Na "Całe szczęście" szłam sceptyczna. Z sali wyszłam naprawdę zadowolona

"Całe szczęście" z Piotrem Adamczykiem i Romą Gąsiorowską w rolach głównych wchodzi do kin 8 marca. Nie dajcie zwieść się średnio udanemu plakatowi - tę komedię romantyczną warto zobaczyć, historia trzyma się kupy, a aktorzy "dali radę". To taki film, który - jeśli ma kogoś rozczarować - to tylko "pozytywnie".

Nie będę ukrywać, że na kolejną komedię romantyczną z Piotrem Adamczykiem w roli głównej szłam do kina z dość krytycznym nastawieniem. Ani plakat, ani tym bardziej skrót fabuły filmu nie zapowiadały rewelacji. Byłam pewna, że znowu zobaczę przesłodzoną historyjkę, tym razem o bohaterach po przejściach, przeplataną rubasznymi żarcikami.

Twórcom jednak udało się sprawić, że bohaterów filmu jakoś trudno nie polubić, a historia rozwija się interesująco i wciągająco (choć nie powiem, że nie da się przewidzieć rozwoju wydarzeń). Z sali kinowej wychodzi się z lekkim uśmiechem i przekonaniem, że to była bardzo sympatyczna i sprawnie zrobiona komedia.

"Całe szczęście" - wprowadzenie do historii

Na początku poznajemy głównego bohatera, Roberta Turskiego i jego syna Filipa. Mieszkają w malowniczym domku nad brzegiem morza, w wolnym czasie odnawiają stary rybacki kuter i ćwiczą przed telewizorem, śledząc popularny program Marty Potockiej, królowej fitnessu - takiej filmowej wersji Ewy Chodakowskiej, którą to z wdziękiem zagrała Roma Gąsiorowska.

 

Robert jest człowiekiem raczej spokojnym, pracuje w Kaszubskiej Filharmonii, gra tam w orkiestrze - na trójkącie. Żyje w wiecznym niedoczasie, spóźnia się w różne miejsca, no i musi zmagać się z zalotami matematyczki, która jakby uwzięła się na jego syna - w tej roli swoje komiczne zdolności pokazała Marieta Żukowska.

Filip z kolei to pogodne, energiczne, inteligentne i dowcipne dziecko. Najbardziej lubi wszelkiego rodzaju sporty, ale też bardzo kocha swojego tatę i chce, żeby był szczęśliwy. A o to nieco trudno od czasu śmierci żony Roberta i mamy Filipa.

Pewnego dnia na koncercie w filharmonii zjawia się niespodziewanie słynna Marta Potocka i składa Robertowi bardzo korzystną ofertę finansową. Robert propozycję odrzuca, nie bardzo też rozumie, dlaczego tak Potockiej zależy na sfinalizowaniu umowy. Im bardziej on się opiera, tym bardziej Marta naciska.

Biznes biznesem, ale serce nie sługa. Dość szybko oboje zaczynają pałać do siebie uczuciem. Nim jednak do czegokolwiek dojdzie, Potocka próbuje zdradzić pewną tajemnicę Robertowi. Tyle z ogólnego wprowadzenia w historię.

Co mnie szczególnie urzekło w tym filmie?

Inteligentny humor, sprawne dialogi, niewymuszony komizm i odwaga do prostego mówienia o poważnych sprawach i ludzkich kłopotach. No i poza głównymi bohaterami, którzy na ekranie stworzyli wiarygodną parę, mamy też plejadę bardzo zacnych postaci drugoplanowych. Sceny z ich udziałem dodają całości przyjemnego smaczku, pozwalają się pośmiać i docenić, że nikt tam nie gra nazbyt przesadnie.

 

Dajmy na to Joanna Liszowska, jako despotyczna żona dyrygenta, i Tomasz Sapryk, jako jej zahukany małżonek, stanowią bardzo malowniczą parą z dużym potencjałem komicznym, który został dobrze wykorzystany. Podobnie udane są językowe gierki i potyczki "Drągala", granego przez znanego z kabaretu Mumio i słynnej reklamy Plusa ("Co mi pan tu napisał? - Kopytko...") Jacka Borusińskiego.

Widać, że scenarzyści - Marcin Baczyński i Mariusz Kuczewski -  dobrze się bawili, kiedy mu pisali dialogi. Ujmująca była też rola Joachima Lamży, który zagrał ojca głównego bohatera. Typowego ojca dodajmy, takiego marudnego eksrybaka pieklącego się, że w jego smażalni ludzie nie zamawiają polskich ryb. Pięknie mu partnerowała Izabela Dąbrowska w roli pani Jadzi.

Chylę tu czoła przed scenarzystami za to, że komizm zbudowali nie tylko za pomocą dialogów. Sporo tam humoru sytuacyjnego, udała się nawet ryzykowna i łatwa do spaprania scena z przypalonym obiadem i Adamczykiem gubiącym w popłochu ręcznik po prysznicu - ludzie na sali rechotali serdecznie. Scenarzyści postanowili też np., że główny bohater będzie jeździć uznawaną za najbrzydszy samochód na świecie multiplą. 

'Całe szczęście''Całe szczęście' Mat. prasowe

No jak tu się nie roześmiać, kiedy widzi się na ekranie tę pokraczną maszynę? A samochód pojawia się już na początku filmu i stanowi malownicze tło różnych zabawnych dialogów.

Fajne jest też to, że dorośli w tym filmie nie boją się z dzieckiem otwarcie rozmawiać o seksie, tak normalnie, bez zawstydzania. No i będziecie mieli okazję usłyszeć, jak Piotr Adamczyk mówi kilka słów po kaszubsku. Bo to, że w filmie gra na fortepianie nie powinno nikogo dziwić - ostatecznie to on zagrał swego czasu młodego Chopina. 

W filmie rozbrzmiewa też dużo jazzu, co jest o tyle zaskakujące, że to muzyka dla słuchaczy raczej wymagających. Ale bardzo ładnie buduje nastrój. A ten jest ważny, bo reżyser Tomasz Konecki dość umiejętnie budował napięcie i bez większych zgrzytów przechodził od scen zabawnych do tych bardziej dramatycznych czy wzruszających. Dla uczciwości dodam, że kilka z nich można było sobie darować albo skrócić, nieszczególnie dużo wniosły.

Ostatecznie wyszedł taki film, że można się i pośmiać i popłakać, czyli rasowa komedia romantyczna. Fani gatunku powinni być zadowoleni z czasu spędzonego w kinie.