"Mieszka tu jakiś cwaniak?". Mija 20 lat od premiery kultowej komedii "Chłopaki nie płaczą"

"Chłopaki nie płaczą" dla wielu widzów to szczytowe osiągnięcie polskiego kina komediowego po 1989 roku. Faktem jest, że nawet samemu Olafowi Lubaszence nie udało się nakręcić drugiego tak kultowego filmu. Ludzie pokochali go za niezapomniane dialogi, smaczne nawiązania do popkultury i dość nieoczywistą jak na tamte czasy obsadę.
Zobacz wideo

Film "Chłopaki nie płaczą" na ekrany polskich kin trafił dokładnie 25 lutego 2000 roku. To tego dnia polscy widzowie po raz pierwszy usłyszeli dialogi, które do dziś chętnie powtarzają w rozmowach - "Mieszka tu jakiś cwaniak?", "Ja przedwczoraj ściszałem telewizor!", "A historii tego swetra i tak byś nie zrozumiał" czy "Bunkrów nie ma, ale też jest za***iście!" - nikomu nie trzeba tłumaczyć skąd te bon moty się wzięły. 

>>>"Chłopaki nie patrzą". Co pamiętasz z kultowego filmu? [QUIZ]<<<

Pierwsze recenzje

"Chłopaki nie płaczą" był trzecim filmem w reżyserskim dorobku Olafa Lubaszenki. Produkcja dostała trzy nominacje do Orłów (montaż, kostiumy, producent), jedną do konkursu głównego o Złote Lwy i jedną do Złotych Kaczek. Choć wyróżnień nie zdobył, to do dziś uważany jest za wzorcowy przykład udanej komedii gangsterskiej, ideał, którego sukcesu nie udało się już nikomu powtórzyć. Z całą pewnością to najpopularniejszy film w dorobku Olafa Lubaszenki. A nim ktoś go obejrzał w kinie, mógł przeczytać w "Co jest grane" w 2000 roku taki krótki opis:

Co może zdziałać wydziergany na drutach różowy sweterek od ukochanej; że jamnik może być pitbulem (przynajmniej w oczach właściciela); że wreszcie chłopcy są fajniejsi od dziewczyn (bo mają fajniejsze "zabawki"), można się dowiedzieć, oglądając najnowszy film Olafa Lubaszenki "Chłopaki nie płaczą".

Jednocześnie padło zapewnienie:

Jest tu wszystko, co w komedii o współczesnej Polsce być powinno: gangsterzy budzą gromki śmiech, ich Szef (powrót na ekrany Bohdana Łazuki) wywołuje strach tylko u swego pierworodnego (w tej roli Michał Milowicz). Jeśli na ekranie pojawiają się policjanci, to pijani. Czym zajmuje się dziekan akademii muzycznej? Oczywiście nie pozwala rozwinąć skrzydeł młodemu, zdolnemu studentowi Kubie (Maciej Stuhr).

Jerzy Wójcik z "Rzeczpospolitej" pisał też entuzjastycznie: "Lubaszenko (...) zakpił z nowobogackiego szpanu, rozgrywek mafijnych, agencji towarzyskich, młodzieżowego ulicznego slangu, w którym wulgarne słowa-wytrychy układają się w wiązanki i tworzą piramidę". A Bożena Janicka z magazynu "Kino" dodawała od siebie: "Film ma dobrze napisane dialogi, dobrze zagrane postacie, obserwacje obyczajowe dzisiejszo-tutejsze. A całość, mimo że do pewnego momentu robi wrażenie zbioru skeczów, na końcu składa się w spójną historię". I choć recenzenci film chwalili, nikt nie spodziewał się, że "Chłopaki nie płaczą" okażą się szczytowym dokonaniem "złotej ery polskich komedii gangsterskich".

Ba, w "Co jest grane" sprzed 20 lat pojawiły się nawet zastrzeżenia wobec tego, jak zostały przedstawione w filmie kobiety oraz podniesiona została kwestia rasizmu:

Po projekcjach filmu mogą zaprotestować feministki - kobiety w tym filmie to temat na niejeden felieton w prasie. Jest ich "aż" trzy. Dwie to pracownice agencji towarzyskiej, a trzecia to była dziewczyna bohatera, niezbyt mądra, która wygłasza banalne kwestie o miłości. Jeśli już następuje jakiś rozwój emocjonalny bohaterki, to tylko taki, że panienka z agencji zachodzi w ciążę, powraca do studiowania geografii i zakochuje się w ojcu swego dziecka. Zwolennicy politycznej poprawności też mogą mieć zarzuty - dowcipy o czarnych powracają i powracają.

Co nie zmienia faktu, że lata po premierze filmu ciągle można znaleźć teksty, w których autorzy wychwalają scenariusz pod niebiosa. Przykładowo na blogu marudzenie.pl w 2014 roku pojawiła się notatka, w której czytamy: "Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy widziałem 'Chłopaki nie płaczą', pamiętam zaś, jak ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film. Nie dlatego, że był jakoś wyjątkowo nakręcony, czy złożony, ale dlatego, że po długim okresie posuchy pojawiła się wreszcie komedia i to na dodatek polska komedia, która rozśmieszyła mnie do łez. Do dziś dzieło to widziałem z 10 razy i przy każdym seansie bawię się tak samo dobrze". 

Trzy lata później Kamil Trzeciakiewicz pisał w swojej recenzji w serwisie www.ppe.pl: "w mało której komedii występuje tyle genialnych dialogów, podczas seansu śmiejemy się niemal cały czas, rzadko mając chwilę wytchnienia, a film atakuje nas wzbudzającymi salwy chichotu absurdalnymi sytuacjami właściwie od samego początku".

"Chłopaki nie płaczą". Zaskakująca obsada i dobry scenariusz

Zaczęło się niewinnie. Olaf Lubaszenko jeszcze na planie filmowym komedii opowiadał, że jego nowy film będzie opowieścią o "zderzeniu młodych ludzi z tą agresywną i złą częścią naszej rzeczywistości, naszego świata. Jak wiadomo świat dzieli się na ludzi dobrych, średnich i złych. My opowiadamy o zderzeniu tych dobrych z tymi złymi. Zderzeniu przypadkowym, które rodzi wiele konsekwencji". Podkreślał zdecydowanie:

To jest w moim odczuciu tak precyzyjnie napisany scenariusz, że jeśli uda się go dobrze nakręcić, to będzie pełen zaskoczeń dla widza.

"Gazecie Wyborczej" opowiadał też o swoich aktorach: "Obsada będzie dość oryginalna. (...) Główną rolę gra Maciek Stuhr, Wojtek Klata, Ania Mucha. Nie zabraknie naturalnie Cezarego Pazury. Niespodzianką będzie Bogdan Łazuka, w nietypowej roli szefa zorganizowanej grupy przestępczej". Cezary Pazura po latach w jednym z filmów na swoim kanale na youtubie przypominał, że Łazuka miał wtedy status żywej legendy kina i nie kojarzył się nikomu z kinem gangsterskim: - To, że Olaf obsadził go w roli gangstera, to był dla mnie niewiarygodnie śmieszny pomysł - powiedział aktor. 

Dlaczego udział Macieja Stuhra był zaskakujący? W 2000 roku miał już na koncie role w kilku filmach, ale w mediach udzielał się raczej dość intensywnie jako kabareciarz. Parodiował wtedy znanych artystów, takich jak Grzegorz Turnau, Stanisław Soyka, Gustaw Holoubek czy dziennikarza Mariusza Maksa Kolonko. Jego kabaret Po Żarcie w 1997 roku wygrał przegląd PaKa.

 

W 2000 roku Maciej Stuhr ciągle też był raczej znany jako "młody Stuhr", syn swojego ojca - z czego zresztą nabijają się też twórcy "Chłopaki nie płaczą" pokazując fotografię Jerzego Stuhra jako zdjęcie ojca jego filmowego bohatera, Kuby Brennera.

A choć Maciej Stuhr swoją pierwszą rolę zagrał już jako 13-latek w "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego, to ciągle pozostawał w cieniu ojca i trudno mu było uciec od porównań. Nic dziwnego, skoro W 10. części "Dekalogu" zagrał Piotrka, syna Jerzego granego przez... jego ojca Jerzego Stuhra. Później "młody Stuhr" zagrał m.in. w spektaklu telewizyjnym "Kolęda wigilijna" (1993 r.) czy w reżyserowanych przez jego tatę "Historiach miłosnych" (1997 r.). Z biegiem lat grywał jednak już coraz więcej. W 1999 roku Maciej pojawił się w serialu TVP "Wszystkie pieniądze świata" w roli Burka, jako Kiciuś wystąpił w komedii "O dwóch takich, co nic nie ukradli", a w "Kurdegandach" wcielił się Sławka "Panicza" Wielechowskiego. W 1999 roku zagrał też główną rolę w dość głośnej komedii "Fuks" z Adamem Ferencym i Agnieszką Krukówną. Jego następnym przebojem był już film "Chłopaki nie płaczą".

Anna Mucha w tamtych latach też nie kojarzyła się nikomu z kinem komediowym - ta młoda aktorka miała już wtedy za sobą role w takich produkcjach jak "Korczak" i "Panna Nikt" Andrzeja Wajdy, "Lista Schindlera" Stevena Spielberga czy "Młode wilki 1/2" Jarosława Żamojdy i "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową" Krzysztofa Zanussiego. Rola w komedii gangsterskiej, i to w dodatku młodej i początkującej prostytutki, była dość zaskakująca. A jednak chwyciło. Autorzy z "Co jest grane" nie mieli w 2000 roku wątpliwości:

Oczywiście widzowie pójdą do kin, bo gwarantują to nazwiska aktorów - jak chociażby Cezarego Pazury, Pawła Deląga, Ani Muchy, Mirosława Zbrojewicza czy Wojtka Klaty. A także muzyka Liroya. Ale skoro już pójdą, niech zwrócą uwagę na wyjątkowej urody zdjęcia Martina Strby, Słowaka, który nawet Warszawę pokazuje jako miasto niebanalne.

Doskonały scenariusz napisał początkujący wtedy Mikołaj Korzyński. W "Co jest grane" został nawet wyraźnie pochwalony:

A widownia się śmieje. Właściwie śmieje się przez cały czas, bo autor scenariusza - debiutant Mikołaj Korzyński - za wszelką cenę stara się, by każde zdanie było dowcipne, sporo tu różnych aluzji, powiedzonek znanych z innych filmów - jak chociażby słynny cytat o "jesieni średniowiecza" znany widzom z polskiego tłumaczenia ścieżki dialogowej "Pulp Fiction". Na pewno śmiała się ekipa realizująca film - reżyser zaprosił do obsady znanych przyjaciół spoza branży, każąc mówić rzeczy śmieszne. I wszyscy z pewnością się dobrze bawili.

Korzyński wcześniej pracował m.in. jako scenarzysta "13 posterunku", a do współpracy z Lubaszenką wrócił już rok później, bo razem zrobili jeszcze na fali wspólnego sukcesu "Poranek kojota" - film już dużo mniej udany, ale również posiadający kilka uroczych smaczków, takich jak słynny "szef wszystkich szefów czyli Krzysztof Jarzyna ze Szczecina". Później Korzyński pracował z Jerzym Gruzą nad dość eksperymentalnym filmem komediowym z udziałem gwiazd "Big Brothera" - czyli sławetnym "Gulczas, a jak myślisz". To także on pisał scenariusz do serialu "Król przedmieścia" z Krzysztofem Kowalewskim w roli głównej. Następne projekty przechodziły jednak już bez większego echa.  

Anegdoty z planu

Cezary Pazura w "Chłopakach" zagrał niezapomnianego Freda - przerażającego gangstera z filozoficznymi zapędami. Aktor od kilku lat prowadzi na youtubie kanał, a w 2016 roku nagrał odcinek poświęcony właśnie tej kultowej produkcji. Zdradził, że Olaf Lubaszenko bardzo chciał, żeby głównym motywem muzycznym filmu był przebój zespołu T.Love o tym samym tytule. Muniek Staszczyk jednak się na to nie zgodził, a Pazura utrzymuje, że kiedy film odniósł sukces, muzyk żałował swojej decyzji.

Pazura zdradził też, że Lubaszenko zrobił wielki casting, by znaleźć odtwórcę głównej roli - Kuby Brennera. Początkowo szukał aktora, który miałby więcej niż 30 lat. Reżyser przesłuchał setki potencjalnych kandydatów, a w ścisłym finale znalazło się dwóch "synów aktorów" - Mateusz Damięcki i Maciej Stuhr. Zwycięzca miał wtedy 23 lata.

Na pewno pamiętacie scenę, w której grany przez Michała Milewicza Bolec przyjmuje u siebie w agencji Freda i Gruchę. To wtedy okazuje się, że agresywny pitbull jest tak naprawdę jamnikiem, a tatuaż na ramieniu Bolca jest sztuczny, bo się rozpuszcza. Ciekawostką jest to, że Milowicz naprawdę miał w tym miejscu tatuaż, ale na potrzeby sceny codziennie go zamalowywano i domalowywano ten "sztuczny".

 

Inna plotka mówi, że grający Laskę Tomasz Bajer bardzo dbał o to, by dobrze wczuć się w swoją postać. W związku z tym sam często palił marihuanę na planie. Ponoć w dniu, w którym ekipa kręciła słynną scenę, w której Laska i jego koledzy zamiast do lasu pod Warszawą dojeżdżają nad morze, Bajer i jego partnerzy doprowadzili się do takiego stanu, że zapomnieli tekstu. Lubaszenko ponoć skrupulatnie ich obsztorcował, dzięki czemu wzięli się w garść i scenę udało się nakręcić. 

Co takiego w roku 2000 oglądali w kinach Polacy?

O dziwo, "Chłopaki" wcale nie byli królami box-office'u. W 2000 roku na 10 najchętniej oglądanych przez Polaków filmów, tylko dwa były polskie. I do tego większą widownię miał "Prymas - trzy lata z tysiąca" - historię Stefana Wyszyńskiego z Andrzejem Sewerynem zobaczyło 756 516 widzów, co przełożyło się na trzecie miejsce na liście. Komedia Lubaszenki była dopiero na szóstym miejscu - w ciągu roku obejrzało ją 549 108 osób.

Zdradzimy, że w 2000 roku królował w Polsce oscarowy "Gladiator" - to była jedyna produkcja, która przyciągnęła do kin ponad milion osób, a dokładnie 1 545 292 widzów. Na drugim miejscu znalazł się "Szósty zmysł" z Brucem Willisem, po "Prymasie" był film "American Beauty" z Kevinem Spacey'em w roli głównej (785 353 widzów), potem "Toy story 2" (570 100) i dopiero miejsce po tej animacji należy do "Chłopaków".