Szpital psychiatryczny na syberyjskiej prowincji. Na tysiąc pacjentów przypada tu pięciu lekarzy [WYWIAD]

– Są tu nie tylko ludzie chorzy, ale także na przykład sieroty, dla których nie było miejsca w placówkach opiekuńczych, albo dzieciaki z poprawczaka. To taki zsyp społeczny, do którego trafiają wszyscy niepotrzebni, niechciani - mówi Wojciech Kasperski, twórca nagradzanego filmu dokumentalnego "Ikona".

Zdobywca Złotego Lajkonika na 56. Krakowskim Festiwalu Filmowym robi coś, czego nie podjął się wcześniej żaden filmowiec. Pokazuje pracę szpitala psychiatrycznego na syberyjskiej prowincji, gdzie na tysiąc pacjentów przypada pięciu lekarzy, a średnia wieku personelu wynosi około 70 lat.

Małgorzata Steciak: Jak trafiłeś do szpitala psychiatrycznego w samym środku syberyjskiej tajgi?

Wojciech Kasperski: Początkowo chciałem zrobić film o młodym lekarzu, który po raz pierwszy w swoim zawodowym życiu styka się z czymś, co go przerasta. Z przypadkami nie do wyleczenia, z sytuacjami ostatecznymi. O młodym idealiście zderzonym po raz pierwszy z prozą życia. W poszukiwaniu takiego tematu odwiedziłem blisko 40 szpitali w okolicach Irkucka. Byłem w oddziałach onkologicznych, zakaźnych, w placówkach, w których leczono żołnierzy zmagających się ze stresem pourazowym. A także w szpitalach psychiatrycznych.

Wtedy poznałem lekarza, który ostatecznie wystąpił w „Ikonie”. Poruszyła mnie jego szorstka prostota i cyniczne spojrzenie na życie, a fakt, że poznaliśmy go w dniu, w którym obchodził 45-lecie swojej zawodowej pracy – dokładnie w tym dniu, kiedy jako młody człowiek po raz pierwszy przekroczył próg tego szpitala – uznaliśmy za symboliczny. I w ten sposób historia o młodym lekarzu mierzącym się z przeciwnościami stała się opowieścią o starym lekarzu psychiatrze, który podsumowuje swoje życie i pracę zawodową.

"Ikona", kadr z filmu Mat. prasowe

Dlaczego chciałeś nakręcić ten film w Rosji?

„Ikona” to mój trzeci rosyjski film. Dwa poprzednie zrealizowałem na dalekiej Kołymie i w górach Ałtaju. Syberia jest dla mnie źródłem energii, mocy. Pracuję w najdalszych możliwych rejonach, unikając dużych ludzkich skupisk. Kieruję się w miejsca na obrzeżach cywilizacji, gdzie człowiek żyje otoczony naturą, w głuszy. Ludzie są tam bardziej otwarci, ale przede wszystkim wydają się prawdziwi, szczerzy i prości. Tam niemal w każdej wsi mam do czynienia z osobami, które – często pozbawione wielu wygód, do których przywykliśmy i które uważamy za oczywiste – są bardzo blisko życia. Dużo mówią mi o sobie. Nawiązuję tam zupełnie inne relacje niż gdziekolwiek indziej.

Szpital, o którym opowiadasz, to odcięta od świata placówka, do której trafiają ludzie chorzy, odrzuceni, samotni. Większość z nich spędza tam całe życie.

Kiedyś ten budynek służył za carskie więzienie, dziś jest wysypiskiem społecznym. Miejscem, w którym przebywają nie tylko ludzie chorzy, ale także na przykład sieroty, dla których nie było miejsca w placówce opiekuńczej, albo dzieciaki z poprawczaka. To jest taki zsyp społeczny, do którego trafiają wszyscy niepotrzebni i niechciani. Kiedy zobaczyliśmy to miejsce po raz pierwszy, byliśmy pewni, że to jakaś pomyłka. „To nie może tak wyglądać”, powtarzaliśmy sobie, jadąc samochodem. Podjechaliśmy bliżej i zauważyliśmy, że w środku pali się światło, w oknach stoją zaciekawieni ludzie. Okazało się, że nasz szpital to właśnie ten zrujnowany budynek. Na tysiąc pacjentów przypada tam pięciu lekarzy. Średnia wieku personelu to około 70 lat. Większość z nich od dawna powinna być na emeryturze. Byliśmy zszokowani.

Jedna z bohaterek naszego filmu została przyjęta do szpitala, kiedy miała 10 lat. Dokładnie pamięta moment, w którym przyszła tam po raz pierwszy. Czekała na korytarzu na matkę, która rozmawiała z lekarzem. Była sama i bardzo bała się tych wariatów snujących się po kątach. Później jej matka wyszła z gabinetu i przekazała tej przerażonej dziewczynce, że będzie musiała tu zostać, tylko na chwilę. Nigdy więcej jej nie zobaczyła. To jeden z wielu przykładów, historie związane z tym miejscem są naprawdę poruszające. Film nie odda tego w całości, ale rysuje bardzo wyraźny portret tej społeczności.

"Ikona", zdjęcia z planu filmu Mat. prasowe

Niektórzy z pacjentów zostają oddani do szpitala wbrew swojej woli, by rodzina mogła otrzymać rentę.

W Rosji osobom ciężko chorym należy się renta, którą pacjent otrzymuje, kiedy wymaga specjalistycznej opieki. Zwykle jednak te pieniądze odbiera rodzina, ponieważ chory jest ubezwłasnowolniony. W ten sposób do szpitali takich jak opisywany przez nas trafiają na przykład staruszki z Alzheimerem. Rodzina zabiera rentę, a babcię zamyka się w zakładzie. Między innymi dlatego często osoby, które mogłyby wrócić do społeczeństwa, tkwią w szpitalu przez lata.

Jak długo obserwowaliście tych ludzi? Jak wybraliście z tysiąca pacjentów bohaterów filmu?

Staraliśmy się ich najpierw jak najlepiej poznać. Szpital składa się z kilku oddziałów - chronicznych, ostrych, zamkniętych. Są też oddziały dziecięce. Odwiedziliśmy każdy z nich i uważnie przyglądaliśmy się pacjentom. Zanim zaczęliśmy zdjęcia, bardzo długo po prostu z nimi przebywaliśmy. Oswoiliśmy ich z naszą obecnością do tego stopnia, że kiedy włączyliśmy kamerę, czuliśmy się w swoim towarzystwie bardzo komfortowo.

Jak pacjenci reagowali na obecność osób z zewnątrz?

Bardzo szybko dostrzegliśmy, że oni chcą być w tym filmie, że ta kamera jest im bardzo potrzebna. Ci ludzie są spragnieni uwagi, pragną, by ktoś ich dostrzegł, zainteresował się ich problemami. Kiedy zwróciliśmy w ich stronę obiektyw, poczuli się docenieni.

A personel?

Dyrekcja szpitala była przekonana, że przygotowujemy krótki reportaż. Wejdziemy na chwilę, nagramy ludzi snujących się po kątach i odjedziemy. Podczas pierwszych dni odegrali dla nas szopkę, prawdziwy spektakl jak w teatrze. Starali się pokazać szpital od jak najlepszej strony - starali się przekonać nas do czegoś, w co trudno by było uwierzyć. Przygotowywali dla nas wykwintne obiady, by dobrze wypaść przed kamerą. To był kompletny absurd.  Liczyli na to, że w ten sposób szybko się nas pozbędą.

"Ikona", zdjęcia z planu filmu Mat. prasowe

Nie docenili was.

Przeczekaliśmy to do czasu aż im się znudziło, a to stało się w sumie dość szybko. W końcu machnęli ręką i wrócili do swojej rutyny. Uznali nas za amatorów, którzy nie potrafią w kilka dni nagrać materiału, a my nie wyprowadzaliśmy ich z tego założenia. Tak zostaliśmy tam dwa miesiące. Zaczęliśmy powoli obserwować, jak naprawdę wygląda szpitalne życie. Z czasem nasza obecność była tak przezroczysta, że dla pacjentów staliśmy się niemalże członkami personelu. Przychodziliśmy dzień w dzień, po dziesięć godzin od rana do wieczora, czasami w nocy. Podczas tych dwóch miesięcy, jakie tam spędziliśmy, nagraliśmy ponad 180 godzin materiału.

Jak wygląda realizacja takiego filmu od strony formalnej - czy mogliście sobie ot, tak wejść z kamerą do szpitala psychiatrycznego?

Szpital jest zamkniętym obiektem, do którego nie wolno wchodzić ani rozmawiać z pacjentami. Tym bardziej nie można tam wejść z kamerą i nagrywać, co się chce. Tak jak wszędzie na świecie to temat tabu, związany z tajemnicą lekarską i prawem do prywatności. Uporanie się ze wszystkimi formalnościami i uzyskanie zgody zajęło nam wiele lat. Zaczęło się od oficjalnych pozwoleń z Moskwy, otrzymałem też zaproszenie do zrealizowania tego filmu formalnie na papierze z Ministerstwa Kultury. Bardzo pomogły moje poprzednie filmy i fakt, że zebrały wiele nagród w Polsce, na świecie, ale też w samej Rosji. Później walczyliśmy z biurokracją na szczeblu lokalnym, z władzami szpitala, a na końcu prosiliśmy o zgodę samych pacjentów. Za każdym razem uzyskaliśmy wsparcie.

"Ikona", kadr z filmu Mat. prasowe

Urzędnicy nie obawiali się, że pokażecie szpital w niekorzystnym świetle? Że opowiecie o koszmarnych warunkach, jakie tam panują, o brakach w personelu, o przestarzałych metodach leczenia?

Nikt mnie o to nie zapytał, kiedy staraliśmy się o zgodę na realizację zdjęć. Pozwoleń udzielały mi instytucje, które znały moje poprzednie filmy nakręcone w Rosji. Mam wrażenie, że po sukcesie „Nasion” moje nazwisko stało się dość rozpoznawalne w świecie kultury rosyjskiej. Wydaje mi się, że przekłada się to na duże wsparcie. Ludzie wiedzą, że nawet jeśli zrobię coś kontrowersyjnego, nie chodzi mi nigdy o pokazywanie ich kraju w niekorzystnym świetle. Zresztą „Ikona”, podobnie jak moje poprzednie dokumenty, nie wpisuje się w nurt kina społecznego czy publicystycznego. To raczej impresyjne i dość poetyckie filmy.

Twoja kamera zagląda bardzo głęboko w prywatne życie pacjentów, podglądasz też pracę lekarzy, którzy stosują dość kontrowersyjne metody leczenia. Nie czułeś, że przekraczasz jakąś granicę?

Mieliśmy bardzo ambiwalentne uczucia, kiedy realizowaliśmy zdjęcia. Będąc na planie niejednokrotnie obawialiśmy się, czy nie bierzemy udziału w czymś... złym. W tym szpitalu wszyscy pacjenci, niezależnie od diagnozy, biorą jeden z trzech rodzajów leków. Każdy z nich jest mocno otumaniający, a skutki uboczne są tak poważne, że nie jestem pewien, czy powinno się je w ogóle stosować. Wiele razy byliśmy stawiani w bardzo dwuznacznej sytuacji.

"Ikona", zdjęcia z planu filmu Mat. prasowe

Dla mnie momentem granicznym podczas seansu była scena, w której jedna z pacjentek mówi, że zabije się sama, jeśli ktoś jej wcześniej nie wyręczy. Co robi dokumentalista, kiedy słyszy coś takiego?

[Chwila ciszy]. Nie wiem, jak na to odpowiedzieć. Słucha. Zawsze staram się usłyszeć, co stoi za słowami moich bohaterów.

Nasza kamera zarejestrowała wiele dramatycznych sytuacji. Nie raz zastanawialiśmy się po powrocie ze zdjęć, co się tam naprawdę dzieje. Czy ci lekarze nie trują pacjentów? A może to pacjenci symulują? Konsultowałem się wielokrotnie z psychiatrą z Warszawy przez telefon. Jego opinia była dla mnie cenna. ale jego odpowiedzi nic nie wyjaśniały i wcale nie miałem przez to łatwiejszej sytuacji. Skala szarości była bowiem na tyle szeroka, że bardzo trudno było jednoznacznie ocenić, w czym bierzemy udział.

Miałeś dylemat: grać czy wyłączyć kamerę?

Wielokrotnie przerywaliśmy zdjęcia. Nigdy jednak nie postępowaliśmy na planie według jakiejś kalkulacji. Zawsze podążam za instynktem, przyjmując rzeczywistość taką, jaka ona jest. Dopiero później, podczas montażu pojawia się moment refleksji, potrzeba nadania zarejestrowanej przez nas sytuacji określonej filmowej formy.

„Ikona” opowiada o poszukiwaniach duszy. To był od początku twój pomysł czy lekarza, który jest bohaterem filmu?

To są jego słowa. Czy to nie jest niesamowite, że lekarz w prowincjonalnym szpitalu na Syberii mówi takie rzeczy? Takie sytuacje zdarzają się wyłącznie w Rosji. Rosjanie mówią językiem poezji, filozofii, który jest używany przez wszystkich niezależnie od wykształcenia czy statusu materialnego.

"Ikona", zdjęcia z planu filmu Mat. prasowe

Bohater filmu o swoich pacjentach mówi, że mają „chorą duszę”. Nie wie, jak im pomóc.

Mówi wprost, że medycyna jest bezradna. 45 lat życia poświęcone na leczenie chorych i tylko tyle ma do powiedzenia? Czy to znaczy, że on jest złym lekarzem, że przyznaje się do porażki? A może to pokora i jakaś głęboka życiowa mądrość połączona z niezwykłą wrażliwością i świadomością, że niektórych rzeczy nasz umysł nie jest w stanie objąć? Sami musimy zdecydować, jak rozumiemy jego słowa.

Pierwiastek religijny jest w „Ikonie” mocno podkreślony nie tylko ze względu na rozmyślania lekarza. Sam tytuł odsyła do tradycji prawosławnych obrazów przedstawiających żywoty świętych. Kamera może pisać współczesne ikony?

Dotykamy tu kwestii charakterystycznej dla rosyjskiej kultury, czyli szaleństwa. W rosyjskiej tradycji funkcjonuje określenie „jurodiwego”, czyli natchnionego szaleńca, który ma możliwość kontaktu z Bogiem i dzięki temu rozumie więcej niż przeciętny człowiek. Na Placu Czerwonym w Moskwie stoi sobór Wasyla Błogosławionego, który był takim szaleńcem. A jednak ma on swoją cerkiew w centralnym punkcie stolicy.

W Rosji ludzie chorzy psychicznie mają szczególny status - z jednej strony są społecznymi wyrzutkami izolowanymi od społeczeństwa, z drugiej zaś patrzy się na nich jak na tych, którzy mają dostęp do pewnej niedostępnej dla nas, zwyczajnych ludzi, wiedzy, doświadczenia. Same ikony funkcjonują natomiast w tradycji prawosławnej jako wizualny zapis postaci Boga. Kiedy połączyłem te wszystkie symbole, pojawiła się bardzo spójna koncepcja filmowej „Ikony”.

"Ikona", kadr z filmu Mat. prasowe

„Ikona” to z jednej strony opowieść o codzienności szpitala, ale w szerszym kontekście przede wszystkim refleksja na temat granic szaleństwa i miejsca osób chorych psychicznie w społeczeństwie. Pokazując piekło choroby, stajesz po stronie wykluczonych.

Nie chcę żeby to zabrzmiało jak oskarżenie medycyny, ale warto, żebyśmy zdali sobie sprawę, że ona bywa zawodna. Największe umysły tego świata wciąż nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą choroby psychiczne, choroby duszy. Nie wiedzą, jak pomóc chorym, zapominają, że przecież ich pacjenci są przede wszystkim ludźmi, a nie tylko medycznymi przypadkami.

Bohaterowie filmu wyglądają, jakby chcieli opuścić szpital jak najszybciej. I powinni. Miejsce ludzi, którzy są psychicznie chorzy, jest w społeczeństwie.

A co, jeśli ktoś stanowi zagrożenie dla siebie lub innych?

To co innego. Kiedy ktoś jest niebezpieczny, musimy zadziałać. Ważne jest jednak, by zrozumieć, że definicja medyczna choroby to jedno, a ludzie są naprawdę różni i nie wpasowują się idealnie w ciasne ramy medycznej diagnozy.

Istnieje w psychiatrii zjawisko zwane „jasną przerwą”. Wówczas po epizodzie chorobowym pojawia się okienko, w trakcie którego pacjent wraca na chwilę do zdrowia i zachowuje się normalnie. W „Ikonie” jedną z bohaterek jest kobieta, która ma problemy z bezsennością, z nerwów rozdrapuje farbę ze ścian, wyrzuca śmieci ze śmietnika. Kiedy jednak sama doświadcza „jasnej przerwy” okazuje się, że pamięta swoje zachowanie z epizodu chorobowego i jest jej okropnie wstyd. Zupełnie jak pijana osoba, która następnego dnia przypomina sobie, co wyprawiała w nocy.

"Ikona", zdjęcia z planu filmu Mat. prasowe

Choroba psychiczna jest jak takie chwilowe zamroczenie?

Taka utrata kontroli nad sobą jest straszna. My rozumiemy takie ograniczenia, kiedy ktoś jest na wózku inwalidzkim i na przykład nie może wejść po schodach. Ludzie z zaburzeniami psychicznymi też zmagają się z podobnym problemem, tylko że zamiast niesprawnych nóg mają niesprawne umysły.

To, co było dla mnie najważniejsze podczas pracy nad „Ikoną”, to możliwość zajrzenia do pewnego zamkniętego świata, do którego zwykle nie mamy dostępu. Uważam, że to jest bardzo ważne, byśmy mieli świadomość, że takie miejsca, jak ten szpital istnieją. Że bezbronni ludzie są wyrzucani poza społeczny nawias. Mam poczucie misji, by poprzez kino dawać tym osobom głos. Nie możemy im pomóc, ale możemy ich zobaczyć, zrozumieć i znaleźć dla nich współczucie. Chciałbym wierzyć, że ten film jest pomostem między twórcą, widownią a bohaterami. Wbrew pozorom mamy ze sobą bowiem dużo wspólnego. 

A ty jak myślisz, gdzie jest dusza?

Nie wiem, czy istnieje.... ale jeśli istnieje, i tak nikt z nas nie wie, gdzie może się znajdować. Mogę w tym kontekście jedynie zacytować mojego bohatera.

Wojciech KasperskiWojciech Kasperski Wojciech Kasperski

"Ikona" w reż. Wojciecha Kasperskiego została nagrodzona na 56. Krakowskim Festiwalu Filmowym Złotym Lajkonikiem dla najlepszego reżysera, Nagrodą Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za najlepszy montaż, Nagrodą im. Macieja Szumowskiego za szczególną wrażliwość na sprawy społeczne oraz Nagrodą Stowarzyszenia Autorów Zdjęć Filmowych za najlepsze zdjęcia ufundowana przez Chimney Poland dla Łukasza Żala.