"Star Trek: w nieznane". "Szybcy i wściekli" w kosmosie

Najnowszy "Star Trek" więcej ma wspólnego ze współczesnym, bezmyślnym kinem akcji niż z głęboko humanistycznymi korzeniami kosmicznej serii. Więcej emocji wzbudza ze względu na niespodziewany wątek homoseksualny i tragiczną śmierć 27-letniego Antona Yelchina niż z powodu fabuły.

USS Enterprise wyrusza z misją ratunkową, która zamieni się w kolejną wielką przygodę załogi. Federacji zagraża przerażający Krall (Idris Elba), a powstrzymać go mogą tylko kapitan James T. Kirk (Chris Pine), komandor Spock (Zachary Quinto) i reszta ekipy. Bohaterów wesprze efektowna, pomysłowa Jaylah (Sofia Boutella).

Ultimatum Roddenbery’ego

Trzecia odsłona nowego cyklu pojawia się w kinach w 50. rocznicę emisji pierwszego odcinka serialu. Uniwersum stworzone przez Gene’a Roddenbery’ego należy do tych niezniszczalnych światów, które nigdy nie zostaną unicestwione i – w razie serii dotkliwych wpadek – przyczają się w ciemności, by za kilka lat wskrzesił je jakiś nowy J.J. Abrams. 

"Star Trek: W nieznane", kadr z filmu Mat. prasowe

Niestety, Abrams musiał przenieść się do innego gwiezdnego świata, a puste miejsce na mostku zajął Justin Lin. Reżyser trzech części „Szybkich i wściekłych” aranżuje stłuczki w przestrzeni kosmicznej, niszczy okręty i serwuje widzom sporo rozwałki, która nijak ma się do Startrekowych korzeni. Co gorsza, sekwencje akcji są bardzo chaotyczne i trudno ogarnąć to, co dzieje się na ekranie. Można się obawiać, że seria zmierzać będzie coraz bardziej w stronę współczesnego, bezmyślnego kina akcji i odchodzić od swoich prawdziwie fantastycznonaukowych korzeni.

Simon Pegg nie dostarczył też szczególnie interesującego scenariusza. Ładnie uhonorował w nim zmarłego Leonarda Nimoya – Spocka starszego – i zaimplementował kilka smaczków dla fanów serii, ale opowieść stanowi miks elementów z dwóch poprzednich części i nie ma w niej nic mądrego ani ciekawego. „W nieznane” okazuje się odrobinę słabsze od „W ciemność”, a jego największą zaletą jest to, że jest „Star Trekiem”.

"Star Trek: W nieznane", kadr z filmu Mat. prasowe

To ulubieni, dobrze znani bohaterowie sprawiają, że oglądanie filmu faktycznie sprawia przyjemność. Nie najgorzej napisane wymiany zdań, cięte riposty, współpraca między postaciami i konflikty charakterów napędzają film i nadają mu sens. Najciekawiej obserwuje się jednak Elbę, świetnie straszącego i bawiącego się rolą bezlitosnego Kralla oraz znaną z „Kingsman” Boutellę, wcielającą się w zwinną, intrygującą kosmitkę, która dzielnie próbuje stawić czoła zagrożeniu.

Tożsamość Sulu

Spore kontrowersje jeszcze przed premierą filmu wzbudził wątek Sulu (John Cho), który w nowej części miał okazać się gejem. Wobec takiego obrotu spraw głośno protestował nawet George Takei – w prywatnym życiu mężnie walczący o równouprawnienie homoseksualista – który podkreślał, że Sulu to wymyślona przez twórcę serii postać, która homoseksualna nigdy nie była i nie podoba mu się to, że cechy odgrywanego przez niego kiedyś bohatera są znienacka i bez powodu zmieniane.

Zdanie aktora podzielała część fanów, która zwracała uwagę na to, że w dwóch poprzednich częściach nic nie wskazywało na homoseksualną tożsamość postaci i przeprowadzenie takiego zabiegu teraz wydaje się jedynie próbą wpisania w modny ostatnio w Hollywood nurt. Takei sugerował stworzenie nowego bohatera, który mógłby wprowadzić jeszcze większą różnorodność w Trekowy kosmos, ale scenarzyści nie chcieli go słuchać. Pegg tłumaczył, że jest zdziwiony postawą Amerykanina i chociaż szanuje jego zdanie, to ta wizja „Star Treka” należy do nowych twórców i mogą robić z oddanym im w dzierżawę światem to, co uznają za stosowne.

"Star Trek: W nieznane", kadr z filmu Mat. prasowe

Cała afera wydaje się jednak tylko kolejną sprawną akcją marketingową. W filmie jest tylko jedna, trwająca mgnienie oka scena, w której Sulu niespecjalnie czule obejmuje się z domniemanym partnerem. Gdybym nie przeczytał o sprawie, mógłbym się nawet nie domyślić, że Sulu ma być gejem.

Homofob mógłby wściekać się, gdyby Sulu uprawiał namiętny seks. Społeczność LGBT mogłaby cieszyć się, gdyby panowie chociaż złapali się za ręce i czule pocałowali. „Kontrowersyjna” scena z „W nieznane” nie powinna jednak wkurzyć ani zadowolić nikogo. Twórcy chcieli chyba zjeść ciastko i mieć ciastko. I w pewnym sensie im się udało – wszyscy przecież o sprawie pisali.

Dziedzictwo Czechowa

Wiadomo już, że powstanie czwarta część cyklu. Wiadomo też, że nie zagra w niej Anton Yelchin, który zginął w zeszłym miesiącu w tragicznym wypadku. Producenci ogłosili właśnie, że rola Czechowa nie zostanie powierzona nowemu aktorowi. Jak wobec tego autorzy wyjaśnią nieobecność jednego z głównych bohaterów?

"Star Trek: W nieznane", kadr z filmu Mat. prasowe

Abrams jeszcze nie wie. Być może okaże się, że Czechow zginął między częściami. Być może zrezygnuje z latania na USS Enterprise. Może scenarzyści wpadną na jeszcze inny pomysł, by upamiętnić aktora. To szlachetna decyzja, która została natychmiast doceniona, ale przecież nie można było postąpić inaczej.

Jeszcze kilkanaście lat temu, zastępowanie aktorów było zdecydowanie popularniejszym trendem. Aktualnie, zwłaszcza w tak smutnych przypadkach, odejście od tego systemu to jedyna słuszna metoda postępowania. Być może gdyby chodziło o kapitana Kirka, producenci mieliby twardszy orzech do zgryzienia. Nagła zmiana fizis znanej postaci burzy jednak wiarygodność stworzonego świata a aktorzy tak bardzo scalają się z bohaterami w masowej świadomości, że – o ile nie chodzi o rolę przechodnią, jak w przypadku Jamesa Bonda – postacie i aktorzy odchodzą dzisiaj jednocześnie. Tak było z Paulem Walkerem we wzruszającym finale ostatnich „Szybkich i wściekłych”, podobnie będzie z Czechowem. Miejmy nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, będzie żył długo i pomyślnie.

"Star Trek: W nieznane" - zobacz zwiastun

Ocena: 3/6