"Seksmisja". Stuhr i Łukaszewicz naprawdę byli na golasa. "Nie mieliśmy czasu na takie duperele jak cieliste majtki"

"Dzień dobry, zastałem Jolkę?", "Ciemność, widzę ciemność", "Kopernik była kobietą!", "Nie wstanę! Tak będę leżał!", "Albert, wychodzimy!" czy "późne rokokoko" - to tylko garść cytatów z "Seksmisji" Juliusza Machulskiego, które niemal złotymi zgłoskami zapisały się w polskiej popkulturze. A od premiery filmu minęło już 37 lat! Co ciekawe, naprawdę niewiele brakowało, żeby komedia dziś uznawana za kultową nie powstała w takim kształcie, jaki znamy, albo nie powstała wcale.

Jerzy Kawalerowicz niewątpliwie miał nosa, kiedy zgodził się, żeby Zespół Filmowy "Kadr" wziął na warsztat scenariusz, który napisał reżyser z zaledwie jednym kinowym filmem na koncie. "Vabank" na szczęście był na tyle udany, że otworzył niespełna 26-letniemu Juliuszowi Machulskimi wiele drzwi w czasach, kiedy z produkcją filmową bywało różnie. Na początku lat 80. w Polsce Ludowej przecież brakowało wszystkiego, a pieniędzy zwłaszcza. Tymczasem budżet tej komedii science-fiction wynosił 70 mln zł! Jak Machulski podkreślił w wywiadzie z Jackiem Szczerbą z 2015 roku, to była pięciokrotność tego, co dostał na swój debiut. Ryzyko było duże, produkcja kilka razy zawisła na włosku, ale szereg dość szczęśliwych przypadków sprawił, że film powstał, a potem zwrócił się wytwórni z tysiąckrotnym przebiciem.  

Zobacz wideo Kubek w "Grze o tron" i ciężarówka w "Panu Wołodyjowskim", czyli najsłynniejsze ekranowe wpadki

Jak powstała jedna z najbardziej kultowych polskich komedii?  

W pewnym sensie możemy powiedzieć, że "Seksmisji" nie byłoby, gdyby nie "Vabank". Machulski opowiada, że jeszcze jako student szkoły filmowej chciał być jak Stanley Kubrick i zrobić film w każdym gatunku. Na III roku szlifował ostatnie strony "Vabanku" i pomyślał, że teraz pora na science-ficton. Niedługo potem przeczytał o partenogenezie i wiedział, że znalazł właściwy trop. Z pomysłem chodził jednak następnych kilka lat  - czas na pisanie scenariusza znalazł dopiero w 1981 roku, kiedy nudził się na stypendium filmowym w Paryżu. Niedługo potem ruszyły zdjęcia do "Vabanku", który powstał dzięki Studiu Filmowemu "Kadr".

Szybko okazało się, że młody Machulski dobrze sobie radzi zarówno ze scenariuszami, jak i jako reżyser. Rządzący "Kadrem" Jerzy Kawalerowicz i jego kierownik literacki Krzysztof Teodor Toeplitz, zachęceni doświadczeniami, zapytali młodego reżysera, czy nie ma przypadkiem jeszcze jakichś scenariuszy na tapecie. Do wyboru dostali film o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim i komedię s-f. Uznali, że lepiej rokuje projekt numer dwa i tak w ruch poszła cała maszyna, której ostatecznie nie zatrzymał nawet stan wojenny.  

Na początku wszystko szło całkiem nieźle, potencjalnie film miało współprodukować nawet czeskie studio, jednak problemem okazały się ramy czasowe scenariusza. Dla Czechów 2044 rok był zbyt wczesny, bo z produkcji wynikało, że do tego czasu komunizm nie przetrwał - z "powodów politycznych" zagraniczni partnerzy wycofali się więc z projektu. Wtedy Kawalerowicz produkcję wstrzymał z braku funduszy. Machulski miał jednak na tyle dużo szczęścia, że szybko dostał propozycję nakręcenia filmu dla poniekąd konkurencyjnego "Zodiaku" - studia, którym kierował Jerzy Hoffman. Kawalerowicz nie był tym zbyt zachwycony. Jak relacjonuje Juliusz Machulski w książce "Naga prawda o 'Seksmisji'", miał powiedzieć - "U Hoffmana będziesz robił? To nie jest dobry pomysł. W porządku, zrobię wszystko, żeby 'Seksmisja' powstała". Jak pokazuje historia, słowa dotrzymał. 

Machulskiemu mówili, że Stuhr "to nie jest on"

Kolejny przypadek sprawił, że rolę Maksymiliana Paradysa otrzymał Jerzy Stuhr. Początkowo Machulski miał pomysł, żeby to Jan Englert został jego pociesznym cwaniaczkiem, ale szybko doszedł do wniosku, że po pierwsze, aktor ten jest zbyt przystojny, a po drugie - zbyt podobny do Olgierda Łukaszewicza.  Gdy niespodziewanie spotkał Stuhra w krakowskim SPATIF-ie, pomyślał, że to mógłby być jego Maks. Dodajmy, że w tamtym momencie taki wybór był bardzo nieszablonowy - na początku lat 80. Jerzy Stuhr był kojarzony głównie jako poważny aktor kina moralnego niepokoju.

Podczas tego spotkania Machulski był zbyt nieśmiały i mało decyzyjny, by zapytać aktora o "Seksmisję", jednak następnego dnia doszło do zbiegu okoliczności, który uznał za znak. Ponieważ recepcjonistka z hotelu Cracovia zaspała i nie obudziła go na tyle wcześnie, by mógł zdążyć na pociąg do Warszawy, filmowiec musiał w trybie awaryjnym skorzystać z połączenia lotniczego. Już w samolocie okazało się, że... przed nim siedzi Jerzy Stuhr. Kiedy usłyszał o projekcie, powiedział: 

Marzę, żeby zagrać w komedii. Ostatnio dostaję w filmach prawie takie same role. 

- opisał Machulski w rozmowie z Jackiem Szczerbą. Co ciekawe, temu pomysłowi przeciwni byli i domowi doradcy reżysera, i Jerzy Kawalerowicz. Powtarzali mu, że "to nie on".

Stuhrowi naprawdę zależało na nowym wyzwaniu, a na planie pracował z niezwykłym oddaniem - w tamtym czasie grał w Teatrze Starym w Krakowie, na plan w Wieliczce dojeżdżał więc wieczorami po spektaklach, przez co ekipa pracowała nocami i odsypiała w dzień. Praktyka pokazała, że warto było się pomęczyć, bo w trakcie zdjęć aż iskrzyło. Jerzy Stuhr "ożywiał każdą scenę. Jeśli jakieś wyleciały w montażu, to na pewno nie z nim. Robił przeważnie więcej niż to, o co go poprosiłem" - wspomina tę współpracęreżyser. Olgierd Łukaszewicz nie ukrywał, że on sam miał z kolei wrażenie, że jego ekranowy partner wręcz przesadza ze swoimi pomysłami. W wywiadzie z Tomaszem Miłkowskim z książki "Seksmisja i inne moje misje" mówił: 

Wydawało mi się, że Stuhr jest zbyt kabaretowy, ale się okazało, że miał rację, że to jest rodzaj kabaretu, tak ma właśnie być i takie się podoba. Mnie się natomiast wydawało, że to ma być bardziej powściągliwe, że czeskie sytuacje mają mówić same za siebie, nie trzeba ich dodatkowo komentować słowami. A tymczasem właśnie te powiedzonka Jurka żyją do dzisiaj, te jego dopowiedzenia, które się rodziły spontanicznie na planie, między innymi: 'Ciemność widzę, widzę ciemność'.  

Przypadek i dobra chemia między obsadą sprawiły, że niemal w ostatniej chwili narodziły się także inne pomysły, które zmieniły film na lepsze. "Wiele dialogów powstało bezpośrednio na planie, rodziły się z sytuacji. Stuhr miał miliony pomysłów, trzeba było tylko wybierać" - opowiadał Machulski Szczerbie. Jak się okazuje, okrzyk "Nasi tu byli!" na widok butelki wina "patykiem pisanego" to także wytwór inwencji twórczej Stuhra. Razem z reżyserem napisał też w barze w Łodzi przed wyjazdem na plan całą scenę, w której Maks tłumaczy Lamii na przykładzie zwierzątek, czym jest seks

Kadr z filmu 'Seksmisja'Kadr z filmu 'Seksmisja' kadr z filmu 'Seksmisja'

W trakcie zdjęć narodziły się jeszcze takie pamiętne kwestie jak "Kobieta mnie bije" czy "To nas tu o mało nie wykastrowali, a ty, cyganie jeden, cycki będziesz sobie przyprawiał". Swoje zasługi na tym polu miał też Wiesław Michnikowski, który wyznanie "Jestem impotentem" zamienił na słynne "Nigdy nie miałem śmiałości do kobiet. Ja się ich po prostu boję". Sam Machulski już w trakcie zdjęć dorzucił do scen dodatkowe dialogi: "Nie przy jedzeniu, jak Boga kocham" czy "kierunek wschód, tam musi być jakaś cywilizacja". Dodajmy jednak, że słynne "Dzień dobry, zastałem Jolkę?" oraz "Kopernik była kobietą" były w scenariuszu od samego początku. Łukaszewicz w swoim wywiadzie rzece chwalił oryginalny scenopis bardzo skrzętnie: 

Scenariusz był bardzo zabawny. Mam zresztą do dzisiaj jego pierwszą wersję i widzę, że dziewięćdziesiąt parę procent już w nim było. Potem pojawiły się tylko wisienki na torcie, ale tort był od początku. Toteż powstał z tego bardzo śmieszny film. Czytało się to jak książkę, co rzadko się zdarza. Juliusz Machulski to swoje opus magnum stworzył jako zaledwie dwudziestoośmiolatek. Ale że film przetrwa tyle lat, tego nikt z nas się nie spodziewał.  

Inna sprawa, że Jerzy Stuhr wcale dużo na swoim występie w "Seksmisji" nie zarobił. Reżyser przyznał, że z budżetu większe pieniądze poszły na wynajem willi, która udawała dom Jej Ekscelencji. Większą stawkę dzienną miała też szympansica. Machulski wspomina: 

Szympansica występująca w scenie konferencji przed hibernacją stawką dzienną dziesięciokrotnie przebijała Stuhra. Trzeba było płacić za małpę, za dziecko małpy, za opiekuna małpy i za żonę opiekuna małpy. Poza tym często musieliśmy robić przerwy, bo jak dziecko szympansicy zapiszczało, to ona podnosiła koszulkę i była gotowa do karmienia.

Nagość w "Seksmisji" 

Trudno sobie wszystkim wyobrazić, żeby w filmie z takim tytułem zabrakło seksu. Jak to powiedział sam reżyser Szczerbie, nie można było się obejść "bez gołych bab". O dziwo, wspomina to bez entuzjazmu: - Wydaje się, że to marzenie każdego filmowca. Ale nie moje. Byłem zażenowany. Nie lubię przekraczać bariery intymności - podkreślał przy okazji rozmowy do jubileuszowej książki poświęconej "Seksmisji". Może się to wydawać zaskakujące w ustach człowieka, który w "Kingsajzie" nakręcił jedną z najbardziej erotycznych scen w polskim kinie, kiedy to po pośladkach nagiej (i ciężarnej!) Katarzyny Figury chodzi skurczony do rozmiarów krasnoludka Jacek Chmielnik. Machulski twierdzi, że "w filmie seks i jedzenie są nudne, ponieważ w nich nie uczestniczysz". 

Kadr z filmuKadr z filmu fot. 'Seksmisja', reż. J.Machulski, prod. Studio Filmowe 'Kadr' (1983)

Jak sobie poradził z krępującymi go elementami podczas realizacji filmu? Opowiada, że kiedy pisał słynną scenę w windzie, wiedział, że zagra w niej zawodowa striptizerka z klubu nocnego. I tak na planie zjawiła się Karina Szafrańska, która później została także aktorką - do tego Jerzy Stuhr spotkał ją na egzaminach w szkole filmowej. Machulski, pomimo zaangażowania profesjonalistki, niezbyt dobrze wspomina filmowanie tej sekwencji: 

Winda stała pośrodku hali, a na galeriach tłoczyli się ludzie, żeby lepiej widzieć. Ekipa była wtedy w komplecie, plus znajomi ekipy. Nawet Karina - niby przyzwyczajona - była zażenowana. 

Dlatego zdjęcia trwały najkrócej, jak się dało. To doświadczenie sprawiło, że Machulski już nie chciał kręcić ujęć na basenie. Podobno zastrzegł, że "wszyscy, poza operatorem kamery i ostrzycielem, wynocha". Wspominając o nagości na planie produkcji, przyznaje, że sam był najmniej poirytowany sekwencją z wymianą koszulek, bo był w niej "zabawny pomysł". 

Dla dziejowej uczciwości dodajmy, że nie tylko kobiety musiały się rozbierać na potrzeby "Seksmisji". Jerzy Stuhr i Olgierd Łukaszewicz musieli nakręcić np. ujęcia spod prysznica. Strategicznych punktów ich "nagości" widz nie widzi, obserwuje za to reakcję ucieszonej babci, granej przez Barbarę Ludwiżankę. Machulski potwierdził, że w istocie aktorzy grali w stroju Adama: 

Naprawdę byli na golasa. Nie mieliśmy czasu na takie duperele jak cieliste majtki, choć sekretarką planu była kobieta. 

Jak cenzura pomogła "Seksmisji"?

Nie obyło się też bez przygód z cenzurą, choć na etapie zatwierdzania scenariusza w urzędzie wszystko poszło zaskakująco gładko i nie było większych awantur o rozbierane sceny. Machulski chciał być sprytny i specjalnie "na żer" cenzorów nakręcił scenę, w której Paradys pozdrawia widzów znakiem V. Tymczasem ujęcie zostało, podobnie było z podpisywaniem "lojalki", czyli zgody na naturalizację. Cenzor wymógł jedynie, by w scenie z kontrolą graniczną nie wybrzmiewał język czeski - on zaproponował francuski, reżyser wybrał niemiecki. Cenzor miał odpowiedzieć: "pod warunkiem, że to będzie zachodnioniemiecki". 

Problemy zaczęły się dopiero po premierze filmu, do której doszło w nieistniejącym już warszawskim kinie Skarpa. Wtedy to jeden z partyjnych notabli, który siedział obok Machulskiego, aż podskoczył po kwestii "kierunek: wschód". Następnego dnia urząd cenzury rozsyłał po kinach wiadomości, w którym miejscu wyciąć 15 sekund. "Bali się Rosjan. Niesłusznie, bo dla nich wschód to Chiny albo Japonia" - twierdzi Machulski, który próbował oczywiście interweniować w tej sprawie i pisał listy protestacyjne. Od szefa kinematografii Jerzego Bajdora podczas spotkania usłyszał, że prawdopodobnie wieść o cenzurze tylko przysporzy popularności "Seksmisji". Nie pomylił się, bo film obejrzało wtedy w polskich kinach blisko 12 mln widzów. 

'Seksmisja''Seksmisja' kadr z filmu

Zagraniczna kariera "Seksmisji"

"Seksmisja" nie tylko w Polsce zrobiła karierę - w latach 80. kupiono prawa do jej dystrybucji na terenie 30 państw na całym świecie. Machulski opowiada anegdotę, że jego komedia trafiła do ZSRR dzięki Michaiłowi Gorbaczowowi, któremu w Warszawie zepsuł się samolot. Nie był jeszcze sekretarzem generalnym, ale oglądając "Seksmisję" w kinie podobno strasznie się śmiał, dzięki czemu produkcję można było wprowadzić na rynek radziecki. Tam ją skrócono o 40 minut - usunięto wszystkie sceny nagości i seksu. Do tego dorzucono czołówkę po polsku z tytułem "Nowe amazonki" i podpisem cyrylicą pod spodem, by zatuszować "oszustwo". Nawet tak drastyczne cięcia nie zaszkodziły popularności produkcji. Jak Machulski opowiadał Szczerbie: 

Weronika Pazura [po rozwodzie Marczuk - przyp. red.] mówiła mi: Myślałam, że w Kijowie wybuchła rewolucja, bo tłumy się pojawiły na Kreszczatiku, a to byli chętni na twój film.  

Kto miał problem z "Seksmisją"? 

Z jednej strony przesłanie fabuły "Seksmisji" było dla wielu osób oczywiste, sam Olgierd Łukaszewicz w rozmowie cytowanej przez Polskie Radio mówił: 

To jest film, który miał dodać otuchy, by wszyscy mogli się pośmiać, pożartować w trudnym czasie (...) z pewnością jest to satyra na totalitaryzm. Taki typowy słowiański, trochę przaśny żart. W całym demoludzie poznano się na nim i natychmiast rozpoznawano, że to jest kpina z totalitaryzmu. 

Dla polskich widzów i tych z innych krajów demoludów nie było żadną tajemnicą, że podziemne państwo kobiet z roku 2044 to czysta satyra komunizmu i innych ustrojów totalitarnych. Zagranicznym widzom i recenzentom z drugiej strony żelaznej kurtyny ten aspekt umykał - brakowało im osadzenia w realiach, w jakich polska komedia powstała. Najczęściej odbierali wszystko dosłownie i nie rozumieli, jak Maks krzyczał, że w 1997 roku miał dostać mieszkanie.  M.in. dlatego w krytycznych opiniach przewijał się głównie wątek antyfeministycznego przekazu.

Machulski wspomina, że jeszcze w 1984 roku zorganizowano z jego udziałem w Minneapolis pokaz "Seksmisji" dla feministek. Śmiały się w trakcie filmu, jednak później w ankietach pisały, że "powinien być zakazany", bo jest "faszystowski, antyfeministyczny i seksistowski". Machulski opowiada Szczerbie, że były na siebie złe, bo "kibicowały mężczyznom, uznały, że to totalna manipulacja, jak w hitlerowskich Niemczech".  

Uczciwie dodajmy, że zarzuty o seksizm pojawiły się także w Polsce. Niedługo po premierze Maciej Zalewski pisał dla miesięcznika "Kino", że komedia ta "idzie po linii najmniejszej oporu", "utrwala stereotyp seksu przez dziurkę od klucza", a także serwuje żarty z "najbardziej utartego zestawu damsko-męskich dowcipasów, które zaczynamy opowiadać sobie na przerwach w podstawówce". Małgorzata Dipont w "Życiu Warszawy" pisała z kolei, że film ten "jest doskonałą kpiną z ruchów feministycznych, jakie były, są i będą" i gorąco zachwalała kreację Jerzego Stuhra. 

Jak zestarzała się "Seksmisja"? 

Mały skandal wokół "Seksmisji" wybuchł w 2017 roku, kiedy Paulina Młynarska udzieliła wywiadu, w którym wyznała, że tej komedii szczerze nienawidzi i jej zdaniem reżyser powinien za nią przeprosić (czego domagano się też m.in. od Jerzego Stuhra), bo utrwalił paskudne stereotypy. "Rzeczpospolitej" tłumaczyła: 

Ten film zaszczepił bardzo dużo nieufności i niechęci w stosunku do kobiecości, której już i tak było bardzo dużo, a przez to, że jest tak dowcipny, tak dobrze zagrany, że są tak fantastyczne dialogi, że jest tak inteligentnie poprowadzony, stał się jakby częścią naszego oprogramowania. Ja bardzo cenię, szanuję i podziwiam pana Juliusza Machulskiego, ale uważam, że za ten kawałek dotyczący spraw związanych z traktowaniem kobiet mógłby przeprosić. 

W pierwotnej wersji scenariusza filmu funkcjonariuszki kobiecego państwa wcale nie były takie opresyjne. To miał zasugerować Machulskiemu kierownik literacki "Kadru", Krzysztof Teodor Toeplitz. Za jego sugestią więc pojawiła się scena, w której Ewa Szykulska prowadzi zajęcia dla młodych dziewcząt, w których pokazuje korkociąg jako narzędzie tortur i krzyczy "Samiec twój wróg". Toeplitz podobno klarował młodemu reżyserowi: "Wie pan, trzeba przyłożyć kobietom za wszystkie nasze niedole". Machulski tłumaczy Szczerbie: - Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Byłem wtedy życiowo niedoświadczony, nie miałem nigdy złych relacji z kobietami.

Agnieszka Graff - pisarka i publicystka związana z ruchem feministycznym - także w 2017 roku komentowała dla Bartosza Godzińskiego z NaTemat tę drażliwą kwestię: 

Jest wiele seksistowskich dzieł, które są kultowe. Żyjemy w takiej kulturze. Akurat "Seksmisja" jest świetnym, seksistowskim filmem. I nie ma co się dziwić. To film, który powstał w latach 80., kiedy Polska była bardzo seksistowskim krajem. Jednak on używa seksizmu jako metafory komunizmu. Te wariatki feministki to są "komuchy", a dzielni szowinistyczni mężczyźni to opozycjoniści. Tak to wszyscy czytali i to było oczywiste. 

Jej zdaniem ważne jest i to, że reżyser sam zauważył, jak w latach 80. nie mówiło się ani o feminizmie, ani o kwestiach wokół płci. Machulski przyznał, że zna teksty samej Graff i Błażeja Warkockiego o "Seksmisji" i jest z nich dumny. Sam podkreślał w rozmowie ze Szczerbą: "A co do feministek, to jestem w tym samym obozie co one".  

Więcej o: