"Zawsze drugi, nigdy pierwszy". Adasia Miauczyńskiego nic nie cieszy, ale nas ciągle bawi

- Nie spotkało mnie w życiu nic śmiesznego - twierdzi Adaś Miauczyński, flagowy bohater Marka Koterskiego. I chyba kokietuje, bo "Nic śmiesznego" to jedna z najlepszych polskich komedii. Choć głównemu bohaterowi nie jest specjalnie do śmiechu.

METRO TV

 Adaś Miauczyński, brawurowo zagrany przez Cezarego Pazurę, umiera. I chwała Bogu, bo życie było dla niego prawdziwą męką. Już pierwsza scena, w której Pazura leży wyciągnięty na stole w kostnicy nie pozostawia wątpliwości: mamy do czynienia z filmem kultowym.

- Ja go chyba skądś znam. Ale skąd. Coś jakby z telewizji, jakby - głowi się pracownik kostnicy.

- To ten facet, co te filmy o tych dupach robił - podsuwa kolega.

- Ten to miał życie wesołe - mówi z zazdrością.

"Jasne" - ironizuje Miauczyński zza kadru. I zaczyna swoją smutną opowieść.

"Zawsze drugi, nigdy pierwszy"

Pierwszy raz usłyszał, jak się ludzie kłócą, jeszcze przed urodzeniem. Rodzice (Agnieszka Wagner i Radosław Pazura, brat Cezarego) spierali się, jakie nadać synowi imię. Matka chciała Adama, ojciec - Michała. Matkę w ogóle trudno było zadowolić. Liczyła na córkę - urodził się drugi syn. Starała się powetować sobie straty i kilkuletniego Adasia przebierała w sukienki, wiązała kokardy na krótkich włosach, a do zabawy wpychała lalki. Nic dziwnego, że u Adama wystąpiły potem kłopoty z dziewczynami. Ale o tym za chwilę.

Miauczyński to typowy polski inteligent - malkontent. Nic go nie cieszy. Szkołę filmową skończył z wyróżnieniem, mieszka w Łodzi.- Jedyne miasto, którego nienawidzę - narzeka. - Dwadzieścia lat tu mieszkam, a czuję się, jakbym był na delegacji.

Nic śmiesznegoNic śmiesznego materiały prasowe METRO

Kariera w showbiznesie też nie toczy się po jego myśli. - Zawsze jestem drugi, nigdy pierwszy - wyjaśnia. Na planie filmowym wciąż jest drugim reżyserem. A i tego nie umie zrobić dobrze. Kiedy wyrzucają go z kolejnych filmowych planów, to zawsze przypadkiem. Niczego nie potrafi nawet popsuć świadomie. Jego życiem rządzą pech i niefortunne wypadki. Wystarczy przypomnieć sobie kultową scenę z mostem. Miauczyński chce, aby kierownik produkcji o twarzy Krzysztofa Kowalewskiego "zapamiętał jego szczerą, otwartą twarz". Popisuje się, pokazując specjalny znak, na który pirotechnicy mają wysadzić most. I most wylatuje w powietrze. A dubli nie ma.

"Jak wyrastający w zaułku morderca"

Z kobietami też nie jest najlepiej: żona (Ewa Błaszczyk) chce go zostawić i wyjść za obcokrajowca. Namawia do podobnej inwestycji w przyszłość córkę. O synu nie ma co gadać: rozmowa sprowadza się do kultowego: "Zrobiłeś lekcje, zrobiłeś?".

Adaś szuka Małgorzaty jak z Bułhakowa, a trafia na idiotki. I znowu jest drugi. Bo wszystkie dziewczyny, z którymi się spotyka, miał już wcześniej jego kumpel Maciek (Maciej Kozłowski). Ale Miauczyński wciąż wierzy, że "miłość napadnie na niego jak wyrastający w zaułku morderca". Przez moment wydaje mu się nawet, że spotkał Małgorzatę. Podrywa ją "na twardziela". A twardziel nie patrzy na wybrankę. Miauczyński nie robi tego, nawet gdy dziewczyna chce, aby służył jej zapalniczką. I pali wyśnionej Małgorzacie włosy.

"Nic śmiesznego" to perełka z czasów, w których polskie komedie były autentycznie zabawne. Trudno o drugi film, który byłby jednocześnie kopalnią kultowych cytatów w takim stopniu, jak film Koterskiego. Ale "Nic śmiesznego" to jednak śmiech przez łzy. Miauczyński ma ambicje, ale jest nieudacznikiem. Jest inteligentny, ale nie umie się sprzedać. Pragnie pięknej kobiety, ale te go onieśmielają (w scenie, w której rozbiera się przy nim ponętna Joanna Jędrejek, która opowiada o czterech orgazmach z owczarzem, Adaś nerwowo rozkłada wersalkę).

"Nic śmiesznego" to film, w którym Koterski genialnie portretuje marazm inteligenta, pogoń za marzeniami i rozliczenie z życiem. A bilans tego rachunku rzadko jest dodatni. Tak wnikliwy portret sfrustrowanego Polaka nie byłby możliwy, gdyby nie rewelacyjny Pazura w roli Miauczyńskiego. Aktor, który w 1995 roku miał już na koncie role m.in. w "Psach" 1 i 2 i dramacie "Tato", tutaj daje swój pierwszy prawdziwy koncert gry aktorskiej. Pałeczkę przejął po Marku Kondracie, który zresztą w "Nic śmiesznego" przemyka przez ekran jako niezadowolony pierwszy reżyser, któremu Adaś miał wyszukać "las krzyży".

Nic śmiesznegoNic śmiesznego materiały prasowe METRO

"Żarty się skończyły"

Kondrat był pierwszym Miauczyńskim. W 1984 roku Koterski zrobił "Dom wariatów", w którym Adaś jedzie odwiedzić rodziców po długiej nieobecności w rodzinnym domu. Po "Nic śmiesznego" było "Ajlawju", w którym Miauczyński, znowu z twarzą Pazury, spotyka wymarzoną Małgorzatę (o kształtach Katarzyny Figury). Trzy lata później, w 2002 roku premierę ma "Dzień świra", w którym narzekanie znowu przejmuje Kondrat, w wyprodukowanym w 2006 roku "Wszyscy jesteśmy Chrystusami” dzieli się rolą Miauczyńskiego-alkoholika z Andrzejem Chyrą.

Adaś Miauczyński nie ma jednej twarzy. To symbol polskiego inteligenta, którego życie zatruwają niespełnione ambicje, złe decyzje i wszechobecny, polski mesjanizm. Koterski pokazuje nam lustro i wytyka brak konsekwencji i robienie wszystkiego "na pół gwizdka". Musimy się pogodzić z tym, że wszyscy jesteśmy Miauczyńskimi.

W najnowszej odsłonie smętnej opowieści o Adasiu, "Baby są jakieś inne" w ulubionego bohatera Koterskiego wcielił się Adam Woronowicz. Zabrakło mu jednak wdzięku Pazury, który w "Nic śmiesznego" zagrał prawdopodobnie rolę życia.

Nie ma jednak co żałować Miauczyńskiego. To, że umiera, wiemy już od pierwszej sceny. Jak to się stało? Jego śmierć, podobnie jak całe życie, będzie groteskowa. I choć Adaś zza kadru upomina, że "żarty się skończyły", to trudno nie śmiać się z udręki Polaka, któremu dopiero śmierć pozwoli odpocząć od narzekania.

Jedna z najlepszych polskich komedii 17 marca o godz. 22:25 w telewizji METRO.