"Julieta" - tak wyglądałby świat, gdyby rządziły nim kobiety

„Julieta”, najnowszy film Pedro Almodovara, to jego powrót do patrzenia na świat przez pryzmat mocnych kobiet. Nie jest to powrót w wielkim stylu, ale to i tak najlepszy film Hiszpana od wielu lat.

„Julieta” zaczyna się bardzo mocno i symbolicznie: piękna młoda dziewczyna spotyka w pędzącym przez zimną noc pociągu dwóch nieznajomych. Jeden za chwilę popełni samobójstwo, z drugim będzie uprawiać namiętny seks i zajdzie w ciążę. Ta brawurowa sekwencja, zamknięta w ciasnych przedziałach pociągu, wyznacza rytm i główne tematy filmu: przenikanie się pożądania i poczucia winy, kierowanie się emocjami i instynktem, a wreszcie - bardzo metaforyczne poszukiwanie się nawzajem w ciemności, w pociągu, który i tak pędzi do przodu, niezależnie od tego, co robią błąkający się po przedziałach ludzie.

"Julieta", kadr z filmu Mat. prasowe

Przez kolejnych dziewięćdziesiąt minut hiszpański mistrz kina opowiada dość zawikłaną i dramatyczną historię rodziny, która poszła w rozsypkę, po części za sprawą losu, po części - świadomych i konsekwentnie realizowanych decyzji swych członków. Ta opowieść, choć obfituje w zwroty akcji i zaskakujące rozwiązania, sama w sobie jest w gruncie rzeczy dość banalna. Sposób przełożenia jej na język filmowy też specjalnie nie zaskakuje, ani nie rzuca na kolana - Almodovar od dawna chętnie przyznaje się do silnej inspiracji i fascynacji twórczością dawnych mistrzów kina. Od wielu lat bardzo chętnie cytuje i parafrazuje ich styl, chętnie robi to także w swym najnowszym dziele.

Siła i oryginalność tego filmu wyraża się jednak w czymś zupełnie innym - Almodovar buduje w „Julietcie” wizję świata, którym niemal całkowicie zawładnęły kobiety. To one są siłą sprawczą i napędową wszystkich wydarzeń, to one są głowami rodzin, to one dominują w związkach, to one kierują instytucjami i prowadzą domy. Są silne, zdecydowane - nawet jeśli zdają się nie do końca wiedzieć, czego chcą, są zdeterminowane, żeby osiągnąć swój cel. Najlepszy przykład to choćby moment, w którym główna bohaterka, pragnąc sprawdzić, czy przelotna miłość okaże się prawdziwa i trwała, porzuca swoje dotychczasowe, miejskie życie i jedzie w nieznane, na prowincję.

"Julieta", kadr z filmu Mat. prasowe

I jeszcze jedna ważna rzecz: kobiety w tym świecie bardzo ściśle ze sobą współpracują, wspierają się nawzajem, są dla siebie podporą w ciężkich chwilach - dwie rywalki, walczące skrycie o jednego mężczyznę, po jego śmierci zawierają pakt, który trwa przez całe ich życie. Choć kiedyś gotowe były wydrapać sobie oczy, wolały tego nie robić, ale raczej zostać przyjaciółkami na śmierć i życie. 

"Julieta" - zobacz zwiastun:

Almodovar buduje taką wizję świata na tyle konsekwentnie, że nie zaniedbuje pokazania także tej drugiej strony: słabych, mdłych, bezbarwnych, bezsilnych i pozbawionych moralnego kręgosłupa mężczyzn. Męscy bohaterowie jego filmu robią głupstwa, których skutki próbują potem nieudolnie tuszować, podejmują decyzje, z których wycofują się chyłkiem, składają przysięgi, które z miejsca łamią, zdradzają, kłamią i uciekają.

Jeden z bohaterów, pracujący jako rybak, w obliczu ujawnienia nie tylko zdrady, ale wręcz - podwójnego życia z dwiema kobietami na raz, potrafi tylko wymamrotać coś niewyraźnie pod nosem, dłubać szydełkiem w porwanej sieci, a na koniec... uciec kutrem na wzburzone morze.

"Julieta", kadr z filmu Mat. prasowe

Ta kobiecocentryczna wizja nie jest oczywiście w przypadku tego reżysera żadną nowością ani niespodzianką. Przecież praktycznie cały jego dorobek z lat 90-tych, z najsłynniejszym chyba z jego filmów, „Kiką” na czele, to nic innego niż pochód silnych kobiet, które wiedzą, czego chcą i jak to osiągnąć. Almodovar tak dobrze wyspecjalizował się w ich portretach, że stały się one w jego filmach z tamtych lat bezdyskusyjną dominantą i znakiem rozpoznawczym. Kiedy dziś, po latach kręcenia zupełnie innych filmów, powraca do takiej wizji rzeczywistości w starym, dobrym stylu, udowadnia, jak bardzo jest dobry w jej tworzeniu.