Paweł Łoziński: Ten film jest o próbie odcięcia przez córkę pępowiny. Matka strasznie się tego boi [ROZMOWA]

- Chciałem zarejestrować proces mądrej rozmowy prowadzonej z kimś trzecim, obcym dla pary bohaterek, czyli psychoterapeutą. Rozmowę, która może prowadzić do porozumienia, zagojenia ran, rozsupłania relacji dwóch kobiet - mówi o swoim najnowszym filmie "Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham" Paweł Łoziński.

W najnowszym filmie Pawła Łozińskiego, jednego z najbardziej cenionych polskich dokumentalistów, matka i córka spotykają się w gabinecie psychoterapeuty. Obserwujemy, jak w intymnym dialogu w obecności psychoterapeuty dawne urazy i głęboko ukryte emocje powoli wychodzą na powierzchnię. Tak zaczyna się trudna droga ku polepszeniu ich relacji.

Pytamy reżysera o to, co wpłynęło na wybór tematu filmu i dlaczego zdecydował się umieścić kamerę w gabinecie psychoterapeuty.

Gabriela Sitek: Jak powstał pomysł na film o psychoterapii?

Paweł Łoziński: Na początku chciałem zrobić film o mediacjach rozwodowych. Sądy często proponują takie rozwiązanie. Spotkania z mediatorem ma pomóc rozstać się w dobry sposób. To szczególnie ważne, jeśli para ma dzieci. Mediacja ma zmniejszyć szkody, których mogą doświadczyć. Chciałem się przyjrzeć, jak można się dobrze rozstać.

Dlaczego zrezygnował pan z pomysłu pokazania mediacji?

Na początku kilka par się zgodziło, potem już mieliśmy same odmowy. Dobrze to rozumiem, że nie bardzo chcieli pokazywać się w ostrym konflikcie. Widziałem ich wyraźny opór. Nie czułem się dobrze, namawiając ich. Dzięki znajomej psychoterapeutce Ali Elczewskiej wpadłem na pomysł, żeby tematem filmu była rozmowa psychoterapeutyczna.

Jak wyglądał proces poszukiwania osób, które zgodzą się wziąć udział w terapii przed kamerą?

Daliśmy ogłoszenie na Facebooku, że poszukujemy bohaterów chętnych do udziału w filmowej psychoterapii. Zaskoczyła mnie ilość zgłoszeń. Nie spodziewałem się, że tak wiele osób chce opowiedzieć o sobie i jest zarazem ciekawa spotkania z profesjonalnym psychoterapeutą. Miałem wrażenie, że to obiecane sesje przyciągały do udziału w filmie.

Jakimi kryteriami posługiwał się pan w wyborze bohaterów?

Koło 100 osób opowiedziało mi swoje trudne, czasem pełne bólu historie. Mówili odważnie z widoczną nadzieją, że filmowa terapia im pomoże. Dla mnie była ważna prawda ich emocji. Wybrane pary spotykaliśmy z kilkoma doświadczonymi psychoterapeutami - Alą Elczewską, Andrzejem Wiśniewskim, prof. Bogdanem de Barbaro. Bohaterowie przychodzili przepracować ważne dla nich tematy uzależnienia, rozwodu, utraty bliskiej osoby. W pewnym momencie trafiliśmy na parę, która razem z terapeutą weszła bardzo głęboko w swoją historię.

 

Dlaczego zdecydował się pan na wybór tych konkretnych postaci?

Głębia i prawdziwość emocji. Czuć było jak dokonują się małe zmiany w ramach procesu terapii. To właśnie najbardziej chciałem zobaczyć.

Czy na pana decyzję miało wpływ to, że jest to matka i córka?

Może to nie jest przypadek, że właśnie spotkanie dwóch kobiet, które są być może bardziej emocjonalne od mężczyzn, pozwoliło odsłonić prawdę o ich relacji. One dopuściły terapeutę, prof. Bogdana de Barbaro, najbliżej siebie, z duża odwagą i szczerością weszły w głęboką terapeutyczną rozmowę.

Wydaje się, że mimo wzajemnych urazów, których historię poznajemy w filmie, kobiety w końcu nawiązują ze sobą szczery kontakt. Jak długo trwała ich psychoterapia?

Nakręciliśmy pięć sesji terapeutycznych. Oczywiście w dokumencie pokazaliśmy tylko ich fragmenty. Razem ze wspaniałą montażystką Dorotą Wardęszkiewicz musieliśmy je ograniczyć do 80 minut filmu.

Jak określiłby pan temat swojego filmu? Co jest dla pana w nim najważniejsze?

Chciałem zarejestrować proces mądrej rozmowy prowadzonej z kimś trzecim, obcym dla pary bohaterek, czyli psychoterapeutą. Rozmowę, która może prowadzić do porozumienia, zagojenia ran, rozsupłania relacji dwóch kobiet. Pokazać nasze, ludzkie powikłanie relacji rodzinnych i zarazem możliwą drogę ku ich oczyszczeniu.

Jak psychoterapeuta może pomóc w odbudowie naderwanych więzi z bliskimi?

Sposób pracy Bogdana de Barbaro jest dla mnie absolutnie fascynujący. Jego narzędziami są słowa i empatia. Patrzyliśmy, jak potrafi rozbierać słowa, przypatrywać się im wraz ze swoimi pacjentkami. Pozwolił im poczuć, jakie uczucia się za nimi kryją. Zachęcał je do zamiany tych słów, jeśli były powiedziane w złości, nieadekwatnie oddawały emocje, albo raniły i utrudniały im wzajemny kontakt.

Co najczęściej jest powodem rozpoczęcia pracy z psychoterapeutą?

To też właściwie pytanie nie do mnie. Nie chciałbym wchodzić w rolę, której nie znam. Dla mnie ten film jest próbą dekonstrukcji, przyjrzenia się bliżej temu, co może się kryć pod słowem miłość. Dosyć często go używamy, czy nawet nadużywamy. Co kryje się za słowami „kocham cię”? Akceptuję cię takim, jaki jesteś? Czy może jest to komunikat - musisz się dla mnie zmienić? Bywa chyba tak, że za tymi słowami kryje się uczucie, które może w sposób przez nas niezamierzony pętać drugiego człowieka. Czasem to chęć dania wolności, a niekiedy emocjonalny szantaż.

Partnera, partnerkę zmienić jest stosunkowo łatwo. Inaczej jest z rodzicami. Relacje z nimi pozostają do końca życia. Czy dzięki bohaterkom, które są z sobą w relacji matki i córki, nie obserwujemy większego zaangażowania w pracę terapeutyczną?

Relacje z rodzicami należą chyba do najtrudniejszych i najdłuższych. Ten film jest też o próbie odcięcia przez córkę pępowiny. Matka strasznie się tego boi, bo wtedy zostanie sama. Przychodzimy na świat niby jako niezapisana tablica, dziś pewnie byśmy powiedzieli karty. Jako krzyczące dziecko, któremu właśnie odcięli pępowinę. Ale tak naprawdę wchodzimy w układ rodzinny, który jest nam już zadany na wiele pokoleń wstecz. Często życia nie starcza, żeby tę pępowinę przeciąć.

Wydaje mi się, że córka – bohaterka pana filmu jest właśnie na etapie odcinania pępowiny. Co musi nastąpić, aby to się udało?

Ja naprawdę nie wiem. Jak to zrobić i czy się udało wie tylko ona. To chyba nie jest też proces dany raz na zawsze. To raczej pewien nowy układ między bohaterkami, którego równowagi tylko one mogą pilnować.

Wydaje mi się, że udało się panu uchwycić proces, w którym córka przygotowuje się na to, aby zacząć odbierać matkę jako partnerkę. Wysłuchanie historii matki o jej doświadczeniu samotnego wychowywania dzieci, traumy, jaką było dla niej odejście męża, może dopiero pozwolić ją zrozumieć. Wydaje mi się, że poznanie matki jako osoby obciążonej konkretnymi doświadczeniami może pomóc odciąć pępowinę.

Chyba tak jest, że porozumienie może nastąpić wtedy kiedy choć przez chwilę będziemy umieli przyjąć perspektywę drugiego człowieka. To nie jest łatwe!

Moją uwagę zwróciło to, że matka, bohaterka pana filmu, często powtarza, że miała poczucie, że musiała sprostać zadaniu. Tak odbierała w pewnym momencie konieczność opieki nad dziećmi. Czy nie jest to charakterystyczne dla polskiego społeczeństwa? Czy matka-bohaterka wyłoniona z tłumu nie odsłania pewnego modelu obciążenia, którym obarczonych jest wiele kobiet?

Chyba rzeczywiście tak jest, że w Polsce po rozwodzie to najczęściej kobiety zostają same z dziećmi. To pewnie jest powodem dodatkowych napięć w rodzinie. Córka w moim filmie nazywa je katowaniem. Jednak z pomocą terapeuty zmienia to słowo na określenie „napięcie".  Wychowanie samemu dwójki dzieci jest bardzo trudne.

Może funkcjonuje rodzaj kulturowego przyzwolenia na takie ofiarnictwo? I na to, że to właśnie kobiety muszą się „poświęcać”. Żyjemy ciągle w patriarchalnym modelu społeczeństwa, ale jestem pewien, że ten schemat się powoli zmienia.

Czy chciał pan, aby pana film miał terapeutyczny wpływ na widzów?

Zrobiłem ten film też z taką myślą. Ale to nie jest reklamówka terapii. Chciałem nienachalnie pokazać, że terapia może być szansą na polepszenie jakości życia.

Po przedpremierowej projekcji filmu w warszawskiej Kinotece dostałem dużo maili i telefonów od ludzi, których mój film poruszył. Byli świadkami maleńkiego kroczku ku polepszeniu się relacji między bohaterkami. Zobaczyli w nich siebie, na niektórych podziałał oczyszczająco. Dla mnie to najlepsza recenzja.

Dlaczego zdecydował się pan na pokazanie tak intymnych doświadczeń?

Staram się rozmawiać z widzem szczerze i otwarcie o tym, co akurat mnie odtyka. Chcę mu dać coś, co sam uważam za cenne. Emocje, szczerość, wrażliwość. Dostaję je od bohatera. Jestem po to, żeby je zarejestrować, a potem ubrać w formę filmowej historii. Za pomocą montażu i projekcji na dużym ekranie oddaję je potem widzom. Mam nadzieję że taka rozmowa się właśnie toczy.

 Za "Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham" Paweł Łoziński został nagrodzony Srebrnym Lajkonikiem w Konkursie Polskim na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym. Film miał premierę w maju - podczas 13. Festiwalu Millennium Docs Against Gravity.