Viggo Mortensen dla Gazeta.pl: Zacząłem pisać ten scenariusz po śmierci mojej mamy

- Widziałem wiele naprawdę dobrych filmów o demencji, ale z większością z nich mam taki problem, że właściwie żaden nie oddaje tego, co sam przez lata obserwowałem - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Viggo Mortensen, który podjął temat tej choroby w swoim reżyserskim debiucie "Jeszcze jest czas", do którego też sam napisał scenariusz. - Mieliśmy w rodzinie kilka takich przypadków, stąd moje niemałe doświadczenie w temacie - wyjaśnia.

Viggo Mortensen po latach gry w filmach zdecydował się stanąć po drugiej strony kamery i wyreżyserować własny scenariusz. "Jeszcze jest czas" to wyróżniona nagrodą specjalną na festiwalu filmowym w San Sebastian opowieść o tym, jak rodzina musi sobie poradzić z postępującą chorobą, która kradnie ludziom rzecz najcenniejszą - wspomnienia.

Zobacz wideo "Jeszcze jest czas" - zwiastun filmu Viggo Mortensena

" Nie da się komuś szczerze wybaczyć bez zrozumienia go"

Głównym bohaterem jest Willis grany przez znanego doskonale z legendarnej roli androida Bishopa w "Obcym" czy detektywa Vukovicha z "Terminatora" Lance'a Henriksena. To sędziwy już farmer o niezbyt przyjaznej osobowości jest uparty, złośliwy i nie przebiera w słowach. Jako człowiek z konserwatywnymi poglądami ma duże problemy, żeby zrozumieć swoje dzieci, a zwłaszcza starszego syna Johna, który mieszka ze swoim mężem i adoptowaną córką w odległej od rodzinnego domu Kalifornii. Willis najchętniej spędza czas sam, zdaje sobie jednak sprawę, że postępująca demencja powoli mu uniemożliwia samodzielne życie. Jego spotkanie z rodziną w Los Angeles nie jest łatwe dla nikogo.

Viggo Mortensen nie tylko napisał scenariusz i wyreżyserował "Jeszcze jest czas", był także producentem i zagrał jedną z głównych ról - syna Johna. W wywiadzie z Gazeta.pl tłumaczy, co skłoniło go do podjęcia właśnie takiego tematu i dlaczego przez moment był bliski rzucenia świata filmu.

Justyna Bryczkowska: "Jeszcze jest czas" to nie tylko twój debiut reżyserski: napisałeś też scenariusz, zająłeś się produkcją i jeszcze grasz jedną z głównych ról. Jak to wszystko razem wzięte  wpłynęło na sposób, w jaki postrzegasz teraz robienie kina?  

Viggo Mortensen: Zawsze pasjonował mnie ten proces, w którym twórcy biorą na warsztat scenariusz i wspólnymi siłami tworzą film. Jeżeli między członkami ekipy jest chemia, to zapewne zrobią coś dobrego - sam miałem szczęście być częścią wielu takich produkcji, na czele ze świetnymi reżyserami, od których wiele się nauczyłem, zanim sam wszedłem w ich buty po raz pierwszy. A co dała mi reżyseria? Być może to, że teraz, kiedy idę do kina, dużo więcej dostrzegam i rozumiem. Jestem w stanie o wiele więcej wybaczyć twórcom, bo wiem, jak trudno jest dopiąć film na ostatni guzik.

W "Jeszcze jest czas" gra David Cronenberg, który jest przede wszystkim reżyserem, scenarzystą, producentem. Czy wasza wcześniejsza współpraca zainspirowała cię do tego, żeby podchodzić do tworzenia filmów podobnie jak on? 

David wyreżyserował kilka filmów, w których grałem; mam nadzieję, że niebawem uda nam się zrobić kolejny. Przede wszystkim jednak jest moim przyjacielem i dał mi wiele lekcji, nie tylko jako kolega z branży. Po pierwsze zaczerpnąłem od niego sposób przygotowywania wskazówek. Wiem teraz, że nie ma czegoś takiego jak "zacząć za wcześnie" i "przygotować się za bardzo". To wymaga ogromu pracy. A druga rzecz - i pewnie najważniejsza - jest taka, że dobry pomysł, sugestię czy radę może mieć absolutnie dowolna osoba z ekipy. 

Zabierając się za "Jeszcze jest czas", miałem bardzo konkretny plan na każdy dzień zdjęciowy. Na starcie oznajmiłem wszystkim, że od najlepszych reżyserów (z Davidem włącznie) nauczyłem się tego, żeby w procesie twórczym nikogo nie pomijać, dlatego zrobimy ten film wspólnie. "Wiem, jak chcę to wszystko poprowadzić, ale jeżeli ktokolwiek z was ma pytanie, pomysł, nie czekajcie i mówcie od razu, bo jutro będzie za późno" - powiedziałem. I podziałało. Ważne było też to, że członkowie naszej ekipy osobiście i emocjonalnie zaangażowali się w ten projekt. Dzielili się ze mną opowieściami o własnych rodzinach, przez co nasza praca zdecydowanie zyskała na wartości. 

No właśnie - chciałam zapytać o to, co cię zainspirowało do pokazania na ekranie akurat takiej historii, bo chociaż nie opowiada ona o twojej rodzinie, wydaje się bardzo osobista.

Zacząłem pisać ten scenariusz po śmierci mojej mamy, która cierpiała na demencję. W momencie, kiedy odeszła, pierwsze symptomy demencji pojawiły się u taty; wcześniej obserwowałem też mojego ojczyma, który zmagał się z tą chorobą… Mieliśmy w rodzinie kilka takich przypadków, stąd moje niemałe doświadczenie w temacie. Przez demencję oczywiście cierpi pamięć, cierpi także komunikacja - w scenariuszu do "Jeszcze jest czas" skupiłem się na rodzinie, w której centrum jest trudna relacja ojca z synem i szukanie jakiegoś punktu porozumienia.

Chciałem szczególnie zgłębić właśnie aspekt komunikacji, pokazać ograniczenia, które narzuca ta choroba. Do części chorych w ogóle nie da się dotrzeć, do innych lepiej nawet nie próbować, bo może się to źle skończyć - ale nie chcę tu prawić morałów, to drugie to tylko mój osobisty punkt widzenia. Myślałem też dużo o pamięci. Wydaje mi się, że przez to, że teraźniejszość ciągle się zmienia i że nie wiemy nic o przyszłości, ludzie chcą mieć w życiu jakiś pewnik, więc biorą za niego przeszłość. Tymczasem to, co każdy z nas nazywa przeszłością, to nie zbiór faktów, tylko odczuć, które możemy dowolnie zmieniać, żeby czuć się lepiej z tym, co jest teraz. Chyba każdy podświadomie tak robi. Jeżeli więc przyjmiemy, że przeszłość jest subiektywna, dlaczego sposób, w jaki osoba z demencją doświadcza teraźniejszości, ma być mniej prawdziwy niż wartościowy od twojego? To bardzo skomplikowana sprawa. Ja sam nie mam tutaj żadnych odpowiedzi i nie to jest moim celem - od opowieści, które odpowiadają na pytania, wolę te, które pytania stawiają. 

Kiedy oglądałam ten film, odniosłam wrażenie, że pokazujesz demencję od zupełnie innej strony niż zwykle, bo Willis jest o wiele mniej zagubiony od innych filmowych bohaterów z tą chorobą. 

Zdecydowanie się zgadzam - jest sporo filmów z takim podejściem, kilka nawet z tego roku. Wiele jest naprawdę dobrych, ale z większością z nich mam taki problem, że właściwie żaden nie oddaje tego, co sam obserwowałem przez lata w rzeczywistości. Widziałem produkcje, gdzie bohaterowie z demencją są całkowicie pogubieni, nie mają pojęcia, co robią - a według mnie najbardziej zagubieni są opiekunowie osób z demencją. Z mojego doświadczenia wynika, że chorzy na demencję są w stanie myśleć, widzieć, odczuwać w czasie rzeczywistym, czego w innych filmach niestety nie widać. U nas Lance Henriksen zrobił coś przepięknego, wchodził głęboko w stany, które przeżywała jego postać. 

Lance Henriksen w jednym z wywiadów powiedział, że któregoś dnia paliliście razem papierosa na parkingu i stwierdziliście, że po tym filmie obaj kończycie z kinem. Czy wtedy zagrało zmęczenie, czy jednak podtrzymujesz te słowa?

Tak, zdecydowanie zagrało zmęczenie i stres. Mieliśmy wtedy naprawdę ciężki dzień, który zresztą do dziś wspominamy. Lance powiedział do mnie wtedy: "Wiesz, Viggo, to jest świetne doświadczenie, ale nie czuję się już na siłach, żeby robić to dalej, to jest mój ostatni film". Na co ja: "Tak, ciekawie było spróbować reżyserii, już od dawna chciałem to zrobić, ale nie sądzę, że jeszcze do tego wrócę". To był jeden moment, z którego dzisiaj się śmiejemy, bo następnego dnia dotarliśmy do zupełnie nowego, wspaniałego miejsca w tej pracy i już więcej nie wróciliśmy do tamtych myśli. Mało tego - Lance już nakręcił kolejny film, ja napisałem dwa następne scenariusze, w tym roku zagram w kilku produkcjach, a za rok mam nadzieję nakręcić drugi własny film. 

W "Jeszcze jest czas" obok tematu choroby bardzo istotny jest też rodzinny konflikt, który można uznać za uniwersalny - główny bohater ma konserwatywne poglądy i nie rozumie, dlaczego jego dzieci tak bardzo się od niego różnią. Jestem ciekawa, co najbardziej chciałeś przekazać, osadzając tę historię w takim kontekście.

Do pisania scenariusza usiadłem pięć lat temu. Z biegiem lat wszyscy obserwowaliśmy, jak pogłębia się nieudolność w komunikacji i polaryzacja społeczeństwa nie tylko w USA, ale i w Polsce i wielu innych krajach. To jest wręcz jak choroba, inny rodzaj pandemii. Kiedy nie jesteśmy w stanie podjąć dialogu z człowiekiem, z którym się nie zgadzamy, a już szczególnie jeśli go nie słuchamy, przyczyniamy się do szerzenia ignorancji i braku tolerancji. Musimy więc nauczyć się słuchać, żeby móc rozmawiać. I nie chodzi tutaj o słuchanie po to, żeby przygotować własną kontrę, tylko po to, by otworzyć się na człowieka, który pozornie różni się od nas pod każdym względem i może nas nie akceptować. Tak samo jest z wybaczaniem - nie da się komuś szczerze wybaczyć bez zrozumienia go. Jasne, że dużo łatwiej jest kogoś potępić, olać, zignorować, zamiast poświęcić czas i zastanowić się trochę nad tym, co ta druga osoba chce powiedzieć.

Więcej o: