"1917". Wojenny film Sama Mendesa, który niespodziewanie święcił triumfy na rozdaniu Złotych Globów

"1917" nie był murowanym kandydatem do Złotych Globów, a jednak udało mu się zgarnąć wyróżnienia dla najlepszego filmu oraz najlepszego reżysera. O czym opowiada wielkie wojenne widowisko Sama Mendesa, zainspirowane prawdziwą historią?

Sam Mendes ma na swoim koncie takie produkcje jak "American Beauty", "Skyfall", "Spectre" czy "Droga do szczęścia". Tym razem reżyser wziął na warsztat kino wojenne z ogromnym rozmachem. Mendes jest współautorem scenariusza, do którego napisania zainspirowały go przeżycia jego dziadka podczas I wojny światowej.

Zobacz też: Netflix zapowiada 21 filmów na 2020 rok. Będą nowości m.in. od Davida Finchera i Spike'a Lee >>

"1917". Ta misja po prostu nie mogła się udać

U schyłku I wojny światowej dwaj brytyjscy szeregowcy Schofield (George MacKay) i Blake (Dean-Charles Chapman) otrzymują ogromnie ryzykowną misję, od której powodzenia zależy życie ich towarzyszy. Muszą przedrzeć się za linię wroga i przekazać rozkaz odwołujący atak, który w świetle nowych informacji nie ma najmniejszych szans powodzenia. Jeśli nie uda się wypełnić misji, niechybna śmierć czeka ponad 1600 żołnierzy, a wśród nich brata Schofielda.

Zobacz wideo

W rolach głównych wystąpili George MacKay ("Pride", "Captain Fantastic") i Dean-Charles Chapman, najlepiej zapamiętany jako nastoletni król Tommen z "Gry o tron". Na ekranie obok młodych aktorów zobaczymy również Benedicta Cumberbatcha, Richarda Maddena czy Colina Firtha.

"1917". Dziadek reżysera na wojnie przeszedł piekło

W rozmowie z "The Independent" Sam Mendes wspomina czasy, kiedy jako dziecko często odwiedzał w Indiach Zachodnich dziadka, Alfreda Mendesa. Pisarz był ekscentrycznym weteranem I WŚ, który każdy poranek witał skokiem do morza, w ciągu dnia chętnie śpiewał arie operowe, a do tego obsesyjnie mył ręce. Sam Mendes i jego kuzyni śmiali się z dziwnego zwyczaju dziadka, ale pewnego razu ojciec przyszłego reżysera wyjaśnił mu, że dziadek "ciągle ma w pamięci błoto wojennych okopów i to, że tego brudu tak naprawdę nigdy z siebie nie zmyje".

Od tamtej pory najmłodsi z uwagą słuchali historii Alfreda Mendesa. Reżyser opowiada m.in. o rannym żołnierzu, którego dziadek niósł z powrotem do okopów pod ostrzałem wroga, ale dopiero po dotarciu na miejsce odkrył, że mężczyzna nie żyje, a jego ciało wchłonęło kulę przeznaczoną właśnie dla Alfreda. Inna sytuacja dotyczyła niemieckiego żołnierza, któremu eksplozja urwała głowę, ale jego ciało jeszcze przez moment biegło dalej.

A potem była misja, do której Alfred Mendes zgłosił się 12 października 1917 roku. Prawie jedna trzecia żołnierzy jego batalionu zginęła wcześniej w bitwie pod Poelcappelle. Ci, którzy przeżyli, utknęli rozsiani w promieniu kilku kilometrów, a Alfred, przeszkolony jako sygnalizator, otrzymał zadanie, aby ich uratować i przyprowadzić z powrotem do obozu. Sam Mendes stwierdził:

Ten malutki mężczyzna w środku tej śmiertelnej pożogi... Nie mogłem się tego pozbyć z głowy. (...) Ludzie mówią mi, że pewnie chciałem opowiedzieć tę historię od lat, ale to nieprawda. Nigdy nie czułem, że to moja historia do opowiadania. Nie czułem, że mam prawo brać się za opowieść mojego dziadka.

Koniec końców reżyser zdecydował się jednak na przeniesienie wartkiej akcji na ekran, co udało mu się osiągnąć z piorunującymi efektami, szczególnie na poziomie wizualnym. Doceniło go za to Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej, przyznając Mendesowi Złote Globy za najlepszy film i dla najlepszego reżysera. O tym, czy zasłużenie, polscy widzowie będą mogli się przekonać w kinach od 24 stycznia.

Zobacz też: Złote Globy 2020. Znamy zwycięzców. "1917", Tarantino, "Fleabag" i "Sukcesja" górą [LISTA] >>