Zero nagości, "sugestywnych tańców" i gejów. Tak Hollywood ocenzurowało samo siebie

Jeżeli wydaje wam się, że w dzisiejszym kinie raczej nie ma tematów tabu, to wyobraźcie sobie, że w latach 20. XX w. pod tym względem było jeszcze ciekawiej. Do tego stopnia, że blisko 90 lat temu Hollywood zakręciło na siebie bat w postaci tzw. kodeksu Haysa, który cenzurował wszystko, co trafiało do kin.

Ryczące lata 20. były okresem błogiego rozluźnienia na wielu płaszczyznach życia, w tym w kulturze. Zewsząd rozbrzmiewał jazz, kobiety buntowały się przeciwko standardom piękna i propagowały styl “na chłopczycę”, a prohibicję Amerykanie mieli za nic - można powiedzieć, że żyło się tak, jakby nie było jutra. Ciekawie było też w rządzonym przez wielkie studia Hollywood, bo wraz z rozwojem technologii do gry wchodziły filmy udźwiękowione. Na papierze wszystko grało i buczało, ale cóż - wszystko, co dobre szybko się kończy.

Zobacz też: "Deszczowa piosenka". Kultowy musical, w którym Debbie Reynolds tańczyła, aż zdarła nogi - dosłownie >>

Skończyło się dobre

William Harrison Hays, pierwszy szef powstałej w 1922 roku organizacji Motion Picture Producers and Distributors of America (MPPDA), miał przed sobą całą masę problemów. MPPDA, zrzeszająca producentów i dystrybutorów, została powołana w obliczu jednego z licznych w tamtym okresie skandali - jego głównym bohaterem był gwiazdor niemych komedii, Roscoe Arbuckle. Aktora oskarżono o gwałt i morderstwo modelki i aktorki, niejakiej Virginii Rappe. Niedługo potem szerokim echem odbiło się zamordowanie pewnego biseksualnego reżysera. Trzeba również pamiętać, że gwiazdy Hollywood na potęgę szprycowały się wtedy narkotykami i umierały z przedawkowania.

Same filmy, szczególnie po 1929 roku, obfitowały m.in. w wątki erotyczne - pojawiały się np. ówcześnie bardzo kontrowersyjne sceny seksu między osobami o białym i czarnym kolorze skóry. Nie brakowało prostytucji, zdrad małżeńskich, ekstremalnej przemocy. W niektórych produkcjach pokazywano aborcję czy postaci rozwiązłe seksualnie. Gangsterzy, jak np. we "Wrogu publicznym nr 1" (1931), nierzadko jawili się jako bohaterowie pozytywni. Dobre imię Fabryki Snów, głównie w oczach licznych organizacji religijnych, potrzebowało ratunku.

Wspomniany wcześniej William Hays otrzymał propozycję wysokiego stanowiska w MPPDA, bo był doskonale znany ze swoich konserwatywnych poglądów. W 1927 roku wystosował do twórców filmowych listę porad a propos tego, czego najlepiej byłoby nie prezentować na ekranach i z czym trzeba było uważać. Pośród wątków zabronionych były m. in. przekleństwa, naśmiewanie się z księży i sceny porodu. Stronić należało od pokazywania broni, "pożądliwych pocałunków" czy flagi amerykańskiej.

Poradami nikt się jednak specjalnie nie przejął, bo były w końcu tylko poradami i nie dało się z niekorzystania z nich wyciągnąć realnych konsekwencji. Trzy lata później Hays skorzystał więc z pomocy jezuity Daniela Lorda, który w 1930 roku przyszedł do niego z roboczą wersją o wiele mocniejszego w wymowie "kodeksu produkcyjnego". Kiedy Hays zobaczył dzieło Lorda, podobno stwierdził:

Oczy niemalże wyszły mi z orbit, gdy to przeczytałem. To było dokładnie to, czego potrzebowałem.

Wojna o ekran

Kodeks Haysa wszedł w życie w 1934 roku i teoretycznie jego przestrzeganie było "dobrowolne" dla studiów filmowych, którym początkowo sytuacja w pewnym stopniu nawet odpowiadała, bo pozwalała im uchronić się od ewentualnej cenzury nałożonej przez rząd. Trochę mniej wesoło zrobiło się, kiedy wprowadzenie filmu do kina stało się realnym problemem.

Kodeksowi przyświecały trzy główne założenia. Po pierwsze, miał nie powstać żaden film, który "obniżyłby standardy moralne tych, którzy go obejrzą". Dlatego też "sympatia publiczności nigdy nie zostanie skierowana w stronę przestępstwa, niegodnego  postępowania, zła lub grzechu". Po drugie, produkcje trafiające do kin miały przedstawiać "właściwe standardy życia, podlegające jedynie wymaganiom dramatu i rozrywki". Wreszcie - "prawo, naturalne czy stworzone przez człowieka" miało nie być wyśmiewane, zaś jego pogwałcenie nie mogło "wzbudzać współczucia".

Zabronione zostało uwzględnianie scen nagości, "sugestywnych tańców", dyskusji o "perwersjach seksualnych", "pożądliwych pocałunków" i "krzyżowania ras". Od 1934 roku wszyscy filmowcy musieli uzyskiwać licencję na kinową dystrybucję filmów od Production Code Administration. Co ciekawe, takiej licencji nie potrzebowali twórcy zagraniczni, dlatego w amerykańskich kinach szczególnie po zakończeniu II wojny światowej coraz częściej pojawiały się produkcje europejskie. W tym czasie Amerykanie toczyli z PCA liczne batalie o to, co mogli pokazywać na ekranach.

Kiedy podczas wojny studio Warner Bros. chciało nakręcić film o nazistowskich obozach koncentracyjnych, urzędnicy z PCA zabronili tego, powołując się na wspomniany wyżej zakaz przedstawiania "w niekorzystnym świetle" instytucji i ważnych osób z innych krajów pod groźbą zgłoszenia sprawy organom rządowym. Ta polityka sprawiła, że w USA powstała znikoma liczba filmów antyhitlerowskich. W 1938 roku FBI odkryło i postawiło przed sądem nazistowski aparat szpiegowski, co pozwoliło Warnerowi na wyprodukowanie "Confessions of a Nazi Spy". 

'Confessions of a Nazi Spy''Confessions of a Nazi Spy' By Source, Fair use, https://en.wikipedia.org/w/index.php?curid=34287849

Z kolei Howard Hughes urządził publiczną kampanię przeciwko cenzurze, gdy do kin nie trafił jego western “Wyjęty spod prawa”. Problemem hollywoodzkich cenzorów bynajmniej nie była fabuła filmu, ale to, że na promujących go plakatach aktorka Jane Russell epatowała biustem. Ciekawym przykładem jest też "Przeminęło z wiatrem" - do dziś najlepiej zarabiające dzieło wszech czasów po uwzględnieniu inflacji. Producenci w 1939 roku zażarcie walczyli z MPPDA o pozostawienie na końcu sceny, gdzie grany przez Clarka Gable’a Rhett Butler żegna się ze Scarlett O’Harą słowami "Frankly, my dear, I don’t give a damn". Nieustępliwość się opłaciła, bo w 2005 roku cytat ten znalazł się na pierwszym miejscu sporządzonej przez American Film Institute listy stu filmowych cytatów wszech czasów.

"Klasyczne Hollywood" trzęsło się posadach coraz bardziej z każdym kolejnym rokiem, i to nie tylko przez użeranie się z cenzurą. W 1948 roku Sąd Najwyższy orzekł, że studia filmowe nie mogą posiadać kin pokazujących wyłącznie ich produkcje. To był początek końca "złotej ery" Hollywood. Orzeczenie zmusiło studyjną Wielką Piątkę, czyli MGM, Paramount, 20th Century Fox, Warner Bros. i RKO, do sprzedaży kin i do zawężenia liczby nadchodzących projektów. Tymczasem, co najistotniejsze, coraz popularniejsza stawała się telewizja, która zaczęła oferować ludziom to, co dostawali od Hollywood przed wojną - sporą różnorodność, ale i coś, czego wcześniej nie było - możliwość oglądania "ruszających się obrazków" bez wychodzenia z domów.

Aż nadszedł dzień wyzwolenia

Pod koniec lat 50. ukazywało się coraz więcej filmów, których twórcy ignorowali założenia kodeksu - wśród nich m. in. “Psychoza” Alfreda Hitchocka, “Nagle, zeszłego lata” Josepha Mankiewicza i prowokujące produkcje Otto Premingera. William Hays podjął próbę uczynienia kodeksu "bardziej elastycznym" i w 1959 roku stwierdził, że jeśli ewentualne "konflikty moralne" zaprezentowane będą "we właściwych ramach odniesienia", zatwierdzony przez kodeks film mógł opowiadać tak naprawdę o czymkolwiek oprócz homoseksualizmu.

I tu, niedługo potem, odbyła się niezwykle istotna premiera. "Pół żartem, pół serio" z Marylin Monroe, Tonym Curtisem i Jackiem Lemmonem był niezgodny z przepisami pod wieloma względami, a przede wszystkim właśnie dlatego, że występuje tam i wątek homoseksualny, i sytuacja dwóch mężczyzn przebierających się za kobiety w ucieczce przed mafią. Świetne przyjęcie produkcji przez publiczność i krytyków, a także sześć nominacji do Oscara dobitnie pokazało, że dni kodeksu Haysa były policzone. 

'Pół żartem, pół serio''Pół żartem, pół serio' fot. mat. pras.

Ostatecznym gwoździem do trumny okazał się debiut filmu "Powiększenie| ("Blowup") Michelangelo Antonioniego w grudniu 1966 roku. Ta brytyjsko-włosko-amerykańska koprodukcja miała (jak na swoje czasy) charakter bezkompromisowy, szczególnie jeżeli chodzi o sceny erotyczne. Film był o tyle dużym wydarzeniem, że stanowił pierwszą produkcję zawierającą nagość, której dystrybucją i promocją zajmowało się duże studio - Metro-Goldwyn-Mayer. Nie otrzymało ono oczywiście pozwolenia na te czynności od organów czuwających nad przestrzeganiem kodeksu, więc szefostwo zdecydowało się na bezprecedensowy krok i wypuściło "Powiększenie" pod szyldem podstawionej spółki Premier Pictures.

Dwa lata później, 1 listopada 1968 roku, narodził się nowy system klasyfikacji filmów, który z modyfikacjami obowiązuje do dzisiaj - od 1996 roku są używane następujące oznaczenia:

G (General audiences) – film odpowiedni dla widzów w każdym wieku

PG (Parental guidance suggested) – część prezentowanych materiałów może nie być odpowiednia dla młodszych widzów

PG-13 (Parents strongly cautioned) – część prezentowanych materiałów jest nieodpowiednia dla widzów poniżej 13. roku życia

R (Restricted) – widzowie poniżej 17 r. ż. mogą oglądać film tylko w towarzystwie rodzica/opiekuna prawnego

NC-17 – zabronione dla osób do 17 r. ż.

Wraz z upadkiem rygorystycznego porządku lata 60. odznaczyły początek drugiego "złotego wieku" Hollywood. Na scenie stopniowo pojawili się tacy twórcy jak Martin Scorsese, Francis Ford Coppola, Stanley Kubrick, Woody Allen, Robert Altman, Peter Bogdanovich, Michael Cimino czy Brian De Palma. Amerykańskie kino zaczerpnęło europejskiego powietrza, coraz popularniejsze stawało się kino autorskie, a z czasem rywalizacja filmów i telewizji weszła na wyrównany grunt. Cenzura natomiast nigdy nie powróciła w takiej formie, jak za czasów kodeksu Haysa, ale to nie oznacza, że zniknęła na dobre. Świeży przykład? Niewinny pocałunek dwóch nastolatek w filmie Olivii Wilde "Booksmart".

Zobacz więcej: "POPkultura" odc. 12. Komu przeszkadzają pośladki Toma Hiddlestona? >>

Więcej o:
Komentarze (12)
Zero nagości, "sugestywnych tańców" i gejów. Tak Hollywood ocenzurowało samo siebie
Zaloguj się
  • kapitan.kirk

    Oceniono 5 razy 3

    <<< Jeżeli wydaje wam się, że w dzisiejszym kinie raczej nie ma tematów tabu >>>

    Oj nie, bynajmniej nie wydaje nam się :-D

  • niszcz.marksizm.kulturowy

    Oceniono 1 raz 1

    Za to dzisiaj wątek homo MUSI być w każdym filmie i serialu. W każdej produkcji musi też być odpowiednia ilość kolorowych, dzięki czemu w filmach historycznych mamy czarnych rycerzy i lordów. Poprawność polityczna i homopropaganda to rak zachodniej kultury.

  • b_fett

    Oceniono 1 raz 1

    no i? film jest genialny i juz

  • mi1111

    Oceniono 15 razy 1

    To były złote czasy, obenie cenzura jest jeszcze większa, niech ktos sprobuje uzyc np slowa nigger albo faggot

  • jan.go

    Oceniono 2 razy 0

    Kapitalizm i demokracja można powiedzieć Tak w kinie amerykańskim po dzień dzisiejszy obowiązuje cenzura co ciekawe prywatna Każdy film przechodzi przez specjalna komisję tyle ze prywatną Tą komisję tworzą wszyscy którzy uczestniczą w rynku. Identyczne komisje - urzędy cenzorskie mają inne media prasa, telewizja i radio . Jak trzeba to skubani są tak samo skuteczni jak nasz sławetny urząd na Mysiej Podczas drugiej wojny o Irak błyskawicznie zablokowano wszystkich tych którzy tej wojnie się sprzeciwiali nawet przestano grać piosenki i puszczać klipy przeciwników wojny Po pewnym czasie już to nie było potrzebne więc cenzurę odblokowano Oczywiście sa nieliczne media które nie należą do stowarzyszeń Tak na marginesie to w Europie cenzurę zlikidowano dopiero w latach 70 i 80 Urzędy były działały zazwyczaj właśnie w filmie

  • dar61

    Oceniono 6 razy 0

    Nieźle opowiedziane, Autorko, i nawet tej kryptoreklamy tyle co kot napłakał...
    Że też tego momentu Maniuś K. nie doczekał, a Jędrek Z. zaniemówił z ich „Momenty były?”...
    A gdyby i taka analiza o naszym grajdołku?

    ****
    Nieźle napisane - tylko '...produkcje Otto Premingera...' się odkopało:
    >>> ...OTTONA

    Oraz to, z jądrem antypolskiego cudzysłowu:
    '... filmu [„]Powiększenie ([„]Blowup”) Michelangelo Antonioniego...'
    >>> ...MICHELANGELA

    Nie bójmy się polskiej fleksji, Autorko.

  • zlosliwyskrzat

    Oceniono 3 razy -1

    Tylko, że kodeks Haysa to również poufne umowy z mediami. Owe nie pisały o orgiach alkoholowo, narkotycznych hollywoodzkich alfonsów, czy o dziwkarskich zachowaniach aktorek, z których wielkie studia postanowiły akurat zrobić gwiazdy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX