Utarło się takie przekonanie, że "film jest najważniejszy". Tym się usprawiedliwia najgorsze rzeczy

"Rzadko jest tak, że pracuje się z całą ekipą latami. To, z czym ludzie po takim planie będą się mierzyć, jest już tylko ich problemem. Będą to robić sami. Jest przecież cała masa aktorów, których zniszczyła taka praca na planie, którzy się nie podnieśli po takim łamaniu. Dlaczego tak rzadko się o tym mówi? Czas na zmiany" - mówi młoda reżyserka Anastazja Dąbrowska w rozmowie z Gazeta.pl.

Anna Paliga jest absolwentką łódzkiej filmówki, która w liście otwartym odważyła się opisać konkretne przykłady przemocowych zachowań wykładowców uczelni: profesorowie mieli swoich studentów gryźć w ramach demonstrowania "porządnej gry", bić tak mocno w twarz, aż leciała krew z nosa, zmuszać do rozbierania się w czasie egzaminów czy wulgarnie wyzywać. Młoda aktorka nie przypuszczała, że jej udostępnione w mediach społecznościwych pismo do władz Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi da początek całej serii podobnych wyzwań osób ze środowiska filmowego i teatralnego - już teraz mówi się o polskiej fali ruchu "Me Too".

Swoimi doświadczeniami podzieliły się m.in. Maria Dębska, Zofia Wichłacz, Joanna Koroniewska, Tamara Arciuch czy Weronika Rosati. Wyraz poparcia dla młodej aktorki dały też Joanna Szczepkowska i Aleksandra Konieczna, komentuje sprawę też Maciej Stuhr, który podkreśla, że jako wykładowca nigdy nie widział pozytywnych efektów przemocowego nauczania aktorstwa. To wszystko pokazuje skalę zjawiska, które przez lata było normalizowane i dotyka nie tylko wydziały aktorskie. O tym, jak wyglądały studia na wydziale reżyserskim, opowiada nam Anastazja Dąbrowska, reżyserka, scenarzystka i edukatorka - zdobywczyni licznych nagród branżowych, w tym Grand Prix FINA w konkursie "Odcienie Wolności" na festiwalu Docs Against Gravity Film Festival za film "Daniel".

Zobacz wideo Dlaczego Dorota Segda zdecydowała się na likwidację fuksówki na AST?

Co pomyślałaś, kiedy pierwszy raz przeczytałaś list otwarty Anny Paligi?

Pomyślałam, że wreszcie coś się dzieje. Było to jeszcze zanim media zaczęły o tym pisać. Od razu go udostępniłam i byłam przekonana, że to będzie kolejna osoba, która będzie miała nieprzyjemności. To była wielka odwaga, bo jak zwykle pojawiają się klasyczne komentarze typu: "a dlaczego od razu nie zareagowała", "no tak, skończyła szkołę i teraz robi wokół siebie szum, bo chce się wybić". Gdyby zareagowała w momencie, w którym jeszcze studiowała, mogłyby czekać ją konsekwencje ze strony wykładowców na przykład w postaci trudności na egzaminach. Właśnie czytam w "Wyborczej" wypowiedź Małgorzaty Burzyńskiej-Keller, która oskarża ją o chęć wybicia się na skandalu. Na szczęście dziekan Milenia Fidler odniosła się do sprawy adekwatnie - to znaczy stając po stronie osób skrzywdzonych.

Ty studiowałaś w katowickiej filmówce. Jak wspominasz tamten czas? 

Kiedy dostałam się do szkoły, czułam się, jakbym złapała boga za nogi. I z tym uczuciem spotkałam opiekuna naszych filmów - Leszka Wosiewicza. Szybko okazało się, że funkcjonował jako pogromca pierwszego roku. Każdy się go bał - nigdy nie było do końca wiadomo, o co mu chodzi na zajęciach i jakie są jego kryteria oceny. Przykładowo: miał swoją teorię pięciu punktów, którą próbowaliśmy zrozumieć przez długie miesiące. Podejścia do tematu były różne, a on ciągle z niemałą satysfakcją nam udowadniał, że tego nie rozumiemy. Wypytywał nas po kolei i każdy przykład, który podawaliśmy, był po prostu zły, bo on tak powiedział. Czasem ktoś trafiał w jego oczekiwania, ale nie potrafiłam znaleźć w tym żadnej logiki. Wosiewicz niby miał swoich ulubieńców, ale często miałam wrażenie, że lubi nami pogrywać, bo zaskakująco chętnie zmieniał strony. Na przykład osobę, którą stawiał za przykład innym i chwalił w pierwszym półroczu, oblewał w kolejnym. Tak samo robił w przypadku osób, o których wiedział, że pracują wspólnie - na zasadzie kontrastu, mówił: zobacz, jak on/ ona świetnie rozumie, a ty nic nie łapiesz. Tak jakby próbował nas ze sobą skłócić. Miał też zwyczaj poza zajęciami udzielać nam konsultacji w formie mailowej - zawsze odpowiedź wysyłał do wiadomości wszystkich studentów z roku. A nie były to miłe wiadomości. Pisał w nich, że jesteśmy grafomanami, piszemy bzdury, że zmarnowaliśmy pół roku pracy, podawał w wątpliwość nasze predyspozycje do zawodu. Akurat było tak, że połowa naszego roku mieszkała w jednym mieszkaniu, więc zazwyczaj i tak wspólnie czytaliśmy te maile. Dawaliśmy sobie rady i wspieraliśmy się, próbowaliśmy zrozumieć te wiadomości i ich sens. Mam wrażenie, że prezentowaliśmy dokładnie ten sam poziom wiedzy czy zrozumienia dla jego koncepcji, tylko inaczej byliśmy traktowani.

Tak to wyglądało przez cały czas? Władze uczelni coś z tym robiły? 

Miałam 21 lat, byłam już po jednych studiach, a mimo to przyjęłam to za formę, w której funkcjonuje szkoła. I przez długi czas nie kwestionowałam tego, uznawałam, że po prostu nie rozumiem. Były to moje pierwsze zajęcia, zresztą panowało przekonanie, że jak ktoś przetrwa ten pierwszy rok, który jest najgorszy, to już przetrwa do końca szkoły. Wosiewicz od lat w ten sposób prowadził swoje zajęcia, ale my też zgłaszaliśmy innym profesorom, że trudno się z nim pracuje. W końcu coś się też udało zrobić, interweniowali m.in. Beata Dzianowicz i Andrzej Fidyk. Pojawiło się wotum nieufności, Wosiewicz został odsunięty od zajęć z początkującymi studentami, zaczął prowadzić czwarty rok. Później też poważnie zachorował i zachowywał się już inaczej. On chyba żałuje tego, w jaki sposób nas prowadził, ale ja nie wchodziłam z nim już w żadne dyskusje, bo cały czas się go bałam. Nie było szans na żadne zaufanie.

Jak tego słucham, to cieszę się, że przeżyłaś tę szkołę.

W Katowicach się mówiło, że to szkoła, która przygotowuje do życia w prawdziwym świecie. Bo czasem jest tak ciężko, że jak sobie tam ktoś poradzi, to potem, jak trafi na rynek, da radę już wszędzie. 

Myślisz, że było ci trudniej zostać reżyserką, bo byłaś kobietą?

Miałam taką bardzo jasną sytuację, kiedy okazało się, skoro że jestem kobietą, to mam gorzej: kiedy umówiłam się ze swoim profesorem, że będę mu asystować przy jego filmie pełnometrażowym. Dogadaliśmy się, że jak już będzie czas przed zdjęciami, to zadzwoni. Nie zrobił tego. Później dowiedziałam się, że zrobił ten film. Kiedy się spotkaliśmy, zapytałam, co się stało, przecież byliśmy umówieni. Wyjaśnił, że tam są brutalne sceny i on nie chciał mnie do nich brać - potrzebował asystenta mężczyzny. 

Myślę jednak, że jeszcze mocniej niż reżyserki dyskryminowane są operatorki. Tam nadrzędnym argumentem jest to, że sobie nie poradzą fizycznie. Tak się przyzwyczaiłam, to jest tak zinternalizowane przez wychowanie w tym patriarchalnym świecie. Już przestajesz to zauważać, tylko sobie z tym radzisz. Kiedy pokazywałam swój film dyplomowy, jednym z komentarzy od pedagogów płci męskiej było to, że grająca tam aktorka ma ich zdaniem za grube uda. Nie to, na jakim poziomie zagrała.

A miałaś jakieś zajęcia z tego, jak prowadzić aktora?

Mieliśmy warsztaty, ale głównie na sobie ćwiczyliśmy techniki. U nas nie było wydziału aktorskiego, więc sami musieliśmy wypracować sposoby pracy z aktorami. Na wydziale pracowaliśmy z aktorami przede wszystkim, kiedy robiliśmy własne filmy. Był reżyser teatralny, który czasami zapraszał nas na swoje próby do spektakli, żebyśmy mogli popatrzeć. Pamiętam moment, kiedy reżyserował w Krakowie, główną rolę grała młoda aktorka. Wtedy szeptem mówił o tym, że trzeba ją "złamać". Twierdził, że ona się odblokuje aktorsko, ale najpierw musi być złamana. 

Co to "łamanie" miało znaczyć? 

Ja to rozumiałam tak, że musi się poddać woli reżysera. Wydaje mi się, że to taka walka o władzę. Aktor ma przestać ufać swojej intuicji, ma nie wchodzić w dyskusję i uznać autorytet reżysera, który ma jakąś wizję, poprowadzi tego aktora, będzie wiedział co zrobić. On to łączył już bezpośrednio z płaczem, więc chodziło o rozchwianie emocjonalne. Oczywiście to się odbywało bez zgody aktora, tekst o łamaniu był czymś w rodzaju tajnika pracy reżysera. 

Na ile twoim zdaniem koniecznie jest w edukacji artystycznej nastawienie "licz na siebie sam", "aktora trzeba złamać", "wszystkich trzeba złamać"?

To w ogóle nie jest konieczne. Z mojego punktu widzenia najfajniejsze rzeczy wychodziły wtedy, kiedy ekipa miała do siebie zaufanie, robiło się rzeczy razem i każdy czuł, że wnosi coś od siebie. A nie, że jest jedna osoba, która ma władzę absolutną i wizję. Chociaż od reżyserów często się wymaga, żeby mieli odpowiedź na każde pytanie. Muszą udowadniać swoją wartość i sens tego, co robią. Ale jeśli nie ma takiej presji, że wszystko musi być idealnie, nie wywierasz jej na sobie i innych, to z mojego doświadczenia wychodzą najlepsze rzeczy. A nawet jak nie wychodzą, to przynajmniej nie robisz krzywdy sobie i innym. Utarło się takie przekonanie, że "film jest najważniejszy". To jest ciągle powtarzane jak mantra i często używane do usprawiedliwiania zachowania typu: poświęć siebie, innych dla tego filmu. Wiele się tym usprawiedliwia.

To trochę jak z klasycznym "trzeba cierpieć dla sztuki".

Uczą nas głównie tego, jak robić filmy na papierze: jak napisać scenariusz, ewentualnie, jak wyreżyserować czy zainscenizować jakąś scenę. Ale niekoniecznie jak być dobrym liderem. To nie jest poddawane pod żadną dyskusję czy naukę. Dopiero z czasem doszłam do tego, że kiedy reżyserujesz, to jednym z twoich najważniejszych zadań jest dobrze prowadzić zespół, żeby dobrze się czuł, żeby dawał z siebie jak najlepsze cechy, żeby chciał pracować itd. I wtedy niejako przy okazji powstaje dobry film. A jeśli "najważniejszy jest film", to te rzeczy schodzą na drugi plan. 

Do tego dochodzi jeszcze często pomijana kwestia. Owszem, zdarzają się ekipy, które pracują ze sobą cały czas, ale często w tym zawodzie jest tak, że przychodzisz na plan, robisz film i żegnasz się z tymi ludźmi i albo ich spotkasz przy kolejnym projekcie albo nie. Rzadko jest tak, że pracuje się z całą ekipą latami. To, z czym ludzie po takim planie będą się mierzyć, jest już tylko ich problemem. Będą to robić sami. Jest przecież cała masa aktorów, których zniszczyła taka praca na planie, którzy się nie podnieśli po takim łamaniu. Dlaczego tak rzadko się o tym mówi? Czas na zmiany.

Anastazja Dąbrowska - reżyserka, scenarzystka, edukatorka. Jest absolwentką reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Jej filmy krótkometrażowe były pokazywane m.in. na Festiwalu Filmowym w Gdyni, Doc Leipzig, IDFA w Amsterdamie. Laureatka wielu nagród w tym w na Festiwalu Docs Against Gravity w konkursie „Odcienie Wolności”. Współprowadzi podcast "Filmotwory" przeznaczony dla aspirujących twórców filmowych.

Komentarz Dziekan Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego

Przed publikacją wywiadu skontaktowaliśmy się z władzami katowickiej filmówki z prośbą o komentarz w sprawie pana Leszka Wosiewicza. Odpisała nam dziekan Krystyna Doktorowicz:

Istotnie miały miejsce zachowania niewłaściwych relacji wykładowcy ze studentami, miało to miejsce przed laty. Decyzją Władz Wydziału oraz kierownictwa kierunku Reżyseria Wykładowca został odsunięty od zajęć z początkującymi studentami oraz przeprowadzono rozmowy mające na celu przedstawienie Wykładowcy obowiązujących na Uniwersytecie Śląskim zasad. Wyciągnięcie konsekwencji spowodowało uspokojenie sytuacji. Chciałam przy tym zaznaczyć, jako Dziekan Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego, iż wszelkie problemy związane z napięciami w relacjach dydaktycznych rozwiązywane są natychmiastowo w konsultacji z Samorządem Studenckim.  

W Gazeta.pl angażujemy się w sprawy społeczne - dlatego teraz piszemy o problemie przemocy w szkołach aktorskich. Strajkowaliśmy razem z polskimi kobietami po wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Edukujemy w sprawach społeczności LGBT+ i dbamy o nasz język. Gazeta.pl staje i będzie stawać w obronie mniejszości i tych, którzy nie mogą bronić się sami (więcej w naszej deklaracji).

Więcej o: