Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam "Miś". Mija 40 lat od premiery filmu na skalę naszych możliwości

4 maja 1981 roku na ekrany polskich kin wszedł "Miś". Jego historia zaczęła się od niezrealizowanego scenariusza do noweli filmowej o paszportowych machlojkach pewnego lekarza. Dziś film jest uważany za polską komedię wszech czasów, jednak na ten tytuł musiał trochę poczekać. Pomijając cenzurę i jej pierwsze uwagi, wiadro pomyj wylało na niego środowisko. Odmienne zdanie mieli za to liczeni w setkach tysięcy widzowie.

- Chwała temu misiu! - chciałoby się zawołać w 40. rocznicę premiery produkcji, która zapisała się na kartach historii polskiego filmu niezwykłą zręcznością w obśmiewaniu absurdów PRL-u. Absurdów, które niekoniecznie opuściły nas na dobre - najlepszym tego przykładem niech będą prawdziwe pieniądze, które zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach. "Miś" to (nieco) surrealistyczna pocztówka z kraju, gdzie absurd czai się na każdym kroku: na kontroli granicznej, w telewizji, w sklepie, na poczcie, w barze mlecznym, w teatrze czy w urzędzie.

Zobacz wideo Bareja - kochany przez widzów, nienawidzony przez środowisko filmowe

"Otwieramy oczy niedowiarkom"

W 1979 roku Stanisław Bareja i Stanisław Tym napisali scenariusz do filmowej noweli "Joker". Jej głównym bohaterem był lekarz, który miał (nieświadomie) pomóc przebiegłemu szulerowi zdobyć paszport i prawo jazdy. "Joker" posłużył za inspirację do kolejnego scenariusza, w którym szelmowskim oszustem został Miś Ryś, czyli Ryszard Ochódzki (pierwotnie nazwany Nowochódzkim, co nie spodobało się cenzurze przez zbyt oczywiste skojarzenie z Nową Hutą). Główną osią fabuły jest wyścig Ochódzkiego z byłą żoną o to, kto pierwszy dotrze do Londynu i wybierze ze wspólnego konta zdeponowane przed laty pieniądze. W sprawę zostaje zaangażowana cała rzesza ludzi, którymi Ochódzki zawiaduje niczym pionkami w wielkiej grze. 

Jest więc jego nowa partnerka Aleksandra, która dla Misia Rysia jest gotowa zrobić wszystko; jest Suwała, pracownik klubu "Tęcza", który za poleceniem prezesa przekazuje "połączenie z Londynu" i dzielnie odlicza na głos w wypełnionej po brzegi aptece; jest i wierny prezesowi trener II klasy Jarząbek, który w środku nocy oddaje Ochódzkiemu w nieznanym sobie celu kopertę z kolekcjonerskimi znaczkami z Anglii... i który jest autorem jednego z kilku słynnych motywów muzycznych z "Misia":

 

Głównym pionkiem Ochódzkiego, którym bohater zawiaduje za pośrednictwem Aleksandry, jest jego poczciwy sobowtór, węglarz Stanisław Paluch. Ochódzki wykorzystuje wizerunek mężczyzny, różniącego się od niego wizualnie tylko burzą loków, do zdobycia upragnionego paszportu (wręczonego w ramach niezapomnianej ceremonii). Sobowtóra znajduje Rysiowi Hochwander, kierownik produkcji przy filmie "Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta" (oraz główny konsultant ds. artystycznych), który musi grać pod dyktando Ochódzkiego również w interesach. 

 

Perypetie Ochódzkiego z paszportem są doprawione charakterystycznymi scenkami, które punktują wspomniane już absurdy PRL-u. "Panie! Tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk Ruchu! Ja… Ja tu mięso mam!", "Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?", "Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu", "Słuszną linię ma nasza władza", "Klient w krawacie jest mniej awanturujący się"... Najlepsze teksty z "Misia" można wymieniać i wymieniać. Bareja i Tym dali w scenariuszu popis satyrycznego komentarza, który trudno było później odtworzyć ze zbliżonym wdziękiem i celnością (a takie próby podjęto już po śmierci Barei, w filmach "Rozmowy kontrolowane" oraz "Ryś").

