Piotr Głowacki: Chcieliśmy pokazać, że Teddy faktycznie wywalczył sobie życie, że to nie jest chwyt marketingowy

Przed wojną boksował w Legii w wadze koguciej, jako więzień nr 77 w Auschwitz walczył na ringu o chleb, o życie. Historia Tadeusza "Teddy'go" Pietrzykowskiego zainspirowała Macieja Barczewskiego, który główną rolę w "Mistrzu" powierzył Piotrowi Głowackiemu. - W filmie stawiamy cały czas pytanie o przetrwanie - dla kogo się to robi? Po co? Jaki jest koszt przetrwania? - mówi aktor w rozmowie z Gazeta.pl. Premiera produkcji 27 sierpnia.

Marta Korycka: "Mistrz" to film wojenny, ale i sportowy. Tadeusz Pietrzykowski, który zainspirował scenarzystów, boksu uczył się jeszcze przed wojną, gdy ten sport wyglądał zupełnie inaczej.

Piotr Głowacki: Nasze założenie, w gronie: reżyser Maciej Barczewski, koordynator kaskaderski Maciej Maciejewski i ja, było takie - żeby widzowie mogli poważnie potraktować opowieść o pięściarzu w Auschwitz, musimy mieć przede wszystkim tego pięściarza. Z trenerami Michałem Pluskotą (praca z ciałem) i Konradem Ostrowskim (boks) podjęliśmy wyzwanie i postanowiliśmy, że najdłużej, jak się da, nie będę ćwiczył choreografii, tylko pójdę współczesnym treningiem pięściarskim i crossfitowym. Po to, by zdobyć jak najwięcej umiejętności, ale też by ciało rozwijało się w sposób charakterystyczny dla pięściarza i wyglądało prawdziwie. Dopiero na sam koniec, widząc, co udało mi się z tej trudnej sztuki walki opanować, komponowaliśmy z Jarkiem Golcem (autorem walk) układy starć.

Był jakiś przełomowy moment w trakcie tych kilkunastu miesięcy, gdy przygotowywałeś się do filmu?

Treningi zajęły mi najwięcej czasu, jednak istotny był również moment, kiedy już na krótko przed zdjęciami, pojechałem na kilka dni do Muzeum w Auschwitz. Byłem w sztosie treningowym i musiałem ćwiczyć codziennie, również tam w obozie. To było niezwykłe doświadczenie, bo miałem poczucie, że Teddy robił dokładnie to samo, to był element jego życia tu, to pozwoliło mu przetrwać: przysiady, pompki, drążek… w piekle. To kuriozalne zderzenie, którego doświadczyłem, ćwicząc w pokoju w byłym budynku administracji obozowej z widokiem wprost na druty, dało mi odwagę, żeby zagrać później sceny treningu w Auschwitz i nie czuć, że robię coś niestosownego.

Wtedy też udałem się do Rzeszowa do trenera Basiaka, który stał się moim dostępem do przedwojennego spojrzenia na boks, bezpośrednim łącznikiem z pięściarzami ery Papy Stamma. I co ciekawe, przede wszystkim dodając mi odwagi do swobody, opowiadając o tym, że tamten boks był o wiele uboższy technicznie i opierał się głównie na charakterze pięściarza i jego woli walki.

Zobacz wideo "Mistrz" - oficjalny zwiastun filmu o legendarnym pięściarzu z KL Auschwitz

Wszystkie te spotkania były niezwykle istotne, bo chcieliśmy pokazać, że Teddy faktycznie wywalczył sobie życie, że to nie jest chwyt marketingowy. Dzięki połączeniu tych doświadczeń mogłem poczuć coś, co mogłoby się wydawać na początku nieprzystające do tematu. Autentyczną niewymyśloną sportową radość w tym miejscu kaźni, wynikającą z witalności, dzięki której Teddy przetrwał; być może przez to ten film jest inny. W tej machinie stworzonej do zabijania ludzie próbowali, jeśli tylko mieli na to szansę, utrzymać jakiś poziom racjonalizacji, albo przez bezrefleksyjne poddanie się zaproponowanym zasadom, albo wytwarzając w tym wszystkim jakąś minimalną przestrzeń dla siebie, w sobie, której mogli zachować swoje człowieczeństwo, na swoich zasadach wierząc, że kiedyś ten koszmar się skończy.

Mój pradziadek był, podobnie jak Pietrzykowski, jednym z pierwszych więźniów Auschwitz; on jednak tam zginął. Zastanawiałam się nad tym, że jako aktor musiałeś czuć wielką presję, bo chociaż opowiadasz historię jednego człowieka, tak naprawdę bierzesz na barki losy tysięcy.

W swoim życiu aktorskim przeżywałem i ginąłem w Powstaniu już kilka razy. Unicestwiałem Powstanie Warszawskie, byłem w getcie we Lwowie, w getcie w Warszawie... Tak istotna jest dla naszej kultury opowieść o II wojnie światowej, że w życiu aktora przewija się średnio raz do roku, i to nie jest żart. Chyba mówi to dużo o naszej potrzebie kontemplowania tych wydarzeń po latach, gdy odchodzą ostatni, którzy to przeżyli. Może to czas, by z jednej strony zastanowić się nad tym z dystansu, bez ciężaru legendy, zabezpieczonej ich strachem o własne życie czy przetrwanie, a z drugiej strony uważać, żeby tej narracji nie przejęli ludzie od marketingu politycznego czy tacy, których wrodzony poziom wrażliwości i inteligencji, nie pozwala im zrozumieć konsekwencji głoszenia zbyt prostych uogólnień nakierowanych na rozbudzanie niezdrowych emocji.

Od początku zachwycał mnie fakt, że nasz film ma być oczywiście pretekstem do zastanowienia nad losem tamtych ludzi, ale też dać dostęp do ich dylematów budząc przez swoją autentyczność aktualne dla widzów skojarzenia, że te wybory, kto przetrwa, a kto nie, nie są nam tak odległe. Mówimy o mniej ekstremalnych sytuacjach, a może mniej eksponowanych, ale jednak. Gdy jesteśmy mieszkańcami globalnej wioski, łatwo nam "nie wiedzieć", że gdzieś na jej obrzeżach ludzie umierają z głodu - i nie pojedynczo, tylko milionami.

Na takie filmy jak "Mistrz" nauczyciele często zabierają uczniów. Co chciałbyś, żeby wynieśli z niego młodzi ludzie?

Zależałoby mi, żeby nauczyciele po seansach rozmawiali z uczniami o przyczynach II wojny światowej - o roli nacjonalizmu, ideologicznego projektu państw narodowych, który zakładał podział na rasy, narodowości i krzewił różnice, napędzał ludzi przeciwko sobie poprzez segregację i dyskryminację. Może jeszcze istotniejsze byłoby wykorzystanie czegoś, co w teatrze nazywa się narzędziem parafrazy. To empatia poprzez szukanie analogii do współczesnego świata. To byłby najpiękniejszy prezent dla nas jako autorów tego filmu, ale i dla tych, którzy przeszli to piekło. Ci, którym udało się po wojnie wrócić do jako takiej "normalności", bo warto pamiętać, że duża część z ocalałych popadła w nałogi, agresję, nie potrafiła żyć z traumą obozu, ci jednak, którzy podnosili się robili to najczęściej dlatego, że działali na rzecz wspólnoty, by nie dopuścić do powtórzenia tego czasu śmiercionośnej nienawiści.

Kadr z filmu Na planie "Noża w wodzie" spadła z masztu. Przez 60 lat nikt jej nie wyłowił

Przeczytałam w napisach końcowych, że na planie był zatrudniony psycholog dziecięcy. Jan Szydłowski - filmowy Janek - miał 14 lat, gdy zagrał tę postać. Stworzyliście duet trochę kumpelski, trochę ojciec-syn; w sytuacji ekstremalnej szybko wytworzyła się głęboka relacja między bohaterami. Jak było na planie?

Bardzo lubię pracować z ludźmi młodymi i z dziećmi. To zawsze są bardzo profesjonalne spotkania, skupione na aktorstwie. Przez skupienie uwagi wokół młodszego partnera łatwiej jest się ochronić przed zbytnim uwierzeniem, że "postać to ja". Na planie w przerwach, jeśli Janek mnie o coś spytał, np. jak ja sobie radzę z tym, że w naszej pracy musimy wyobrazić sobie, urzeczywistnić, a później wielokrotnie powtórzyć rzeczy często straszne, odpowiadałem mu tak jak moim studentkom i studentom, że wtedy zwłaszcza dbam, by u podstaw mojego działania była twórcza radość, to pozwala mi nie popaść w niezdrowe sytuacje. Starałem się poprzez takie otwarte, profesjonalne rozmowy zbudować zaufanie i partnerstwo. W tamtych czasach czternastolatkowie to byli ludzie dorośli. Janek wielokrotnie okazuje się mądrzejszy, wrażliwszy niż Teddy. Szczęśliwie Janek Szydłowski jest również człowiekiem niezwykle dojrzałym osobowościowo i aktorsko, co mogę ocenić na przestrzeni lat, bo nie był to nasz pierwszy wspólny film. To wszystko w połączeniu z obecnością na planie psycholog Kai Wesołek, z którą współpracowałem również nie pierwszy raz i wiem, że ma także zaplecze aktorskie, stwarzało nam warunki do skupienia się na opowieści i budowaniu relacji między naszymi postaciami w niezwykle twórczej atmosferze.

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. R. Pałka / 'Mistrz'

Pietrzykowski na początku nie ma w sobie żadnej nadziei - dopiero później zaczyna walczyć nie tylko dla siebie, ale i właśnie dla Janka.

W filmie stawiamy cały czas pytanie o przetrwanie - dla kogo się to robi? Po co? Jaki jest koszt przetrwania? W muzeum w Auschwitz uderzyło mnie to, że w obozie nr 1 było wszystko - nawet nadzieja i szansa na przeżycie. Ten system wymyślono tak, że było wszystko, tylko za mało. Dzięki temu do kontroli potrzeba było mniej osób, bo wewnątrz tworzyła się hierarchia, wymuszona biologiczną chęcią przetrwania.

Każdy, kto brał w tym udział, czuł, że to, co pozwala mu przeżyć bierze z kupki rzeczy, których nie starczy dla wszystkich. W legendach o obozach często nie widzimy opcji, że ludzie umierali nie dlatego, że byli słabi, tylko dlatego, że nie mogli zrezygnować - choćby przejściowo - z cząstki człowieczeństwa, która nie pozwalała im zabrać komuś kromki chleba. To są dylematy dla mnie nierozwiązywalne, obecne niestety i dziś. I te dylematy w najczystszy sposób przedstawił właśnie Janek, oddając w swojej postaci bezkompromisowość dziecięcego spojrzenia na świat.

Jaką pracę wykonuje mój mózg, wiedząc, co się dzieje na świecie, by nie dopuszczać do siebie myśli, że nasze działanie ma wpływ na wydarzenia w Afganistanie, w Sudanie, na polskiej prowincji czy w mieszkaniu obok, gdzie słychać płacz dziecka? Pracując nad filmem, nagle zrozumiałem, że moje postępowanie też się mieści na skali tych wyborów. Finalnie nie odebrałem tego jako ciężar, ale jako szansę. Na przebudzenie świadomości, które niesie ból, ale daje szansę na poprawę, działanie, żeby nasze dzieci już nie miały tych dylematów. Jeżeli Teddy potrafił w Auschwitz walczyć o swoje człowieczeństwo pokazując, że samo przeżycie nie wystarczy, że realizuje się ono tylko przez pomoc drugiemu i czynił to w obliczu permanentnego zagrożenia śmiercią za taką postawę to i ja dziś mogę się zdobyć choćby na drobny gest stanięcia w obronie kogoś, kto na moich oczach jest poniżany, obrażany, segregowany, dyskryminowany ze względu na jakąkolwiek przypisywaną jemu lub jej cechę czy to przez pojedynczego człowieka, czy system.

Przy pracy nad rolą rozmawiałeś z córką Pietrzykowskiego, Eleonorą?

Nie. Korzystałem z materiałów, które Eleonora mi wysłała, ale czułem, że relacja z nią na etapie przygotowań i gry bardziej mogłaby utrudnić mi pracę, niż pomóc - Ela znała ojca już po obozie. Trudniej byłoby mi poddawać pod rozwagę niektóre wybory, mając u boku kogoś, komu zależy na tym, żeby wizerunek bliskiej osoby był jak najlepszy. Wiesz, każdy pisze swoją legendę, Tadeusz Pietrzykowski też robił to po wojnie, jego życie było życiem do Auschwitz i po Auschwitz, a naszym zadaniem było zanurkować w to pomiędzy.

Boksować zaczął jako nastolatek pod okiem Feliksa Stamma. Pierwszą publiczną walkę na ringu stoczył 18 marca 1933 roku. Przed wojną był mistrzem Warszawy i wicemistrzem Polski w wadze koguciej."Towarzyszyła mi jedna natrętna myśl: za walkę dają chleb". Tak "pięściarz z Auschwitz" pisał o pierwszej walce

W "Mistrzu" też są sceny symboliczne, ale razem z reżyserem staraliście się pokazać, że Teddy nie był zmyślonym "bohaterem bez skazy". Heroizm szedł u niego w parze ze strachem.

Ta para to nieodłączny element życia. Są chwile, w których ludzie wznoszą się na poziom heroizmu i to nie jest wymyślone. Ale tylko wtedy, gdy dokonuje tego człowiek z uczuciami takimi jak nasze, z takimi też wątpliwościami i wahaniami. To daje nadzieję, że jeśli jest ktoś taki, może i ja jestem w stanie się na to zdobyć, choćby stając w obronie koleżanki czy kolegi w klasie. Gdy ci o tym mówię, sam mam gęsią skórkę. Wzrusza mnie, kiedy ktoś potrafi wykonać gest, który - wydaje się - przekracza ludzką kondycję, a tak naprawdę może dopiero wyznacza jej granice. Maciek Barczewski od początku stawiał jasno na opowieść, która ma nawiązać kontakt z jak najszerszym kręgiem widowni, a żeby to się udało należało tak konstruować komunikaty, żeby dotykały one tego, co wspólne w ludziach, niezależnie od poglądów czy statusów. Strach i przełamywanie go jest kluczem do emocji, marzenie o heroicznej postawie również. W wypadku Teddiego wierność jego lękom, słabościom i wyborom, które je przekraczały była kluczem do serc widzów, z wiarą, że te emocje wywołają skojarzenia i zastanowienie nad własną kondycją. Maciek bardzo konsekwentnie trzymał się swojego planu opowiadania o Tadeuszu Pietrzykowskim w duchu hollywodzkiej narracji o bohaterze przełamującym standardy ludzkich zachowań, ryzykując, że jego debiut reżyserski może wśród polskich krytyków z tego właśnie powodu nie mieć łatwego życia, ponieważ najistotniejszą relacją dla niego jest relacja z widzami. Ale dziś, kiedy film trafia do kin, to każda osoba, która wychodzi z sali milcząca, ze ściśniętym gardłem, łzą w oku jest zwycięstwem Teddiego i sukcesem Maćka, który wymarzył sobie ten film właśnie takim i doprowadził swoje marzenie od pomysłu do realizacji.

Czy w "Mistrzu" były jeszcze inne elementy tego zwykłego - a na wojnie tak przecież niezwykłego - życia, które cię wzruszyły albo zaskoczyły?

Tam tak naprawdę cały czas chodzi o życie, mimo tego, że w obozie na każdym kroku jest obecna śmierć. To niezwykłe. Dowiedziałem się na przykład, że słynna orkiestra przy wejściu - którą, jak do tej pory myślałem, stworzono na rozkaz Niemców, by upokorzyć więźniów - była pomysłem wewnętrznym, by ocalić muzyków i by więźniowie, którzy wychodzili do pracy poza obozem, słysząc tę muzykę, czuli, że ona jest grana dla nich. Chcieli ją słyszeć, bo była dowodem na to, że przeżyli kolejny dzień, że przeżyli kolejną noc. Niezwykła różnica. Były też kabarety realizowane przez uwięzionych aktorów, których tematem było obozowe życie - niektóre programy podobno dosyć ostre, jeśli chodzi o żarty z Niemców. Przychodzili na nie czasem również kapo czy SS-mani i wtedy aktorzy nie zmieniali numerów, a ci śmiali się z żartów o sobie.

Materiały promocyjneMateriały promocyjne fot. R. Pałka / 'Mistrz'

Oficer raz mógł się zaśmiać, a innym razem bez wahania zastrzelić.

Pomyśl o Teddym - przecież walki to była wielka machina hazardowa. Raz miał wstrzyknięty tyfus plamisty, za to, że pokonał pięściarza, na którego ktoś postawił. Jest bardzo mało zdjęć z tamtego okresu, ale jedno przedstawia niemieckich żołnierzy siedzących w kantynie - świetlistej, jasnej, niczym dzisiejsza warszawska restauracja. Siedzą tam i są tak zwyczajnie zmęczeni... To wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje na podstawie podręczników historii czy opinii polityków. Historia każdego człowieka, który tam był, zasługuje na zastanowienie.

Na naszym pokoleniu, wyposażonym już w pewien aparat krytyczny, pozwalający nie wierzyć we wszystko i zobaczyć opowieść nawet najbliższych osób jako rodzaj legendy, spoczywa istotny obowiązek. To obowiązek wyrwania opowieści o ludzkich wyborach z rąk specjalistów od marketingu, którzy traktują wojnę jako narządzie PR-owe - bo tym wojna już dla nas jest. Musimy o niej rozmawiać tak, by ludzie od nas młodsi mogli nie tylko stanąć po stronie Niemców czy Polaków. Możemy sprawić, by zrozumieli, że to nazywanie ludzi Niemcami czy Polakami zmusiło ich do stanięcia naprzeciwko siebie i zabijania się nawzajem.

Więcej o: