Piąta fala ** [RECENZJA]

O jedną falę za daleko

Pewnego dnia, jak gdyby nigdy nic, nad Ziemią pojawia się statek kosmiczny. Początkowo nic się nie dzieje i w zasadzie życie toczy się normalnym rytmem. Nie do takich rzeczy już się przyzwyczajaliśmy. W końcu przybysze odcinają ludziom energię elektryczną. Potem następuje druga, nomen omen, fala ataku – część planety zostaje zalana. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to początek apokalipsy, a tytułowa faza inwazji ma być dla nas ostatnią.

Właśnie w takich okolicznościach nastoletnia bohaterka opowieści (Chloe Grace Moretz) poszukuje młodszego brata, z którym została przypadkowo rozłączona. Z kolei widz zostaje zmuszony nie tylko do przecierpienia kolejnej ekranizacji jednej z taśmowo produkowanych powieści dla młodszych czytelników (przed seansem nie wiedziałem, że mamy do czynienia z – uchowaj, Boże – następną trylogią i dopóki nie zobaczyłem mocno naciąganego cliffhangera, liczyłem na to, że na jednym filmie jednak się skończy). Musi też przyznać z żalem, że coś, co zaczynało się szalenie obiecująco, dość szybko (w okolicach trzeciej fali) zmieniło się w kolejny seans, z którego chętnie natychmiast teleportowałby się poza kino.

„Jaki to ma sens?”, pyta często protagonistka, a ty po seansie już wiesz, że ów cytat zostanie złośliwie wykorzystany w wielu recenzjach filmu - również w twojej. Tymczasem, Moretz desperacko potrzebuje numeru telefonu do agenta Jaia Courtneya. Młody aktor musi mieć najlepszego człowieka w Hollywood, skoro wciąż dostaje role (i to we wcale niezłych produkcjach), natomiast patrząc na wybory podejmowane przez niegdyś świetnie zapowiadającą się aktorkę, można podejrzewać, że jest podopieczną kogoś, kto kompletnie nie zna się na tej robocie.

Ocena: 2/6

"Piąta fala", przygodowy, sci-fi, USA 2016, 112 min, reż. J Blakeson, występują: Chloë Grace Moretz, Nick Robinson, Ron Livingston, Maggie Siff, Alex Roe, Maria Bello, Maika Monroe, Liev Schreiber