Najbardziej kultowe teksty z "Misia". TOP 50

"'Miś' powinien ukazać się jak najszybciej, bo jest to gatunek potrzebny"

Droga "Misia" do kin była równie kręta, co droga Ochódzkiego do londyńskiego banku. Produkcja nie przeszła pomyślnie pierwszej kolaudacji - cenzura zażądała 38 zmian, których wprowadzenie wypatroszyłoby film. - Nie mogło być na przykład zbliżenia polskiej szynki w londyńskim sklepie, choć to nie taka tajemnica, że eksportujemy mięso na Zachód. Nie mogło paść zdanie: "To jest Miś na skalę naszych możliwości, a nie potrzeb". Nie można było pokazać wiecujących filmowców ani też kupowania mięsa w kiosku Ruchu itp. - opowiadał reżyser w "Filmie".

Kilka miesięcy po zakończeniu zdjęć Bareja przeżył chwile grozy. 16 lipca 1980 roku reżyser pojechał z rodziną na wakacje nad Balaton. Jak wspomina serwis Auto Świat, w Słomnikach pod Krakowem w lewy bok mercedesa Barejów uderzył autobus PKS - życie filmowca i jego bliskich ocaliła konstrukcja nadwozia oraz zapięte pasy. Pasmo cudów tutaj się nie skończyło. Kilka tygodni później rozpoczęły się strajki, które dały zapalnik do zmian w całym kraju. Jedną z tych zmian było złagodzenie jarzma cenzury, co pozwoliło na sukces kolejnej kolaudacji "Misia". Zakończyła się ona nie trzydziestoma ośmioma, ale zaledwie kilkoma zmianami.

MiśDziś jest kultowy, ale łatwo nie było. 38 poprawek w scenariuszu i walka o teksty

Powiedzieć, że krytycy przyjęli "Misia" chłodno, to jak nie powiedzieć nic. Był to kolejny film, któremu przypięto obraźliwą wtedy łatkę "bareizmu", wymyśloną przez Kazimierza Kutza. Małgorzata Kozłowska w "Polityce" przypomina, że w okresie triumfów kina moralnego niepokoju nakręcenie "bareizmu" było dla Kutza i wielu innych twórców równoznaczne ze stworzeniem "kiczu i reżyserskiej chały, które należało na kolaudacjach absolutnie skrytykować". O "Misiu" pisano więc m.in.: "zlepek gagów i skeczów dość nieudolnie trzymających się kupy", "brednia nadziana kilkoma znośnymi black-outami oraz miniskeczami", "mamy cienkie aluzje i ukrytą zgrywę, żart o lekkości kafaru i dowcip o przejrzystości artykułu wstępnego".

Tymczasem obywatelki i obywatele walili do kin na "Misia" jak w dym. Do momentu wybuchu stanu wojennego przygody Ochódzkiego i spółki obejrzało ponad 620 tys. widzów. A to najpewniej dlatego, że Bareja - nawet jeśli szatkował sceny i podejmował nie do końca zrozumiałe dla innych filmowców decyzje - miał niewymuszony dar nawiązywania z odbiorcą więzi, którą w tamtych czasach zwyczajnie dobrze było czuć. W obronie Barei jako jeden z niewielu reprezentantów środowiska stanął np. Andrzej Wajda, który w liście do komisji kolaudacyjnej, odczytanym przez Janusza Morgensterna, pisał:

"Miś" jest filmem, który ma pewne słabości, ale wiemy, jak bardzo potrzebne są filmy komediowe, jak niewiele komedii udało się nam stworzyć i dlatego mimo uwag Komisji Kolaudacyjnej sądzę, że "Miś" powinien jak najszybciej ukazać się na ekranach, bo jest to gatunek potrzebny (...).

Bareja: Wymyśliłem sobie teorię szczęśliwego człowieka 

Co na krytykę sam reżyser? W filmach zdarzyło mu się odwdzięczyć kolegom po fachu żarcikami. Przykładowo: egzaltowany reżyser z "Misia", grany przez Janusza Zakrzeńskiego, początkowo miał się nazywać Porębal "na cześć" Bohdana Poręby, zagorzałego przeciwnika twórczości Barei. Pomysł jednak nie przeszedł i filmowiec otrzymał nazwisko Zagajny, jednak charakter postaci został bez zmian.

Zapytany natomiast przez Jacka Fedorowicza o to, jak radzi sobie prywatnie z krytycznym "strumieniem błota", Bareja odpowiedział:

Rzecz polega na tym, żeby wytrzymać właśnie pierwsze chluśnięcie. Ono może zwalić z nóg, ale ja zawsze staram się patrzeć na to trochę z boku. (...) Wydaje mi się, że moje filmy są uczciwe. Może one są zrobione nie tak, jak by należało, ale po prostu ten gatunek jest nielubiany. Przypuszczam, że to się wywodzi z tego, że komedia zmusza do śmiechu. Krytyk, który się śmieje, mówi: zmusili mnie do śmiechu - czegoś wstydliwego.

Cytat ten pochodzi z jedynego zachowanego wywiadu z Bareją dla radia, którego reżyser udzielił  Fedorowiczowi we wrześniu 1981 roku w programie Trójki “60 minut na godzinę”. W tej samej rozmowie padło m.in. pytanie, co Bareja myśli o roli satyry w życiu człowieka. - Wymyśliłem sobie teorię szczęśliwego człowieka. Jeżeli mój film zobaczy milion ludzi, to będzie dwa miliony szczęśliwogodzin. To więcej niż życie jednego człowieka. W ten sposób, kręcąc jeden film, stwarzałem jednego szczęśliwego człowieka od narodzin do śmierci. Wydawało mi się, że to bardzo dużo, bo ludzie na ogół nie są zbyt szczęśliwi - opowiadał twórca "Misia".

- Kiedy minęła mi czterdziestka, przestałem być taki strasznie wesoły i zacząłem myśleć, czy (...) nie lepiej być człowiekiem, który widzi, co się dookoła niego dzieje i śmiejąc się z tego, mówi: "popatrzcie, jakie to jest śmieszne, a jednocześnie jakie straszne". Mówienie: "to, co się dzieje, jest okropne i okrutne" moim zdaniem nie zwróci specjalnej uwagi. Wydawało mi się więc, że robiąc filmy komediowe, można jednocześnie mówić o rzeczach ważnych - wspominał reżyser.

"Miś" również mówił o rzeczach ważnych. Pod płaszczykiem intrygi paszportowej oraz kilkunastu kultowych skeczowych scenek skrywa się przecież historia - jak mówił zresztą sam Bareja - o prawdzie i kłamstwie. - To jest nie tyle opowieść o tym, że jakiś działacz próbuje dostać paszport, tylko o człowieku, który nie mówi słowa prawdy. Zresztą tak samo nie mówi prawdy ani razu jego partnerka, nie mówią jego koledzy itd., ale mistrzem kłamstwa jest on - i dlatego wygrywa. Prawdę mówią tylko prostacy, którzy tam są przez nich wszystkich manipulowani i sterowani - tłumaczył reżyser w rozmowie z Fedorowiczem, po czym podsumował:

Wydaje mi się, że po prostu śmiech służy mi jako łatwiejszy sposób dotarcia do ludzi. Ponieważ te moje filmy ogląda bardzo dużo widzów, no to myślę tak: na straty nikogo nie narażam, one przynoszą zysk, czyli przedsiębiorstwo powinno być ze mnie zadowolone. Ja mówię to, co myślę i wydaje mi się, że ludziom wskazuję na pewne niebezpieczeństwa, ostrzegam ich przed czymś, a że się przy tym bawią, to już trudno, to jest ten koszt, który musimy zapłacić.
Więcej o: