Tego nie da się "odsłyszeć". Najgorsza śpiewaczka operowa w historii, która podbiła świat

Jej nagrania robią furorę, ale bynajmniej nie z powodu talentu czy umiejętności wokalistki. Florence Foster Jenkins została zapamiętana jako najgorsza śpiewaczka operowa w historii. Gdyby żyła dzisiaj, prawdopodobnie stałaby się internetową celebrytką.

Do niedawna o Florence słyszeli głównie studenci szkół artystycznych i adepci sztuki wokalnej, przekazujący sobie kultowe nagrania jako zabawną ciekawostkę. Istotnie, kiedy słyszy się ten skrzekliwy, łamiący się głos po raz pierwszy, trudno uwierzyć, że to nie żart. To przecież niemożliwe, żeby ktoś nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo źle to brzmi. A jednak Florence Foster Jenkins, której dokonania muzyczne trudno oceniać na serio, traktowała muzykę i swoją miłość do niej śmiertelnie poważnie. Do tego stopnia, że poruszyła niebo i ziemię, by jej nietuzinkowy talent nie został zapomniany. No cóż, udało jej się. 

"Boska Florence", kadr z filmu Mat. prasowe

Florence w swoich wyobrażeniach śpiewała sopranem koloraturowym, wysokim głosem o rozległej skali i imponującej ruchliwości pozwalającej na perfekcyjne wyśpiewywanie wszelkiego rodzaju ozdobników i skomplikowanych pasaży. Jego muzycznym symbolem stała się słynna "Aria Królowej Nocy" z opery "Czarodziejski flet" Mozarta, której opanowanie wymaga niezwykłej wirtuozerii i precyzyjnego warsztatu. To wyzwanie nawet dla doświadczonych śpiewaczek... ale nie dla Florence.

Zresztą, posłuchajcie sami, jak Florence Foster Jenkins "masakruje" Mozarta:

 

Brzmi jak idealny pomysł na film? Nic dziwnego - tylko w ciągu ostatniego roku powstały aż dwa filmy inspirowane życiem Florence Foster Jenkins - "Niesamowita Marguerite" Xaviera Giannoliego i "Boska Florence" Stephena Frearsa z Meryl Streep w roli tytułowej. Drugi z nich można od 19 sierpnia oglądać w kinach.

Lubisz filmy z Meryl Streep? Weź udział w naszym konkursie i wygraj atrakcyjne nagrody!

Florence Foster Jenkins muzykę kochała miłością czystą i bezinteresowną. Swoją pasję i karierę rozwijała dzięki odziedziczonemu po rodzicach majątkowi. Była znana dzięki swojej działalności filantropijnej. W trudnych wojennych czasach utrzymywała muzyczną duszę Nowego Jorku przy życiu. Finansowała i organizowała koncerty w Carnegie Hall i rozdawała hojnie swoje pieniądze.

Meryl Streep opowiada o pracy nad filmem "Boska Florence":

Mimo że jej zdolności wokalne - delikatnie mówiąc - pozostawiały wiele do życzenia, Florence była przekonana o swojej wielkości i nie przejmowała się krytyką. Uważała że ci, którzy źle ją oceniają, po prostu jej zazdroszczą. Zyskała zresztą ogromną popularność i pod koniec życia stała się niemalże celebrytką. Zwieńczeniem jej kariery był koncert w prestiżowej Carnegie Hall w 1944 roku. Miała wtedy 76 lat. Zmarła niedługo później, ale jej głos, zarejestrowany na kilku nagraniach, po latach wciąż zadziwia, śmieszy, ale też... inspiruje.

 

"Boska Florence", kadr z filmu Mat. prasowe

Meryl Streep, która w filmie Frearsa wciela się w główną bohaterkę, znała już wcześniej dokonania Florence Foster Jenkins. - Pamiętam jak przez mgłę, że na pierwszym roku szkoły aktorskiej moi koledzy przekazywali sobie nagranie ze śpiewającą Florence. Była to wówczas bardzo popularna rzecz - opowiada aktorka.

- Ona miała w sobie coś z dziecka - dodaje. - Dzieci, kiedy nie radzą sobie jeszcze zbyt dobrze z różnymi rzeczami, pomagają sobie za pomocą własnej wyobraźni. Czerpią przyjemność z samego tylko wyobrażania sobie tego wszystkiego. Nie istnieje chyba piękniejsza definicja amatora -  zachwyca się Streep. - Florence nie potrafiła śpiewać, ale kochała to robić. Kochała muzykę całym swoim sercem.

"Boska Florence" w kinach od 19 sierpnia.

ZOBACZ TEŻ: Autobiorafia "Meryl Streep. Znowu ona!" >>