Oscary 2020. Najlepszy film - czy będzie nim "Irlandczyk"?

Nigdy nie uważałam się za kinomankę. Do tej pory w moim względnie krótkim życiu bywało wręcz przeciwnie i gorąco opowiadałam się tylko za oglądaniem seriali. Kiedy jednak na moim radarze pojawił się "Irlandczyk", postanowiłam coś zmienić. Przy tym filmie Al Pacino po raz pierwszy spotkał się ze Scorsesem na planie, a ja - w sali kinowej. Teraz panowie powalczą o Oscary - czy może to być wygrana walka?

Do pójścia na listopadowy seans "Irlandczyka" skłoniło mnie kilka czynników. Po pierwsze znakomita obsada - bo to, że De Niro, Pacino czy Pesci są świetnymi aktorami, się po prostu wie. Po drugie interesująca zdała mi się interpretacja historii prosto z osławionego świata mafiozów stojącego za największymi amerykańskimi szychami. Po trzecie - ogromny szum medialny wokół tego filmu. Wszyscy na to czekali. I ja też czekałam, choć nie do końca byłam pewna, na co.

Jestem z pokolenia, któremu o wiele bliższe niż produkcje Scorsesego są "parki rozrywki" Marvela - to oczywiście generalizacja, która nie musi o niczym świadczyć, ale akurat ja wpisałam się w ogólny trend. Z czystym sumieniem mogę jednak powiedzieć, że mój kinowy eksperyment zakończył się niemałym sukcesem. Ale czy to sukces na miarę Oscara?

Zobacz też: Martin Scorsese twierdzi, że "Irlandczyk" może być jego ostatnim filmem. Wszystko nadal przez superbohaterów >>

"Irlandczyk". Niebezpieczne związki związkowców z mafią

"Irlandczyk" prezentuje rys biograficzny Franka "Irlandczyka" Sheerana - człowieka, który malował domy (czyt. zabijał ludzi) i zajmował się stolarstwem (czyt. samodzielnie pozbywał się ciał) - w ten sposób wyrażali się bohaterowie filmu. Sheeran, z perspektywy 80-latka, przeprowadza nas przez swój życiorys począwszy od czasów, gdy był kierowcą ciężarówki w masarni. Właśnie wtedy zaczęła się jego zażyłość z Russellem Bufalino (w tej roli bezbłędny Joe Pesci), szefem pensylwańskiej mafii i człowiekiem o nieskończonej sieci wpływów w Cosa Nostrze. Panów zapoznał ze sobą Bill Bufalino (Ray Romano), brat Russella i adwokat, który bronił Sheerana w sądzie przy jego pierwszego romansie z gangsterami.

Russell zaczął zlecać Frankowi rozmaite zadania i został jego mentorem na resztę życia. Sheeran malował domy jak leciało. Kiedy zaskarbił sobie spory kredyt zaufania u Bufalino, został przedstawiony będącemu w potrzebie Jimmy'emu Hoffie, szefowi Teamsters - jednego z największych związków zawodowych w USA. Hoffa stał się jednym z najbliższych przyjaciół Sheerana, który przez lata pełnił funkcję jego prywatnego ochroniarza, a za jego sprawą stał się nawet prezesem jednego z lokalnych oddziałów Teamsters. 

Jimmy Hoffa miał wielu wrogów, wśród których prym najpierw wiedli bracia John i Robert Kennedy - prezydent i prokurator generalny USA. Szczególnie ten drugi robił wszystko, żeby udowodnić przekręty finansowe, których dopuszczano się w związkach zawodowych za szefostwa Hoffy. W pierwszej połowie lat 60. panowie Kennedy zniknęli jednak z pola widzenia, ale problemy Hoffy wcale się nie skończyły - najpierw odbył odsiadkę w więzieniu, a potem zaczął coraz bardziej podpadać mafii. Frank Sheeran pozostał jego kompanem przez cały ten czas, aż do 1975 roku.

Wtedy to, w atmosferze zgrzytów z mafiozami, Jimmy Hoffa przepadł bez śladu. Nigdy nie udowodniono, co dokładnie się z nim stało. Po zaginięciu przyjaciela Sheeran sam trafił do więzienia, podobnie zresztą jak Russell Bufalino. FBI przez dekady usiłowała dotrzeć do prawdy na temat losów Hoffy, ale Sheeran trzymał język za zębami, nawet kiedy jako staruszek trafił do placówki opiekuńczej. Ciszę przełamał w ostatnich momentach życia. Martin Scorsese w "Irlandczyku" przyjmuje za prawdziwą wersję wydarzeń przedstawioną przez Sheerana Charlesowi Brandtowi. Autor spisał wyznania Irlandczyka w książce "I Heard You Paint Houses" - mężczyzna twierdzi tam, że to właśnie on zadał Hoffie dwa finalne strzały w tył głowy. 

"Irlandczyk". Bezbłędna obsada na spokojnie powiewających żaglach historii

Postać grana przez De Niro zrobiła masę paskudnych rzeczy, ale dla mnie nielubienie filmowego Sheerana po prostu graniczyło z cudem. Sam Charles Brandt napisał, że niósł trumnę Irlandczyka na jego pogrzebie z szacunku do człowieka, którym ten był, abstrahując od rozlewu krwi, którego rzekomo zdążył się dopuścić. Rzekomo, bo właściwie nie ma pewności, czy wyznania Sheerana to prawda. Pewne jest natomiast, że na ekranie Frank nie ma skrupułów, ale jest lojalny jak pies. Na ogół myśli za siebie, ale wie, że nie gryzie się ręki, która cię karmi. Robi się gorzej, jeżeli dużą sympatią darzą cię dwie ręce i któraś z nich po prostu musi zostać odgryziona.

Obsada "Irlandczyka" w tej produkcji błyszczy. De Niro, który jest zresztą siłą sprawczą za powstaniem filmu (to on wpadł na pomysł ekranizacji książki Brandta), stworzył fantastyczny portret psychologiczny. Joe Pesci elektryzuje jako wyrachowany Russell Bufalino. Jeżeli przez ostatnie lata emerytury ładował w sobie pokłady aktorskiego mistrzostwa, to w "Irlandczyku" nie zmarnował ani jednego grama. To samo można by powiedzieć o Pacino - przyznam tutaj, że w pierwszej godzinie seansu miewałam ciężkie powieki, ale od momentu, kiedy na ekranie pojawił się Jimmy Hoffa, o znużeniu nie było mowy. Jestem skłonna przychylić się do głoszonej przez niektórych opinii, że Pacino dźwiga na swoich barkach sporą część tego filmu. Tym bardziej nominacje do Oscarów, Złotych Globów i Screen Actors' Guild w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy dla Pacino i Pesciego nie są w moim odczuciu niespodzianką.

Zobacz też: "Irlandczyk". Netflix udostępnił wideo zza kulis. Zobaczcie, jak Al Pacino wszedł w rolę Jimmy'ego Hoffy >>

A skoro już wspomniałam o znużeniu, to warto w tym miejscu powiedzieć, że film został przygotowany przez Scorsesego niespiesznie. Stopniowo odsłaniane są kolejne karty, a ponad 200 minut czasu ekranowego generalnie uważam za wykorzystane dobrze - po prostu, bez ochów i achów. Pomimo początkowych trudności z pełnym wgryzieniem się w ten film, było warto dla całej reszty. Czy jednak Amerykańska Akademia Filmowa uhonoruje Scorsesego nagrodą za reżyserię? Osobiście wątpię, bo konkurencja jest w tej kategorii uzbrojona po zęby. Przykładowo: podczas rozdania Złotych Globów triumfowali Quentin Tarantino i Sam Mendes, tymczasem cała ekipa "Irlandczyka" musiała obejść się smakiem. Scorsese jest pretendentem do miana najlepszego reżysera po raz ósmy w karierze - wcześniej nagrodę udało mu się zdobyć tylko raz, w 2007 roku, za film "Infiltracja".

Tłem dla fabuły "Irlandczyka" jest porządny kawał historii. Mamy Sheerana, który strzela w lesie do niemieckich jeńców podczas II wojny światowej, a blisko 20 lat później wiezie broń Kubańczykom trenowanym przez CIA przed inwazją w Zatoce Świń. Mamy porachunki Jimmy’ego Hoffy z braćmi Kennedy i śmierć JFK, wreszcie medialne przesłuchania w aferze Watergate. Przewiduję, że autor scenariusza - Steven Zaillian - w oczach komisji oscarowej nie okaże się najłatwiejszym przeciwnikiem dla reszty nominowanych w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany, aczkolwiek m.in. Greta Gerwig z "Małymi kobietkami" depcze mu po piętach. 

Dodatkowym czynnikiem, który ma pomóc w przedstawieniu biegu dziejów, jest użycie technologii odmładzającej (a później także postarzającej) na głównych bohaterach. Choć ruchy De Niro czy Pacino niekoniecznie przekonują widza w stu procentach, że panowie mają po trzydzieści parę lat, na ich twarzach zabieg wypadł na moje oko nader korzystnie. Akademia ukłoniła się w stronę speców od efektów specjalnych i przyznała im nominację, natomiast byłoby absolutnym szokiem, gdyby "Irlandczyk" miał na tym polu jakimś cudem pokonać "Avengers: Koniec gry".

Zobacz też: Disney bije rekord światowego box office'u za 2019 rok. Gigant pokonał samego siebie >>

"Irlandczyk". Jest, jak jest - a jest kapitalnie

Scorsese i Zaillian nie pożałowali nienachalnego i smacznego humoru. Sporo niezłych żartów kręci się wokół jedzenia - na pewno zapamiętacie arbuza, rybę i corn-dogi. Najwięcej salw śmiechu wywoływały jednak kwestie dostarczane przez Russella Bufalino, szczególnie gdy wysyłał Frankowi Sheeranowi delikatnie zawoalowane polecenia. - Przekaż mu, że jest, jak jest i tyle - upierał się Bufalino, namawiając Irlandczyka, żeby powiedział coraz bardziej niesfornemu wobec mafii Hoffie… No właśnie, co? A no to, że jest, jak jest - i basta. 

Śmiechy śmiechami, ale z seansu "Irlandczyka" wyszłam z ciężarem na duszy. Głównie dlatego, że na moich oczach ktoś rozliczył się z całego swojego życia - trochę Sheeran, a trochę Scorsese. Trzecia godzina filmu bierze na siebie właściwie całą jego emocjonalną wagę. W widzu porusza się czuła struna, kiedy po obejrzeniu przygód Irlandczyka obserwuje jego przygotowania do śmierci, w której obliczu pozostało mu niewiele poza nadzieją, że Bóg odpuści mu to, co robił - chociaż ze skruchą średnio mu po drodze. Finałowe minuty, rozgrywające się w otwierającym "Irlandczyka" domu starców, mają stuprocentowy sens, ale ostatecznie aż chciałoby się tego schorowanego i samotnego Roberta De Niro przynajmniej poklepać po plecach. 

Słowem podsumowania: "Irlandczyk" to naprawdę dobry film, którego pech tkwi w tym, że ukazał się w roku obfitości hitów box office'a. Złote Globy pokazały, że pomimo solidnego wykonania i ogromnego nakładu pracy ze strony obsady najnowszej produkcji Scorsesego nie jest łatwo nadgonić przeboje pokroju "Jokera". Jednocześnie trudno uciec przed wrażeniem, nawet nie do końca znając filmografię Scorsesego, że "Irlandczyk" to wisienka na torcie jego wieloletniej i bogatej kariery. Komisja oscarowa darzy go sporą sympatią - vide: wspomniane osiem nominacji w kategorii najlepszy reżyser - natomiast nie jestem przekonana, czy wystarczająco sporą, żeby wręczyć mu Oscara akurat w tym roku. Niezbadane są jednak wyroki wielotysięcznego jury i być może tym razem i Scorsese, i reszta twórców oraz obsada "Irlandczyka" wyjdą z rozdania nagród bardziej pocieszeni. 

Zobacz też: Oscary 2020. "Joker", "1917", "Irlandczyk"? Nominacje do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej >>

Gala rozdania Oscarów 2020 odbędzie się w nocy z 9 na 10 lutego czasu polskiego. Już teraz zapraszamy na relację na żywo na kultura.gazeta.pl.

Więcej o: