Reżyser "Jestem mordercą": Marchwicki był synonimem diabła. Straszyli dzieci, że przyjdzie i je porwie

- Marchwicki był sąsiadem jednej z ofiar, mieszkał w dzielnicy, w której znajdowano ofiary. Pogrążyły go zeznania żony, która liczyła na milion złotych nagrody - mówi w rozmowie z Gazeta.pl reżyser "Jestem mordercą" Maciej Pieprzyca.

Reżyser opowiada nam o kulisach najsłynniejszego śledztwa PRL-u, które posłużyło jako inspiracja przy realizacji filmu „Jestem mordercą”, który można oglądać w kinach kinach od 4 listopada.

Małgorzata Steciak: Kiedy po raz pierwszy usłyszał Pan o Wampirze z Zagłębia?

Maciej Pieprzyca: Każdy, kto w latach 60. czy 70. mieszkał na Śląsku czy w Zagłębiu musiał słyszeć o tej sprawie. Panowała ogromna psychoza strachu: 14 morderstw, sześć usiłowań, potem pokazowy proces zwieńczony dwiema karami śmierci. Byłem w tym czasie dzieckiem, nie rozumiałem wiele z tego, co się działo. Moja mama i mamy moich kolegów straszyły nas, że jeśli będziemy niegrzeczni, przyjdzie Marchwicki i nas porwie. To był synonim diabła.

Potem, z wiekiem, zaczynałem coraz więcej rozumieć. Już w latach 90. wokół sprawy Marchwickiego narosło wiele niejasności, zaczęto kwestionować rzetelność śledztwa. Zacząłem się zastanawiać: co, jeśli to nie on zabił te kobiety?

Owocem Pana poszukiwań był najpierw film dokumentalny „Jestem mordercą...” z 1998 roku, w którym podważa Pan wiarygodność dowodów przeciwko Marchwickiemu.

- Pod koniec lat 80. trafiłem na słynną wystawę poświęconą sprawie Marchwickiego. Złapanie Wampira z Zagłębia uznawano za największy sukces milicji w okresie PRL-u. To było doświadczenie nieomal surrealistyczne. Te gadżety, pajęczyny, maski pośmiertne, popiersia miały w sobie coś tandetnego, nierzeczywistego.

Kilka lat później poznałem Henryka Marchwickiego, przyrodniego brata domniemanego mordercy, który wyszedł z więzienia po 24 latach. Wysłuchałem jego wersji wydarzeń i zacząłem na własną rękę drążyć tę sprawę.

"Jestem mordercą", reż. Maciej Pieprzyca Fot. mat. prasowe

Wątpliwości wzbudza już sam fakt, że morderstwa ustały na dwa lata przed aresztowaniem Zdzisława Marchwickiego. Nie przedstawiono też żadnych twardych dowodów przeciwko niemu.

- To był proces poszlakowy, w takim przypadku w demokratycznym kraju nie wnioskuje się o wyrok śmierci. Przygotowując film dokumentalny, trafiłem między innymi na oficerów prowadzących śledztwo. Dowiedziałem się, że wielu z tych, którzy mieli wątpliwości dotyczące winy Marchwickiego, zostało od sprawy odsuniętych.

To przerażające, jak mało trzeba było, by złamać człowiekowi życie.

- Nie wiem, jak to ująć. Określenie „Miał pecha” wydaje się niefortunne, ale chyba jest trafne. Jego nazwisko pojawiało się w tej sprawie kilkakrotnie. Był sąsiadem jednej z ofiar, mieszkał w dzielnicy, w której znajdowano ofiary. Pogrążyły go zeznania żony, która liczyła na milion złotych nagrody.

Pan wierzy, że skazano nie tego człowieka?

- Niektórzy uważają, że Marchwicki był winny. Dużo osób – w tym i ja – twierdzi, że był on kozłem ofiarnym. Mimo tych rozbieżności obydwie strony zgadzają się co do jednego: zabrakło przekonujących dowodów winy podejrzanego. Całe śledztwo i proces były oparte na zmanipulowanych dowodach. Teraz, kilkadziesiąt lat później, nie sposób już dotrzeć do nowych faktów i świadków.

I dlatego w „Jestem mordercą” nie pojawia się nazwisko Marchwickiego? Sprawa Wampira służyła Panu wyłącznie za inspirację.

- Realizacja filmu rozliczeniowego z tamtym systemem czy nawet tą konkretną sprawą w 2016 roku jest bez sensu. W latach 90., kiedy jeszcze jako młody reżyser zrobiłem dokument o Marchwickim, było inaczej. Wtedy nikt o tym nie mówił, ja dotarłem do nowych faktów w sprawie, wciąż żyli świadkowie tych wydarzeń. Temat był dużo bardziej gorący.

Często, kiedy staramy się być wierni prawdzie historycznej, ilość wątków, motywów, może przytłoczyć opowieść, przesłonić jej sedno. Ja posłużyłem się fikcją, by na bazie prawdziwych wydarzeń zbudować interesującą, wciągającą historię.

Jestem mordercą - kadr z filmuJestem mordercą - kadr z filmu print screen /Next Film

Skąd wziął się tytuł obydwu filmów?

- Podczas pracy nad dokumentem dotarłem do archiwalnych nagrań z procesu. To zdanie pochodzi z jednego z ostatnich dni. Zdzisław Marchwicki był już wtedy bardzo wyczerpany. Kiedy jego rodzina, jego dzieci zeznawały przeciwko niemu, oskarżony wstał i poprosił o głos. Nie robił tego nigdy wcześniej. Powiedział do składu sędziowskiego, że chce, żeby go już stamtąd zabrano, że już nie chce zeznawać, że nie chce tutaj być. Sędzia zapytał go wtedy, co to znaczy. Czy oskarżony jest mordercą? I właśnie wtedy padły słowa: „Z tego, co tutaj usłyszałem i zobaczyłem, to tak”.

Nawiązanie do tej wypowiedzi to sprytna zabawa z oczekiwaniami widza. No bo kto tak naprawdę jest w tej historii mordercą? Podejrzany czy milicjanci, którzy doprowadzili do skazania go na karę śmierci?

- Bardzo lubię angażować odbiorcę emocjonalnie, chcę, by współuczestniczył w wydarzeniach przedstawianych na ekranie, a nie jedynie przyglądał im się z dystansu. Chodzi o to, by wciągnąć go w historię, zmusić do zastanowienia się, co on zrobiłby w podobnej sytuacji. Jak zareagowałby, gdyby stanął przed podobnym dylematem, co główny bohater.

Wątek kryminalny schodzi wtedy na dalszy plan.

- Staram się robić takie filmy, jakie sam lubię oglądać. Dlatego chciałem wyjść od kryminału. Sednem tej historii nie jest jednak ściganie mordercy, ale to, co się dzieje, kiedy podejrzany zostaje złapany. Cenię kino, które jest nieoczywiste, przełamujące gatunkowe schematy. Jestem wielkim fanem francuskich kryminałów psychologicznych Jean-Pierre'a Melville'a.

Dla niego kryminał był wyłącznie strukturą, na której opierał całą historię, pretekstem do przyjrzenia się społeczeństwu i opowiedzeniu o targających nim lękach. Akcja nie jest najważniejsza, nie słynne „kto zabił”, ale przyglądanie się, jak ludzie reagują, kiedy z pozoru uporządkowany świat usuwa im się spod nóg.

"Jestem mordercą" - kadr ze zwiastuna filmu materiał prasowe

Tak samo jest skonstruowane „Jestem mordercą”. Tak naprawdę ten film jest opowieścią o kłamstwie.

- Dla mnie sprawa Wampira była znakomitym pretekstem, by powiedzieć coś o jednostkowych dramatach ludzkich. O presji sukcesu, starciu ambicji z moralnością. Starałem się zrobić film, który, mimo że rozgrywa się czterdzieści lat temu, ma związek ze współczesnością. Dylematy głównego bohatera, to, z czym się mierzy, jego walka z samym sobą i systemem, w którym przyszło mu funkcjonować – to wszystko jest bardzo współczesne. To są także moje dylematy.

Główny bohater „Jestem mordercą” Janusz Jasiński jest młodym, ambitnym milicjantem, który na początku wzbudza sympatię. Podobno Mirosław Haniszewski zdobył tę rolę przez przypadek.

- To prawda, to historia trochę jak z hollywoodzkiego kina klasy B [śmiech]. Trwały zdjęcia próbne do głównej roli, wytypowałem kilku aktorów w przedziale wiekowym, który pasował do bohatera. W przypadku castingów często wynajmuje się oprócz tego osobę, która „podrzuca kwestie” aktorom. W tym przypadku był to właśnie Mirek, który do tej pory grywał w kinie role drugoplanowe. Podszedł do mnie w przerwie między kolejnymi kandydatami i poprosił, bym dał mu szansę. Zgodziłem się. I dobrze zrobiłem, bo Mirek okazał się najlepszy.

To zupełnie nieopatrzona w polskim kinie twarz.

- Poza umiejętnościami aktorskimi Mirek wniósł do tego filmu pewną anonimowość. Każdy znany aktor jest naznaczony wspomnieniem swoich poprzednich ról. To wpływa na wiarygodność kreowanej przez niego postaci. Czasami to przeszkadza, czasami nie. W tym konkretnym przypadku czułem, że to może być problem.

"Jestem mordercą", reż. Maciej Pieprzyca Fot. mat. prasowe

Udało mu się. Jesteśmy po jego stronie nawet kiedy zaczynamy dostrzegać, że zbudował karierę na kłamstwie.

- Jego dylematy mogą wydawać się błahe ludziom, którzy patrzą na innych z góry i oceniają: ja bym na pewno tak nie zrobił. Dopóki nie znajdziemy się w podobnej sytuacji, nie wiemy, jak byśmy się zachowali. Drażnią mnie opinie historyków, którzy mają po 30 lat, ale mówią z pełnym przekonaniem, że sami nigdy by się nie dali złamać przez system. Zarzekają się, że gdyby UB ich aresztowało, wykazaliby się jedynie męstwem i odwagą. Co za głupota! Patrzą na świat, jakby był czarno-biały.

Może dlatego, że ostatnio tylko w takich barwach niektórzy w Polsce starają się go malować. Dla mnie problematyka tego filmu jest szalenie aktualna także dzisiaj, kiedy tak dużo mówi się o ideałach, demokracji i walce o wolność jednostki. W takim Jasińskim możemy przejrzeć się jak w lustrze.

Pracując nad filmem, myślał Pan o polityce dziś?

- Przystępując do pracy nad scenariuszem w 2014 roku, przeanalizowałem wszystkie elementy składowe tej historii pod kątem tego, co może być ważne dla współczesnego widza. Wtedy zupełnie anachroniczne wydało mi się zagadnienie jednostka kontra system totalitarny. A potem, po ubiegłorocznych wyborach, wszystko się zmieniło. Nasza scena polityczna uległa dużej zmianie i to wszystko stało się niezwykle aktualne.

Po pokazach filmu na festiwalu w Gdyni pojawiły się głosy, że „Jestem mordercą” to współczesne kino moralnego niepokoju.

- Chciałem, by film nawiązywał nie tyle do całego nurtu, ale niektórych tytułów, które są mi szczególnie bliskie. Na przykład „Wodzirej” Feliksa Falka, „Indeks” Janusza Kijowskiego. W przeciwieństwie do większości filmów kina moralnego niepokoju, nie opowiadają one o szlachetnej jednostce walczącej z opresyjnym systemem. Ci bohaterowie mają w sobie pewne pęknięcie, są przez to bardziej autentyczni, ludzcy.

"Jestem mordercą", reż. Maciej Pieprzyca Fot. mat. prasowe

Kożuch, który nosi Jasiński, przypomina kostium Lutka Danielaka z „Wodzireja”.

- To taki drobny ukłon w stronę tego filmu, który uważam za najlepszy z tego nurtu. Spotkałem się nawet z opiniami, że Mirosław Haniszewski jest fizycznie podobny do młodego Jerzego Stuhra. Jeżeli tak, to zwyczajny przypadek.

Czy „Jestem mordercą” obejrzały dzieci Zdzisława Marchwickiego?

- Tak, udało mi się po latach dotrzeć do jego syna, z którym się nie widziałem, odkąd kilkanaście lat temu realizowałem dokument o tej sprawie. Na premierze w Katowicach była również wnuczka Zdzisława Marchwickiego.

Jaka była ich reakcja?

- Oczywiście obawiałem się, że film może minąć się z ich oczekiwaniami. To w końcu jest kino fabularne, nie opowiadające o tamtej historii, tylko nią zainspirowane. Po seansie obydwoje podziękowali nam za film.

"Jestem mordercą" - kadr ze zwiastuna filmu materiał prasowe

Myśli pan, że film może zmienić postrzeganie Zdzisława Marchwickiego w opinii publicznej?

- Sądzę, że tak. Na spotkaniach ze mną po pokazach przedpremierowych wielu widzów pytało mnie o tę sprawę, odnajdują w internecie mój film dokumentalny, czytają artykuły. Ta dziś trochę zapomniana sprawa odżyła. Uważam jednak, że nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę. To jest na tym etapie kwestia nierozstrzygalna. Upłynęło za dużo czasu od tych wydarzeń, większość osób związanych ze sprawą już nie żyje. Mimo wątpliwości i dowodów na szereg manipulacji w śledztwie oficjalna wersja wciąż jest taka, że to on był mordercą. Reszta to są hipotezy.

A czy na Śląsku nadal straszy się dzieci Marchwickim?

- Myślę, że teraz już nie [śmiech]. To akurat się zmieniło.