Guy Ritchie się nie pomylił. Hugh Grant w "Dżentelmenach" pysznie zagrał cwanego krętacza [RECENZJA]

Po przebojowym "Aladynie" dla dzieci, Guy Ritchie wrócił do korzeni i nakręcił kolejną gangsterską komedię omyłek. "Dżentelmeni" może i nie zaskakują świeżym podejściem do tematu, ale to wciągający i wartko płynący film ze smakowicie obsadzonymi ulubieńcami reżysera.
Zobacz wideo

"Dżentelmeni" to najnowsza komedia gangsterska Guya Ritchiego - reżysera, który nakręcił m.in. dwie części "Sherlocka Holmesa" z Robertem Downeyem Jr. w roli głównej, kultowy "Przekręt", słynne "Porachunki" czy aktorską wersję disneyowskiego "Aladyna", która rozgromiła ubiegłoroczny box-office. Teraz reżyser wrócił do tego, od czego zaczynał i przeniósł na duży ekran kolejną opowieść z londyńskiego półświatka. Motyw niby zgrany, ale tutaj został wykorzystany z przyjemną dla oka i ucha wprawą. To gratka dla każdego fana tego reżysera, a widz niezaznajomiony z jego wcześniejszą twórczością też będzie zadowolony - to po prostu kawał porządnej rozrywki. 

"Dżentelmeni" - powrót króla gangsterskiej komedii

W Londynie idzie wieść, że Mickey Pearson  (Matthew McConaughey) - narkotykowy baron, który specjalizuje się w sprzedaży marihuany i posiada zarazem najlepiej ukrytą oraz najlepiej rozwiniętą sieć plantacji - chce wyprzedać swój dochodowy biznes i przejść na emeryturę. Tak bogaty i wpływowy człowiek ma oczywiście wielu wrogów.

Poszczególni gracze próbują więc przy okazji tej transakcji namącić i ugrać jak najwięcej dla siebie. Ludzie kombinują - planują przekręty, sypią łapówkami, szantażują. Dużą rolę w stworzeniu tego chaosu ma grany przez Hugh Granta Fletcher - cwany prywatny detektyw, który dostał zlecenie na to, by dostarczyć "haki" na głównego bohatera całego zamieszania. Zjawia się więc niezapowiedziany w domu Raya (Charlie Hunnam), który jest najbardziej zaufanym człowiekiem Pearsona, i przedstawia mu swoja ofertę - w zamian za bardzo duże pieniądze nie odda zebranych przez siebie materiałów. A to dopiero początek całej serii nieprzewidzianych i niebezpiecznych wydarzeń, w których pojawia się jeszcze kilku silnych graczy. 

Guy Ritchie prowadzi nas przez istny gąszcz wątków lekko i sprawnie - najpierw piętrzy trudności, potem pokazuje, jak jego bohaterowie sobie z nimi radzą. Robi to z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru  i z dobrym wyczuciem tempa. Jednocześnie trzyma wszystkich w niepewności - zarówno widzów i filmowe postaci. Nikt nie jest niczego pewny niemal do ostatniej chwili. Przy okazji Ritchie pokazuje też, że doskonale wie, kogo w jakiej roli obsadzić. Tam nie ma chybionej postaci, wszyscy świetnie tworzą swoje filmowe persony, które są jednocześnie zabawne i nieprzerysowane. 

Materiały promocyjneMateriały promocyjne 'Dżentelmeni', reż. Guy Ritchie, prod. Miramax (2019)

Nie będę ukrywać, najwięcej frajdy dało mi obserwowanie Hugh Granta w roli śliskiego cwaniaczka. Był w tym wydaniu tak wiarygodny, że aż mi żal, że przez długie lata był skazany niemal wyłącznie na komedie romantyczne. Guy Ritchie słusznie zdecydował się na przełamanie tego klasycznego dla niego wizerunku i wyśmienicie wykorzystał komediowe umiejętności Granta. Jego Fletcher jest tak cudowną szują, że naprawdę trudno go za to nie polubić.

Drugim takim smacznym kąskiem jest mniejsza rola Colina Farrela, który gra osiedlowego trenera boksu. Ten to twardą ręką prowadzi grupę młodych zabijaków, o których jednocześnie dba troskliwie niczym ojciec. Więc kiedy narozrabiają i podpadną nieodpowiednim ludziom, trener interweniuje, dzięki czemu dostajemy ciekawy układ wydarzeń. Farrel też świetnie wpisał się w rolę nawijającego cockneyem cwaniaczka, a do tego w błyszczących i dopasowanych dresach wygląda przekomicznie. Służy mu takie komediowe wydanie, z przyjemnością patrzy się na jego gagi, które zagrał tak "w sam raz".

Colin FarrelColin Farrel 'Dżentelmeni', reż. Guy Ritchie, prod. Miramax (2019)

Matthew McConaughey gra Amerykanina, który z wdziękiem przyjął styl życia brytyjskiego, choć mocno szemranego dżentelmena i jest w tym dobry, a przy okazji nie gwiazdorzy. Tworzy przestrzeń dla innych aktorów - chemia z jego ekranową żoną Rosalind, graną przez Michelle Dockery, jest przyciągająca. To zdecydowana, pewna siebie, samodzielna i łebska kobieta, która ustawia go, jak chce. Aż miło patrzy się, jak go gasi, upomina i jednocześnie wspiera.

Z kolei w duecie z Charliem Hunnamem, McConaughey też uprawia pełne ekranowe partnerstwo. Obaj grają twardych i inteligentnych facetów, którzy tak naprawdę nie lubią stosować "środków ostatecznych", co oznacza, że wolą raczej pomyśleć, niż lecieć na oślep w zwarcie. Jednocześnie trochę się różnią i dobrze w tym uzupełniają. Hunnam już w "Królu Arturze" pokazał, że leży mu praca z Guy'em Ritchiem. Tu znowu stworzył silnego, sprytnego i zabawnego, a nie śmiesznego, faceta z zasadami.  

Widać też, że Ritchie odrobił lekcje po swoich poprzednich wpadkach - w "Dżentelmenach" nie widać tego, co mogło razić np. w "Królu Arturze", który osobiście uważam za wspaniały film, a który niestety był finansową klapą dodatkowo zjechaną przez krytyków. Reżyserowi zarzucano, że przekombinował z tamtą opowieścią - wrzucił za dużo wątków, które mogłyby posłużyć za materiał na co najmniej jeszcze jeden film. Były tam przyśpieszone sekwencje skracające przebieg wydarzeń z dłuższych okresów, dużo się tam nawarstwiało. Tutaj żadnego problemu tego typu nie było widać - choć działo się dużo, wszystko elegancko składało się w całość, nie było też żadnego zbędnego elementu. To po prostu wartka komedia gangsterska, która nie ma pretensji do udawania czegoś, czym nie jest. Może i Ritchie nie zrobił tu nic oryginalnego, ale to naprawdę nie było tutaj do niczego potrzebne. Po prostu porządna dawka rozrywki. "Dżentelmeni" w kinach od 14 lutego. 

Więcej o: