Matka Polka, muza artysty, szara eminencja. Kim była Zofia Beksińska?

- Uderzyło mnie, jak bardzo Beksińscy byli dobraną parą. Obydwoje mieli zaniżone poczucie własnej wartości - mówi Aleksandra Konieczna.

Rozmawiamy z aktorką wcielającą się w Zofię Beksińską w filmie "Ostatnia rodzina" Jana P. Matuszyńskiego, który od 30 września można oglądać w kinach. 

Małgorzata Steciak: W książce "Beksińscy. Portret podwójny" Magdalena Grzebałkowska przywołuje słowa Zofii, że w rodzinie Beksińskich kobiety się nie liczą. Są wyłącznie cieniem. Kim była Zofia Beksińska?

Aleksandra Konieczna: Była żoną znanego malarza. Matką kultowego dziennikarza i tłumacza. Enigmą. W materiałach archiwalnych, które oglądałam, wyraźnie widać kogoś, kto się nie wyraża. Spędziła większość swojego życia jako gospodyni domowa, obsługująca męża, syna, matkę i teściową. Niektórzy o niej mówili, że była szarą eminencją tej rodziny. Usytuowana gdzieś z boku między dwoma mocnymi osobowościami, a jednak po cichu trzymająca całą trójkę w pionie.

"Ostatnia rodzina", kadr z filmu Hubert Komerski

Co Pani o niej wiedziała przed rozpoczęciem zdjęć?

- Nic. Przed castingiem spojrzałam na jej fotografię, pomyślałam: faktycznie, jestem trochę do niej podobna. Wstąpiłam do sklepu po ciemną perukę, bo jestem blondynką, i tyle. Dopiero kiedy dostałam rolę, reżyser [Jan P. Matuszyński – przyp. red] dał mi mnóstwo materiałów wideo.

To była chyba najlepiej udokumentowana rodzina. Beksiński miał fioła na tym punkcie – najpierw fotografował, nagrywał dźwięk, potem filmował wszystko kamerą. Jej obiektyw stał się kolejnym członkiem rodziny, akceptowanym przez wszystkich. Zosi w tych materiałach jest bardzo dużo.

To ogromne prywatne archiwum Beksińskich pomagało w tworzeniu postaci czy wręcz przeciwnie?

- Kiedy dostałam od Janka materiały, po prostu wzięłam kartkę i odrabiałam aktorską robotę. Postanowiłam w ogóle nie myśleć, tylko patrzeć i pisać. Jak Zofia chodzi, na którym biodrze częściej kładzie dłoń, kiedy pali, w jaki sposób podpiera głowę. W pewnym momencie, kiedy tych obserwacji było już bardzo dużo, poczułam przesyt.

I co Pani zrobiła?

- Pomogło mi wtedy spotkanie z dyrektorem muzeum im. Beksińskiego w Sanoku, Wiesławem Banachem, który świetnie znał całą rodzinę malarza. Powiedział, żebyśmy nie starali się za wszelką cenę imitować bohaterów, tylko robili swoje. Pomyślałam, że ma rację.

Aleksandra KoniecznaAleksandra Konieczna Fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta

Na świecie przecież rodzina Beksińskich nie jest tak rozpoznawalna. Film miał światową premierę na festiwalu w Locarno. W Szwajcarii malarstwo Beksińskiego nie jest szczególnie popularne, więc na naszych bohaterów patrzono jak na zwyczajną rodzinę. Musieliśmy wyważyć te proporcje, zderzając nasze wyobrażenie o bohaterach, aktorskie wrażliwości i prawdę na temat postaci. Na tym etapie działałam jak sito. Trochę wpuszczałam, trochę wypuszczałam.

Jak Pani patrzyła na relację Zofii z mężem?

- Kiedy zaczęłam zagłębiać się w życie tej rodziny, uderzyło mnie, jak bardzo byli dobraną parą. Obydwoje mieli zaniżone poczucie własnej wartości. Zofia uważała, że taka wielka osobowość jak jej mąż potrzebuje drugiej, równie wyrazistej. A ona była wyłącznie w tle, czuła się kulą u nogi.

Ale przecież Zdzisław tak o niej nie myślał. Szczerze ją kochał, nie tylko w młodości, kiedy Zosia była bardzo atrakcyjną kobietą z zadartym nosem i wadliwym zgryzem, do których miał wielką słabość.

- Uważam, że pod wieloma względami to był rewelacyjny związek. Jemu do końca – widać to wyraźnie na nagraniach – świeciły się oczy, kiedy na nią patrzył. Nawet jak plotła głupoty [śmiech]. Nie rozmawiał z nią o sztuce, a przynajmniej ja nie natrafiłam na takie materiały. Wyobrażam sobie, że artysta musi czuć się bardzo samotny, jeśli nie ma kogoś, z kim mógłby się dzielić przemyśleniami na temat jego pracy.

"Ostatnia rodzina", kadr z filmu Mat. prasowe

Z drugiej strony, może tak jest zdrowiej, higieniczniej? Przecież Zosia spełniała wszystkie jego oczekiwania, zarówno jako partnerka życiowa, jak i kobieta. Stwarzała mu warunki do funkcjonowania, dbała o przyziemne sprawy, była łącznikiem ze światem zewnętrznym.

Muszę przyznać, że z trójki głównych bohaterów mnie Zofia Beksińska fascynuje najbardziej. Dziewczyna, która wyrywa się z małej miejscowości, by studiować romanistykę w Krakowie, modelka pozująca mężowi nago do odważnych zdjęć rezygnuje ze spełnienia zawodowego, by stać się gospodynią domową.

- Ona była stoikiem. To nie jest modne w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie są bardzo roszczeniowi. Zofia powiedziała kiedyś bardzo mądre słowa: "Pamiętają? Dobrze. Nie pamiętają? Też dobrze. I tak jakoś życie leci".

Ale ta relacja działała, ponieważ Zofia usunęła się w cień.

- Ona z czasem zapłaciła dużą cenę za bierność, problemy z synem i wyjazd z Sanoka. W Warszawie czuła się bardzo samotna. Nigdy się nie skarżyła, ale przez wiele lat zmagała się z depresją. W filmie prawie tego nie widać, ona tylko czasami bierze jakieś proszki, ale nie wiadomo, na co. Nikt o tym nie wiedział.

Zdzisław dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Był człowiekiem rozsądnym, miłym, ciepłym. Przede wszystkim był mężczyzną obecnym – przecież oni spędzali ze sobą prawie cały czas! Są stale w domu, w jednym mieszkaniu. A jeśli wychodzą, to też razem.

I Zofia nie wypominała mężowi, że powstrzymał ją przed skończeniem studiów? Nigdy nie zabrał na wakacje za granicę? Że filmował ją w najintymniejszych momentach - jak w jednej ze scen "Ostatniej rodziny", kiedy Tomek demoluje rodzicom kuchnię, Zdzisław zamiast zareagować, biegnie po kamerę? 

- Wydaje mi się, że tylko osoby niedojrzałe albo ludzie, którzy nie mają pojęcia o związkach myślą, że w relacji z drugim człowiekiem można mieć wszystko, że on czy ona spełni wszystkie nasze oczekiwania. To złudzenie, zawsze jest coś za coś. Czy Zdzisław ograniczał Zosię? Pewnie tak, ale miał też wiele innych cech, które pomogły zbudować trwałe i zgodne małżeństwo. Oparte na wzajemnym zrozumieniu.

"Ostatnia rodzina", kadr z filmu Mat. prasowe

W ich relacjach nie ma oglądania się na innych, takiego naszego polskiego "Co ludzie powiedzą".

- Ich relacje naznaczone są głębokim szacunkiem dla drugiej osoby i tolerancją. Zofia i Zdzisław zgadzają się na siebie takich, jakimi są. Nawet kiedy jest to bardzo trudne, jak gdy Zosia po wykryciu ciężkiej choroby decyduje, że nie będzie się leczyć. Dla jej męża jest to z pewnością tragedia, ale szanuje jej decyzję i ani razu jej nie kwestionuje.

Wiele osób po seansie "Ostatniej rodziny" było wstrząśniętych reakcją Zdzisława na samobójstwo Tomka. Ojciec, który na widok trupa syna mówi: "Gratuluję", musi być potworem? Ale przecież on już przy jego drugiej próbie samobójczej dostrzega, że odejście ze świata jest świadomą decyzją dorosłego mężczyzny. To zmuszanie go do życia jest presją, wręcz przemocą.

Beksińskich przez lata otaczała aura fatum. Najpierw za sprawą malarstwa Zdzisława, uznanego za "katastroficzne". Kiedy Tomek popełnił samobójstwo a Zdzisław został zamordowany, niektórzy przypięli im łatkę "rodziny przeklętej". 

- To jest pewna metka, wyobrażenie o tym, jak powinien żyć artysta, jak powinien wyglądać jego dom. W ich przypadku było inaczej, bo prowadzili bardzo zwyczajne, wręcz monotonne życie, a mimo wszystko przylgnęła do nich łatka. Może z powodu nagromadzenia tych niezwykłych śmierci? Gdyby Zdzisław Beksiński zmarł z przyczyn naturalnych, a jego syn, znany dziennikarz radiowy nie popełniłby samobójstwa, może nie byłoby o nich tak głośno?

Śmierć była też głównym tematem malarstwa Beksińskiego.

- Mogę o tym myśleć na wiele sposobów. W wierze prawosławnej, którą wyznaję, istnieje technika modlitewna Hezychazm. Polega ona na wielokrotnym powtarzaniu imienia osoby, do której się modlimy. Można wtedy w ogóle nie myśleć ani nie czuć, ale poprzez ciągłe repetycje tworzy się fizyczna energia, która uderza w adresata. Nie chcę ograniczać się do jednej interpretacji, bo przecież nie sposób tego wyjaśnić, ale może takie zaklinanie śmierci, przyzywanie jej poprzez obrazy, twórczość, jej ciągła obecność za życia musiały w końcu przynieść jakieś tragiczne konsekwencje?

Zdzisław Beksiński długo nie chciał dziecka, a kiedy Tomek się urodził, traktował go jak kumpla. Jego relację z synem podsumowuje w swojej książce Grzebałkowska - nigdy nie uderzył, ale też nigdy nie przytulił.

- W relacji z synem ani matka, ani ojciec nigdy nie stawiali granic. Takie podejście przekłada się bezpośrednio na brak poczucie bezpieczeństwa u dziecka. Nie ma ściany, od której można się odbić. "Nie" jest bardzo potrzebne w wychowaniu. Tymczasem rodzice Tomka nigdy mu nie odmawiali.

"Ostatnia rodzina", kadr z filmu HUBERT KOMERSKI

Zdzisław nie traktował Tomka jak dziecka, lecz miniaturowego dorosłego, wychowywał sobie partnera intelektualnego. Nigdy go nie uderzył, bo bał się, że rozsmakuje się w przemocy. Miał też problem z dotykiem. Dla dziecka taki brak fizycznej bliskości musiał być traumatyczny.

Ojciec był kolegą, matka zaś usuwała synowi z drogi wszelkie przeszkody.

- Była po prostu nadopiekuńcza. To w kraju matki Polki nagminne. Uważam, że trzeba o tym mówić. Dostaję od wielu widzów głosy, że Zosia była nadkobietą, wspaniałą matką i żoną. A ja wcale tak nie uważam.

Dlaczego?

- Nadopiekuńczość niesie ze sobą prosty komunikat: nie poradzisz sobie. Potem tacy synowie nie są w stanie dojrzeć do żadnej roli – partnera, męża, ojca. Szukają w kobiecie matki. Podświadomie porównują każdą spotkaną dziewczynę do niej, to jest wręcz kazirodztwo emocjonalne. Żadna nie sprosta tak wygórowanym oczekiwaniom. Miłość, związek to jest coś innego niż relacja z matką.

Proszę zwrócić uwagę, że kobiety Tomka były nawet z wyglądu podobne do matki. Takie przystojne brunetki.

Zosia była brunetką z wadą gryzu i zadartym nosem. Pani jest blondynką.

- Z zadartym nosem niewiele mogliśmy zrobić. Ze zgryzem próbowaliśmy, ale nie przynosiło to efektów. Przygotowywaliśmy odlewy u ortodonty, próbowaliśmy dopasować, ja starałam się w tym mówić. Niestety, kiedy dostałam sztuczną szczękę, zaczęłam seplenić. Może gdybym miała więcej czasu, nauczyłabym się mówić poprawnie.

Beksińscy mówili z typowym wschodnim "zaśpiewem". Przyjemnie się słucha, jak odtwarza Pani podkarpacki akcent.

- Zofia miała wyższy ton głosu ode mnie, bardziej melodyjny. Podkarpacki akcent narzucał nie tylko melodię mówienia, ale określoną składnię, rytm, zwroty, które nie funkcjonują nigdzie indziej.

"Proszę ja ciebie..."

- Dokładnie [śmiech]. To bardzo specyficzny język. Kiedy próbowaliśmy się go nauczyć, Robert [Bolesto, autor scenariusza - przyp.red.] bardzo nas kontrolował, żebyśmy nie przeszarżowali.

"Ostatnia rodzina", kadr z filmu Hubert Komerski

"Ostatnia rodzina” to pierwszy fabularny film Jana P. Matuszyńskiego. Czym zaskoczył panią debiutant?

- Dał nam ogromne poczucie bezpieczeństwa. W ogóle nie myślałam, że pracuję z debiutantem, Janek był niesamowicie przygotowany pod każdym względem. Wiedział od początku, o czym chce robić film i w jaki sposób opowiedzieć tę historię od strony technicznej. To było szczególnie ważne, bo niemal wszystkie sceny w "Ostatniej rodzinie” są zrealizowane w jednym ujęciu.

To bardzo odważna decyzja, bo przecież jesteśmy przyzwyczajeni, że możemy zobaczyć bohatera w różnych planach, zrobić zbliżenie, zajrzeć mu do oka. Dla aktora ta tradycyjna metoda kręcenia jest katorgą. Po kilkunastu dublach, kiedy jest się już pustym jak wydrążona dynia, przychodzi moment, w którym gramy w planie bliskim. Tutaj tego nie ma. Zmieniło to zupełnie dynamikę pracy.

Efekt jest porażający. W pamięci pozostała mi przede wszystkim scena rozmowy Zosi i Zdzisława z Tomkiem, w której matka rozmawia z synem o ideałach i miłości, do której się dojrzewa latami.

- Ta scena trwa dobre kilka minut. Przez ten czas kamera nie wykonuje żadnego ruchu. Uwielbialiśmy ją grać. Jest w niej tyle ładunku emocjonalnego, że mogłaby stać się punktem wyjścia spektaklu teatralnego.

Zosia, ze stoickim spokojem usiłująca ustalić, dlaczego syn "nie jest sobą”, przejmuje tu funkcję swoistej rodzinnej terapeutki.

- Ta scena pierwotnie była dłuższa, ale została skrócona. We fragmencie, który nie znalazł się w finalnej wersji, w pewnym momencie matka znienacka pyta Tomka: "A w czym ty śpisz teraz?" Na co on odpowiada, że nago. Wtedy do akcji wkracza ojciec, usiłujący zamknąć wątek, ale Zosia mu nie pozwala: "Latem śpi nago, zimą śpi nago, a tu okno otwarte. No to jak on się może dobrze czuć!" Taka diagnoza depresji. Na wszelkie sposoby próbowała syna zrozumieć.

Mnie to szalenie imponuje. Ta matczyna miłość, nawet jeśli obarczona błędami wychowawczymi, to wypływająca z potrzeby akceptacji drugiego człowieka  zamiast naginania go do swoich wyobrażeń.

- Mam nadzieję, że nie ma w tym filmie tezy. Tu się nie ocenia ani ojca, ani matki, ani syna. Kiedy oglądam "Ostatnią rodzinę", widzę ludzi, którzy kochają się – jak dla mnie – w sposób idealny.