Uznany reżyser został farmerem żyjącym w zgodzie z naturą. O tym nakręcił "Nasze miejsce na Ziemi"

- Nieskończone możliwość kryjące się w świecie natury zawsze pomagały i będą pomagały nam zrozumieć, w jaki sposób żyjemy i jak powinniśmy stawiać czoła nawet największym przeszkodom - mówi reżyser John Chester, który razem z żoną wyprowadził się z Los Angeles, założył farmę funkcjonującą w zgodzie z prawami natury, i zrobił o tym film. "Nasze miejsce na ziemi" już w kinach.
Zobacz wideo

Nagrodzony pięcioma nagrodami Emmy reżyser John Chester i jego żona Molly opuścili swoje mieszkanie w Los Angeles ze względu na ukochanego psa Todda, którego szczekanie drażniło sąsiadów. Potraktowali swoje "wygnanie" jako pretekst do realizacji marzenia o własnej farmie funkcjonującej w zgodzie z prawami natury. 80 hektarów ziemi w upalnej Kalifornii stało się ich nowym domem.

"Nasze miejsce na ziemi" - fabuła

W "Naszym miejscu na ziemi" obserwujemy, jak z pomocą przyjaciół i zapaleńców z całego świata, Jack i Molly realizują wyjątkowy projekt: 10 tysięcy drzew, ponad 200 rodzajów upraw i dziesiątki gatunków zwierząt żyjących w zgodzie ze sobą i swoją naturą, a wszystko to bez udziału szkodliwej chemii i bezdusznej technologii. Z każdym kolejnym dniem Chesterowie uczą się czegoś nowego o świecie i sobie samych. Przeżywają małe porażki i wielkie zwycięstwa, a otaczający ich ludzie i zwierzęta stają się źródłem inspiracji, radości, a czasem niezłych kłopotów.

Ich idealistyczna wizja niezwykłej utopii powoli zaczyna nabierać realnych kształtów mimo niekończących się przeciwności losu. A widoki takie jak przyjaźń między świnią Emmą i kogutem Greasym, psia troska o owcze stado czy gęsi pomagające ratować uprawy przed inwazją ślimaków uświadamiają, jak wielka moc i piękno kryje się w otaczającej nas naturze, której przecież jesteśmy częścią.

Reżyser filmu: Natura zawsze wspierała gatunek ludzki

- Staramy się służyć przykładem dla innych, jak można robić to, co robimy, bez posuwania się do przesady, która wpływa na zmiany klimatyczne. Uważamy, że jeśli nasze metody uprawy oraz regeneracji ziemi będą przynosiły dobre rezultaty, to być może zainspirują innych do sięgania po podobne rozwiązania - mówi reżyser. - Co oczywiste, wiem, że nie jesteśmy w stanie w pojedynkę wpłynąć na losy całego świata, nikt nie jest, ale jestem jednocześnie przekonany, że jeśli każdy dołoży swoją małą cegiełkę do ratowania ekosystemu, problem zmian klimatycznych będzie możliwy do rozwiązania. Albo przynajmniej jego część, ponieważ rolnictwo nie odpowiada rzecz jasna za to, co się dzieje na świecie. Ma jednak ogromne znaczenie dla ludzkości i jej przyszłości, szczególnie w kontekście degradacji ziemi czy używania glifosatu do "tępienia" chwastów w obawie, że niszczą one plony. Prawa jest zgoła odmienna – dzięki tym roślinom natura jest w stanie kontynuować proces regeneracji - wyjaśnia Chester.

Jakie ma oczekiwania wobec dystrybucji "Naszego miejsca na Ziemi"? - Mam nadzieję, że film dotrze do jak największej grupy odbiorców, w szczególności tych najmłodszych. Fakt faktem, że w naszym dokumencie jest kilka dość mocnych scen, ale "Nasze miejsce na Ziemi" jest skierowane również do młodej widowni - mówi i dodaje:

Mam również nadzieję, że ludzie zrozumieją dzięki filmowi, że współpraca z naturą przynosi praktycznie nieskończone możliwości rozwoju. Nasz świat ewoluował w ten sposób przez miliardy lat, a natura zawsze wspierała gatunek ludzki – po prostu z różnych względów przestaliśmy na nią zwracać uwagę.

- Nie chciałbym, żeby film był odbierany jako dydaktyczny lub promujący jedyny dobry rodzaj życia czy uprawy ziemi. Życzyłbym sobie natomiast, by dzięki niemu choć część widzów nauczyła się ufać naturze, która w nagrodę zapewni odpowiedzi na wiele nurtujących ich pytań - podkreśla John Chaster.

"Nasze miejsce na Ziemi" można oglądać w kinach od 24 stycznia.

Więcej o: