Dzisiaj "Miś" jest kultowy, ale łatwo nie było. 38 poprawek w scenariuszu i walka o te teksty

Po latach robienia komedii lekkich i przyjemnych Stanisław Bareja niespodziewanie zmienił ton. Dzięki temu możemy śmiać się choćby na filmie "Miś".

Pod koniec epoki Gierka spod ręki Barei wyszły dwa filmy bardzo ostre w wymowie, krytykujące system i wyśmiewające absurdy ówczesnej rzeczywistości. Pierwszym było „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, drugim oczywiście kultowy „Miś”.

38 poprawek w scenariuszu

Zanim jednak „Miś” trafił na ekrany, Bareja musiał przejść długą, kamienistą drogę – przeczekać, aż odejdzie nieznoszący go szef kinematografii, pokonać cenzurę i przekonać do siebie komisję kolaudacyjną. A co za tym idzie, zgodzić się na masę ustępstw. Do scenariusza, który napisał wspólnie ze Stanisławem Tymem, kazano mu wprowadzić aż trzydzieści osiem poprawek.

- Nie mogło być na przykład zbliżenia polskiej szynki w londyńskim sklepie, choć to nie taka tajemnica, że eksportujemy mięso na Zachód. Nie mogło paść zdanie: "To jest Miś na skalę naszych możliwości, a nie potrzeb". Nie można było pokazać wiecujących filmowców ani też kupowania mięsa w kiosku Ruchu itp. - opowiadał reżyser w „Filmie”. Zmieniono również nazwisko bohatera – i tak Nowohucki stał się Ochódzkim.

Gdy „Miś" wreszcie trafił na ekrany, przeciwnicy reżysera uznali, że Bareja schlebia gustom drobnomieszczańskim, jego produkcje są antysocjalistyczne, zakłamane, pełne propagandy i szerzą nienawiść do klasy robotniczej. Widzowie byli jednak zachwyceni satyrą wymierzoną w czasy, w których przyszło im żyć; Bareja na ich oczach obnażał codzienne absurdy, śmiał się z nonsensów, krytykował władzę, dosadnie, w przejaskrawiony sposób pokazywał groteskową rzeczywistość i tym samym zachęcał do buntu, dołączenia do protestów.

- Gdyby odrzucić gagi, żarty i dowcipy, moje filmy byłyby bardzo ponure - mówił sam reżyser, dodając, że jego film to tak naprawdę opowieść o wszechobecnym kłamstwie w epoce PRL-u.

Łubu dubu, łubu dubu...

Nie oszczędzono nikogo i niczego. „Panie! Tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk Ruchu! Ja… Ja tu mięso mam!”, woła Barbara Winiarska grająca kioskarkę. „Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu”, wykrzykuje trener Wacław Jarząbek („Kiedy dostałem tę rolę, pomyślałem: głupi Stasiek, wymyślił jakiegoś idiotę śpiewającego do szafy. Ale prawdą jest, że w życiu takich ludzi spotyka się mnóstwo”, komentował w „Rzeczpospolitej” Jerzy Turek). Milicjanci są nierozgarnięci, obsługa nieuprzejma, urzędnicy śmieszni w swoich rytuałach. W barach talerze przybito do blatów, a łyżki przykuto łańcuchem.

MiśMiś materiały prasowe Stopklatka TV

„Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu”, głosi napis na przejściu granicznym. „Twoje serce przypomina – piechotą zdrowiej”, można przeczytać na zepsutych pojazdach komunikacji miejskiej. W restauracji słyszy się: „Pani Iwonko! Pani wytrze tę szminkę, bo klient znów się będzie pieklił” czy „Trzeba dać napis, żeby wpuszczać tylko w krawatach. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się”. Na lotnisku bohater pyta: „Najmocniej panią przepraszam, ale chciałem zapytać, o której odlatuje dzisiaj ten do Londynu 11:05?”, by usłyszeć w odpowiedzi: „A skąd ja mam wiedzieć?! No chyba o pierwszej”.

W czym tkwi siła Misia?

Komedia tak mocno osadzona w polskich realiach za granicą kariery zrobić nie mogła. Aktorka Christine Paul-Podlasky twierdziła, że obcokrajowcy – jak również młodzi ludzie – nie są w stanie zrozumieć komizmu sytuacyjnego i żartów z rzeczywistości, z którą nie mieli żadnej styczności. - Nie doświadczyli surrealistycznego i ciężkiego życia w Polsce komunistycznej. Czy "Misia" pojmą młodzi odbiorcy, którzy nie doświadczyli absurdów PRL-u? Nie sądzę. Komunizm był specyficzny - mówiła w „Dzienniku Polskim”.

Innego zdania był Krzysztof Kowalewski; według niego komedia Barei to film ponadczasowy, trafiający do ludzi również i dzisiaj. - Siła "Misia" tkwi w tym, że jest on, w odróżnieniu od większości nowych polskich komedii, po prostu śmieszny. Starsi widzą w nim satyrę na PRL, a dla młodszej publiczności jest to już humor bardziej abstrakcyjny, coś w rodzaju polskiego Monty Pythona. Dobry film rozpoznaje się po tym, że jest uniwersalny. Z biegiem czasu zaczyna być odbierany inaczej, ale zawsze jest aktualny. "Miś" jest właśnie takim filmem - podkreślał w „Rzeczpospolitej”.

I faktycznie. Może dziś nie ma już kilometrowych kolejek, w sklepach półki uginają się pod nadmiarem towaru, a naczyń nie trzeba przyśrubowywać do stołu, ale zachowania i postawy ludzkie często pozostały bez zmian; wciąż obserwujemy absurdalne zachowania ludzi u władzy, zmagamy się z urzędnikami, biurokracją i głupimi przepisami, słyszymy te same błędy językowe, wymówki, a z mediów płynie propaganda. Wymowa filmu Barei jest ponadczasowa i uniwersalna. To miś odpowiadający potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości.