Kijowska po raz pierwszy w kinie akcji. Chciałam zagrać królową śniegu, z burzą białych włosów

- Myślałam, że to głupota grać Niemkę, kiedy jest się Polką. Nagle wydało mi się to zabiegiem rodem z kina klasy B z lat 90., kiedy nie było nas stać na zatrudnienie aktora z zagranicy. Wtedy sięgnęłam po starsze polskie filmy. Wciągnęłam się w ich konwencję, umowność - mówi Julia Kijowska.

Z aktorką rozmawiamy o pracy na planie filmu "Sługi boże", w którym wcieliła się w niemiecką policjantkę o polskich korzeniach. Film w kinach od 16 września.

Małgorzata Steciak: "Sługi boże" to chyba pierwszy rasowy kryminał w twojej filmografii. Co cię przyciągnęło do kina rozrywkowego?

Julia Kijowska: To prawda, to było dla mnie coś nowego. Mam za sobą utrzymanego w konwencji thrillera "Czerwonego pająka” Marcina Koszałki i policyjną przygodę w "Drogówce”, gdzie podobnie jak w przypadku "Sług bożych” moim partnerem był Bartek Topa.

ZOBACZ TEŻ: Kryminał "Sługi boże", na podstawie którego powstał film >>

Plan zdjęciowy filmu Plan zdjęciowy filmu "Sługi Boże" .Fot . Wojciech Nekanda Trepka / Agencja Gazeta

To jednak kino autorskie, inne niż film Mariusza Gawrysia.

Na pewno. "Sługi boże” to dobrze zrealizowany film rozrywkowy - z kryminalną intrygą, pościgami i strzelaniną. To dziwne, jak się nad tym zastanowić, ale żyjąc na tym świecie, relaksujemy się oglądając mroczne historie z nieszczególnie szczęśliwymi zakończeniami [śmiech].

Skusił mnie dobrze napisany scenariusz i bohaterka, która miała w sobie tajemnicę. Ana - małomówna, trochę dziwna i fascynująca dziewczyna z innego kraju. Podobało mi się wyzwanie, z jakim wiązała się ta postać. Ana Wittesch mówi po polsku, ale to jej drugi język, ma niemieckie korzenie.

Plan zdjęciowy filmu Plan zdjęciowy filmu "Sługi Boże" &Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

W filmie mówisz płynnie po niemiecku. Trudno było udawać obcy akcent?

Akcent niemiecki bardzo łatwo sparodiować. Nie zależało mi jednak na karykaturze. Chciałam znaleźć w sposobie mówienia Any coś szczególnego, trudnego do uchwycenia. Tak, żeby nie było nawet pewności, czy ta naleciałość pochodzi z obcego języka czy ma inne źródło.

Uczyłam się kiedyś niemieckiego. To było jednak dawno temu. Teraz musiałam w ten monolog włożyć sporo pracy. Miałam wspaniałą trenerkę Linę Kuhn, która pomogła mi z kwestiami niemieckimi i akcentem. Godzinami ćwiczyłam wymawianie samego imienia i nazwiska mojej bohaterki. Okazało się, że poprawne wypowiedzenie "Ana Wittesch” wcale nie jest takie proste. Zaczęłam nabierać już wątpliwości, czy sprostam temu szczególnemu zadaniu.

Zwiastun filmu "Sługi boże":

"Sługi boże" - zwiastun

Dlaczego?

Myślałam, że to głupota grać Niemkę, kiedy jest się Polką. Nagle wydało mi się to zabiegiem rodem z kina klasy B z lat 90., kiedy nie było nas stać na zatrudnienie aktora z zagranicy. Wtedy sięgnęłam po starsze polskie filmy. Wciągnęłam się w ich konwencję, umowność.

Co ci one dały?

Obejrzałam na nowo "Do widzenia, do jutra” Janusza Morgensterna. Teresa Tuszyńska gra tam Francuzkę. To dodało mi otuchy. Pomyślałam, że dawniej dużo odważniej bawiliśmy się konwencją. Piękna dziewczyna gra bohaterkę z innego kraju i robi to z odwagą, rozmachem i akcentem na granicy przesady. To założenie się sprawdza, bo jest tak urokliwe i wdzięczne, że to, czy ona faktycznie pochodzi z Francji, schodzi na dalszy plan. Ważne, że jest z innego świata, do którego się tęskni. Takie rozumienie postaci do mnie przemawia. Chciałam patrzeć na Anę jak na osobę z innego porządku, nieprzystającą do rzeczywistości, którą oglądamy na ekranie.

Jej wyobcowanie, nieodłączny komputer i relacja z mężczyzną-detektywem kojarzyła mi się z Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona.

Rozumiem, miałam jednak inne inspiracje. Na początku chciałam, by Ana wyglądała inaczej. Myślałam o niej jak o bohaterce z klasycznego kina gatunkowego, ale nie chciałam skórzanych kurtek, czarnych włosów i kolczyków w nosie. Miałam bardziej bajkowe fantazje. Wyobrażałam ją sobie jak królową śniegu, z burzą białych jakby siwych włosów. Może to pamiątka po jakiejś traumie? Jak zwykle chciałam skoczyć w dużą przemianę. Zrobiłam to, ale znalazłyśmy z charakteryzatorką Anną Dąbrowską inny sposób.

Premiera filmu Premiera filmu "Sługi Boże" w Warszawie &Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

W filmie nie brakuje scen akcji. Przeszłaś profesjonalny trening?

Do sceny bójki musiałam się długo przygotowywać pod okiem świetnych trenerów i kaskaderów. Kręciliśmy ją jeden dzień, było sporo nerwów, kilka siniaków. Nabiłam sobie guza i zwichnęłam kostkę. Ale też po raz pierwszy dostałam oklaski na planie [śmiech].

Masz chyba jednak mniej biegania niż Bartek Topa...

To się tak tylko wydaje [śmiech]! W filmie to krótka scena. Jak oglądam jednak moją walkę nagraną podczas próby na telefonie, to imponuje mi, że to wszystko robiłam. Uzyskanie wiarygodności w tej walce kosztowało nas z Andrzejem Konopką wiele wysiłku i przepoconych t-shirtów.

Z Bartkiem Topą, który w "Sługach bożych” wciela się w partnerującego ci komendanta Warskiego, spotykasz się na planie już po raz czwarty.

Naprawdę!?

Graliście wcześniej razem w "Boisku bezdomnych”, "Drogówce” i "Pod Mocnym Aniołem”. Ale rekordzistą i tak pozostaje Adam Woronowicz, z którym pracowałaś po raz piąty.

No tak, rzeczywiście z Adamem Woronowiczem mamy już za sobą kilka traumatycznych spotkań w filmie [śmiech]. Żartujemy sobie, co jeszcze gorszego może mi zrobić kolejny jego bohater. To niezwykła aktorską osobowość. Bardzo lubię z nim pracować.

Plan zdjęciowy filmu Plan zdjęciowy filmu "Sługi Boże" .Fot . Wojciech Nekanda Trepka / Agencja Gazeta

Podobnie z Bartkiem Topą. Czuję się przy nim bezpiecznie. Przeszliśmy zawodowo już jakąś drogę, ale przepis na dobrego partnera zawiera się też w tym, żeby zachować dla siebie tajemnice. I kiedy wydaje nam się, że wiemy o sobie wszystko i perfekcyjnie znamy swój warsztat dać się zaskoczyć. Mimo że z Bartkiem mamy przegadane kilkadziesiąt godzin na planach w różnych miejscach Polski, spotkanie z nim zawsze daje mi coś nowego, ciekawego.

Jak tworzysz postać, którą masz zagrać? Skąd czerpiesz inspirację?

Lubię znaleźć osobę, która w moim wyobrażeniu odpowiada bohaterce w jakiś sposób. Czasem pasuje emocjonalnie, a czasem taką, która inspiruje mnie zewnętrznie, tym jak się porusza, mówi czy wygląda. To może być Patti Smith, Nabokov czy Sinead O’Connor, albo pani, która mieszka po drugiej stronie mojej ulicy.

Lubię obserwować ludzi. Staram się jednak nie korzystać z tego w pracy w infantylny sposób. Nie myślę sobie: o, ta pani tak dziwnie chodzi, ja też tak spróbuję. Chodzi o pewien rodzaj poszerzania samej siebie o prawdopodobieństwa, przykładanie się do nowej możliwości. Widzisz kogoś i z drobnych informacji budujesz coś, co mogłoby stać się również twoje własne. Zdarza się, że coś, co u obcej osoby z początku mnie denerwuje, szybko zaczyna ciekawić, intrygować. A kiedy taką, zupełnie nową dla mnie cechę, odkryję na potrzebę roli, lubię patrzeć na siebie na ekranie.

Premiera filmu Premiera filmu "Sługi Boże" w Warszawie &Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Naprawdę? Aktorzy zwykle tego nie znoszą.

Nie mam z tym problemu. To ciekawy paradoks. Czuję wtedy, jakbym patrzyła na kogoś obcego. Nie poznaję w tym siebie, a jednocześnie mogę dostrzec w swoim zachowaniu czy wyglądzie detale, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi. Obserwowanie siebie w filmie wciąga mnie tak samo, jak przypatrywanie się innym. W pewnym sensie ja nie patrzę wtedy przecież na siebie. Za bardzo ciekawi mnie zresztą całość przedsięwzięcia , żeby skupiać się wyłącznie na sobie.

Nie zastanawiasz się wtedy, jak wypadłaś, nie zauważasz, dajmy na to, źle ułożonej fryzury, nie oceniasz swojej pracy?

Oczywiście oceniam, czasem patrzę na ekran ze wstydem, zasłaniam oczy rękami, ale nie dlatego, że źle wyglądam. Myślę: tu przekroczenie, dokąd to zmierza, albo po prostu obawiam się czy sprawdziło się jakieś założenie. Nigdy nie mam jednak poczucia, że ta osoba na ekranie to jestem ja. Oglądam swoje filmy zresztą po kilka razy.

Premiera filmu Premiera filmu "Sługi Boże" we Wrocławiu Fot.Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta

Dlaczego?

Żeby zrozumieć wszystkie wybory reżysera, montażysty – cały proces, w którym jako aktorka nie uczestniczę.

Pracując nad rolą reżyseruję film po swojemu, w głowie. Nie ma siły [śmiech]. A potem muszę tę moją wizję skonfrontować z tym, co wydarzyło się na etapie postprodukcji, już poza mną. 

Mówisz, że w rolach szukasz okazji do przemiany, eksplorowania nowych obszarów. Tylko na przestrzeni ostatnich kilku lat zagrałaś m.in. chorą na raka dziewczynę, pierwszą kobietę w kosmosie, Blanche z "Tramwaju zwanego pożądaniem”; w "Zjednoczonych stanach miłości” Tomka Wasilewskiego przeszłaś ogromną fizyczną metamorfozę. Takie przeskakiwanie z roli do roli bywa wyczerpujące?

Staram się robić przerwy między projektami. Mam szczęście, bo jakoś udaje mi się w tym komforcie trwać. Także dlatego, że lubię zmieniać się fizycznie. Czasem sam wygląd stanowi przeszkodę, bo jeśli dla jednej roli zafarbowałam włosy na rudo i wybieliłam brwi, muszę odczekać, zanim znowu zmienię fryzurę na potrzeby kolejnego projektu.

"Tramwaj zwany pożąadaniem" w Teatrze Ateneum Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

To chyba nie jest łatwe. Kiedy rozmawiam z aktorami, dają do zrozumienia, że sytuacja, kiedy można skupić się wyłącznie na przygotowaniach do jednej roli, to luksus.

Oczywiście, w tym zawodzie bywa różnie. Czasami projekty kumulują się i wydaje się, że nie da się ich pogodzić. Zwykle okazuje się jednak, że wszystko można uporządkować bez nakładania się harmonogramów. Nie mam wielu zobowiązań w teatrze, dlatego nie muszę wracać z planu filmowego i tego samego dnia grać spektakl. Wyobrażam sobie, że to musi być bardzo wyczerpujące. Staram się, żeby spektakle nie zazębiały się z planem filmowym. Udaje się to dzięki ogromnej przychylności Teatru Ateneum, w którym jestem zatrudniona na etacie.

Sługi boże - kadr z teaseraSługi boże - kadr z teasera materiały prasowe

Czujesz, że to kwestia szczęścia czy pewnych kompromisów?

Mam dużo szczęścia. Znam historie kolegów, ludzi mi bliskich, którym trudno o satysfakcję w tym zawodzie. Aktorzy mają ogromną zachłanność i pasję do pracy, ale na sukces musi poskładać się bardzo dużo elementów. Trzeba też jednak dokonywać wyborów. Staram się, tego szczęścia, nie rozmienić na drobne. Czy mi się to będzie zawsze udawało? Nie wiem. Świadomość, że decyzja choć trochę należy do mnie jest bardzo ważna. Kto wie, czy kiedyś nie zmienią mi się priorytety? Na razie wszystko, co proponuje mi ten zawód, jest bardzo ciekawe.

Zapisz

Więcej o:
Komentarze (2)
Kijowska po raz pierwszy w kinie akcji. Chciałam zagrać królową śniegu, z burzą białych włosów
Zaloguj się
  • unna

    Oceniono 5 razy 5

    Głos Margueritte, nie należy do Teresy Tuszyńskiej, tylko do Eleonory Kałużyńskiej, która ją dubbingowała.

  • jerry9

    0

    dobra twarz. Oby dostawała ciekawe propozycje. Powodzenia

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX