20 milionów widzów nie mogło się mylić. Dany Boon królem francuskiej komedii

Francuzi raczej nie przepadają za tymi, którzy osiągnęli sukces. Dla Dany'ego Boona zrobili wyjątek. Dlaczego? Ten reżyser i aktor, który w 2008 roku uwiódł cały kraj filmem "Jeszcze dalej niż północ", choć sam jest milionerem pławiącym się w luksusie, naprawdę rozumie zwykłego człowieka.

Stopklatka TV

Boon pochodzi ze skromnej rodziny z północy Francji. Typowemu mieszkańcowi Paryża czy Lyonu północ kojarzy się z niskim poziomem życia: nieczynnymi kopalniami, biedą, bezrobociem, podstawowym wykształceniem. To oczywiście stereotypy, ale stosunkowo żywe.

Boon, który rozwijał się jako aktor, początkowo scen teatralnych, a później i w kinie, stwierdził, że musi nakręcić film o tym, jak niesprawiedliwie postrzegany jest jego region. Temat był bliski jego sercu, nie chciał nic zepsuć, więc najpierw postanowił sprawdzić się jako reżyser przy innym projekcie. Kiedy ten został odebrany całkiem nieźle, zaczął pisać scenariusz do „Jeszcze dalej niż północ”.

Wielka mistyfikacja

Główny bohater filmu - Philippe Abrams – jest dyrektorem poczty w małej miejscowości na południu Francji. Pragnąć spełnić marzenie depresyjnej żony, dopuszcza się oszustwa. Jego matactwa wychodzą jednak na jaw. Za karę zostaje przeniesiony do północnego departamentu Nord-Pas-de-Calais.

Dla Philippe'a okolice te jawią się jako zimna kraina zamieszkała przez troglodytów. Ku wielkiemu zaskoczeniu mężczyzny, zarówno pracownicy tamtejszej poczty, jak i miejscowa ludność, okazują się być bardzo gościnni i sympatyczni. Przybysz znajduje nawet przyjaciela (w tej roli sam reżyser). Żona, która została na południu, nie wierzy mu jednak. W końcu, nie chcąc powodować niepotrzebnych kłótni, Philippe utrzymuje, jakoby Nord-Pas-de-Calais rzeczywiście było piekłem na ziemi. Problem pojawia się, kiedy żona decyduje się ulżyć ukochanemu i przeprowadza się do niego. Aby kłamstwo nie wyszło na jaw, Philippe planuje kolejną mistyfikację.

Obcy na północy płacze dwa razy

Boonowi udało się nakręcić przezabawny film, który we Francji obejrzało ponad 20 milionów widzów. To drugi najwyższy wynik w historii, zaraz po słynnym „Titanicu”. Sale kinowe były oblężone jeszcze długie tygodnie po premierze. Wielu Francuzów przyznawało, że był to pierwszy film, jaki widzieli na wielkim ekranie od lat. Co ciekawe, pozytywne opinie widzów podzielali też krytycy. Najważniejsze francuskie gazety prześcigały się w zachwytach. „Paris Match” wprost napisał, że ten film jest jak magiczny napój, który przywraca ludziom optymistyczny punkt widzenia.

Oczywiście te wszystkie regionalne animozje najlepiej rozumieją sami Francuzi, ale jak pokazują reakcje w innych krajach, w tym w Polsce, film dobrze ogląda się bez względu na szerokość geograficzną. Jego przesłanie jest bowiem uniwersalne – nie sugerujmy się stereotypami, miejmy do siebie szacunek, nie zapominajmy o braterstwie i solidarności. Ta teoretycznie głupkowata fabuła przemyca mnóstwo mądrych obserwacji, a końcówka filmu potrafi nawet wzruszyć. Prawdziwe okazało się francuskie porzekadło: Obcy, który trafia na Północ, płacze dwa razy: tuz po przyjeździe i tuz przed odjazdem.

Chodź, rozgość się

Taki sukces jest właściwie niemożliwy do powtórzenia, ale Boon postanowił spróbować. Jego kolejny film, „Nic do oclenia” (13 czerwca w Stopklatka TV), wykorzystywał podobny schemat. Akcja toczy się na granicy francusko-belgijskiej, gdzie na początku 1993 roku, w ramach postanowień układu z Schengen, znikają budki celników. Mają je zastąpić tzw. mobilne posterunki graniczne, złożone z urzędników z dwóch sąsiadujących ze sobą krajów. Zupełnie nie podoba się to Belgowi Rubenowi, który nie ukrywa, że jest nacjonalistą i frankofobem. Pech chce, że przydzielony mu partner, Francuz Mathias, zakochany jest w jego siostrze.

Film w weekend otwarcia obejrzało ok. trzy milionów widzów. Licznik zatrzymał się ostatecznie na ośmiu. Widzowie znowu zaufali Boonowi. Choć on sam nie ma wiele wspólnego z przeciętnym Francuzem, doskonale rozumie zwykłych ludzi i potrafi kręcić o nich filmy.

Kad Merad, gwiazdor „Jeszcze dalej niż północ”, pytany na czym polega wyjątkowość wykreowanych przez Boona postaci, mówił: To jest wymiar ludzki. Dany kocha swoich bohaterów i widać to na ekranie. Zabiera cię ze sobą w podróż i mówi: "Chodź, rozgość się, opowiem ci historię, która równie dobrze mogłaby być twoją historią. Będziemy się śmiali razem". To zawsze działa!.