym debiutem dwudziestolecia". Surowe, garażowe brzmienie, pozornie niedbały styl, a przy tym bezpretensjonalne melodie na wiele miesięcy zadomowiły się w rozgłośniach radiowych. Do Gdyni przyjadą po premierze ostatniej - czwartej w karierze - płyty "Angels". I w ramach udanego festiwalowego tourne, podczas którego zagrali m.in. na festiwalu Coachella.



Po nich na sceną główną zawładnie "kolorowy ptak współczesnej sceny" - cicha bohaterka tegorocznej imprezy M.I.A. Na Open'erze miała zagrać już w 2008 roku, ale odwołała całą europejską trasę koncertową. W międzyczasie autorka "Paper Planes" zdążyła wypiąć się na muzyczny mainstream i nagrać jeden z najbardziej pokręconych popowych albumów ostatniej dekady. Zupełnie jakby miała w poważaniu to, co o niej powiedzą fani, krytycy, kolorowe magazyny, i to, czy w ogóle któraś z jej nowych piosenek trafi na listę przebojów. "Maya" (oryginalny zapis płyty: ?/\/\ /\ Y /\?) zawierała i dziwne, połamane bity wystrzeliwane niczym seria z karabinu maszynowego i zgrzyty elektronicznych modulatorów, ale i sporo punkowej energii i brzmienia rozstrojonych syntezatorów. M.I.A. wymieszała electro, dub, noise, pop, reggae czy techno z mnóstwem dźwiękowych eksperymentów. Dodajcie do tego zaangażowane społecznie i często niewygodne teksty (wojna w Afganistanie, światowy terroryzm), a stanie się jasne, że mamy do czynienia z artystką, o której jeszcze nieraz będzie głośno.

 

 

 

A jeśli dodamy, że tego dnia grają ulubieńcy połowy Polski - Hurts, nasi najweselsi rastamani z Vavamuffin i oryginalne alternatywne perełki z Baaba Kulka (znów Macio Moretti, tym razem z Gabą Kulką) - to nie ma wątpliwości. Tego wieczoru przydałoby się być w kilku miejscach (pod kilkoma scenami) jednocześnie.

 

 


Tych gwiazd nie możesz przegapić - poleca Bartek Chaciński

Więcej o: