Kamiński ma szansę na trzeciego Oscara. Reżyserzy odpowiadają, w czym tkwi jego sekret

Janusz Kamiński to w przypadku Oscarów polski rekordzista. Żaden inny filmowiec z Polski nie zdobył aż dwóch statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej, a teraz dzięki zdjęciom do "West Side Story" ma szansę na trzecią nagrodę w dorobku. Najnowszy musical w reżyserii Stevena Spielberga to też przy okazji siódma produkcja, która przyniosła mu nominację do Oscara, pewnie też nie ostatnia. A pomyśleć, że nic z tego by nie wyszło, gdyby na początku lat 90. Spielberg nie włączył odpowiedniego kanału w telewizji.

Zwykło się mawiać, że początkiem wielkiej hollywoodzkiej kariery Janusza Kamińskiego jest "Lista Schindlera". To właśnie za czarno-białe zdjęcia do tego filmu realizowanego w Polsce operator dostał swojego pierwszego Oscara. Jednakże Kamiński nie dostałby angażu przy filmie Stevena Spielberga, gdyby nie przypadek. I gdyby wcześniej nie nakręcił dla Diane Keaton zdjęć do "Dzikiego kwiatu" z 1991 roku. Traf chciał, że pewnej nocy Spielberg leniwie oglądał telewizję i przeskakiwał między kanałami. Aż trafił na ten, na którym akurat leciał wyreżyserowany przez Keaton film. Jego uwagę przykuło to, w jaki sposób operator pracował z kamerą. Był zaintrygowany na tyle, że postanowił spotkać się z autorem zdjęć. A reszta, jak to często mówią, jest historią. 

Zobacz wideo Steven Spielberg podjął się nakręcenia nowej wersji musicalu "West Side Story" [ZWIASTUN]

Spielberg o Kamińskim: Prawdziwy mistrz w swoim fachu

"Pamiętam, że poznaliśmy się zupełnie przypadkowo. Siedziałem kiedyś w nocy przed telewizorem – przyznaję szczerze, że to moja ulubiona forma wypoczynku – i akurat leciał 'Dziki kwiat', dramat w reżyserii Diane Keaton. Janusz robił zdjęcia do tego filmu. Kiedy to zobaczyłem, od razu pomyślałem, że to jest człowiek dla mnie! I tak się zaczęło – nasza współpraca wynikła stąd, że kiedyś leniwie oglądałem telewizję. Jak widać, w mojej pracy da się połączyć przyjemne z pożytecznym" - opowiadał ze śmiechem Steven Spielberg podczas jednego z wywiadów z Yolą Czaderską-Hayek. W innej rozmowie dodał jednak, że najpierw chciał Kamińskiego sprawdzić, bo wcale nie miał pewności, czy operator naprawdę ma wyjątkowy talent, czy po prostu mu się poszczęściło:

Poprosiłem więc swoich ludzi, by dali mu do nakręcenia jakiś odcinek serialu telewizyjnego, który moja wytwórnia właśnie realizowała. Kiedy zobaczyłem efekty, wiedziałem już, że to jest człowiek, jakiego mi trzeba. Złożyłem mu propozycję: zróbmy razem 'Listę Schindlera'. Tak po prostu. 

Reżyser miał też uprzedzić operatora, że chce kręcić film na czarno-białej taśmie w dokumentalnym stylu. Kiedy Kamiński to usłyszał, miał odpowiedzieć: "To bardzo dobrze, bo pierwsze filmy, jakie kręciłem w Polsce, też były czarno-białe". No właśnie, jak doszło do tego, że operator z Polski trafił do USA? 

>>> Więcej wiadomości ze świata filmu na stronie głównej Gazeta.pl<<<

Z ziemi polskiej do też trochę polskiej

Kamiński urodził się 27 czerwca 1959 roku w Ziębicach. Z Polski na stałe wyjechał dopiero w wieku 21 lat i też od razu nie zakładał, że nigdy nie wróci ze wczasów w Grecji. Jednak kiedy tam wypoczywał, dotarły do niego wiadomości o solidarnościowych strajkach w Polsce. Zdecydował się wtedy zostać za granicą: pojechał do Wiednia i uzyskał azyl polityczny. Po kilku miesiącach jednak przeniósł się do USA i zamieszkał w Chicago - mieście znanym z tego, że jest tam duża grupa polonijna. Na miejscu pracował w różnych fabrykach, a zarobione pieniądze przeznaczył na studia na wydziale Filmu i Sztuk Pięknych Columbia College. Kiedy studiował, pracował też jako oświetleniowiec, co niewątpliwie pomogło mu w dalszej karierze. Spielberg w rozmowie z Czaderską-Hayek podkreślał:

Gdy go poznałem, uświadomiłem sobie, że oto stoi przede mną prawdziwy artysta. (...) Mówię o Januszu, że jest wybitnym malarzem, który maluje światłem. Zawsze znajduje sposób, żeby podkreślić nastrój danej historii przy pomocy oświetlenia, za każdym razem potrafi mnie zaskoczyć. (...) Przy pomocy odpowiedniego oświetlenia jednego dnia tworzy obrazy niczym Chagall, kiedy indziej - niczym Goya czy Monet. Pomyślałem: 'Muszę zatrzymać tego faceta przy sobie'. I tak na razie zostało. 

Podczas studiów zrealizował także zdjęcia do ponad 40 różnych studenckich etiud. Po tym, jak uzyskał w Chicago tytuł licencjata, przeniósł się do Los Angeles, gdzie w 1987 roku udało mu się dostać jednoroczny kurs w prestiżowym Amerykańskim Instytucie Filmowym (AFI). Pracę w przemyśle filmowym zaczął jako asystent operatora na planie horrorów klasy B - robił to jednak pod okiem producenta Rogera Cormana, który uznawany jest za specjalistę w tym gatunku. I tak też zaczynał od filmu "Grim Prairie Tales" z 1990 roku, a zanim trafił na plan filmu Diane Keaton, zrealizował jeszcze "The Terror Within II" i "Deszczowego zabójcę". Przed "Listą Schindlera" przyszło mu też nakręcić zdjęcia do takich obrazów jak "Killer Instinct", "Miłość w rytmie rap" czy "Przygody Hucka Finna". A potem zaczęła się jego wieloletnia współpraca ze Steven Spielbergiem. 

Nie tylko Paweł Pawlikowski i Andrzej Wajda. Polacy, którzy zdobyli OscaraNie tylko Paweł Pawlikowski i Andrzej Wajda. Polacy, którzy zdobyli Oscara

Związek trwalszy niż małżeństwa

Faktycznie Steven Spielberg i Janusz Kamiński pracują razem od 1993 roku. Jeszcze w 2014 roku operator żartował w Polskim Radiu:

"Związek" ze Spielbergiem trwa już 20 lat i okazał się trwalszy niż oba moje małżeństwa.

Jednakże nie jest to na pewno zawodowe małżeństwo z rozsądku. Na antenie RMF FM Kamiński wyjaśnił, że ze Spielbergiem byłby gotowy nakręcić nawet książkę telefoniczną, bo tak dobrze się z nim pracuje:

Cokolwiek on zrobi - jeśli zrobi film o książce telefonicznej - to ja też z nim zrobię. Zawsze jest coś nowego, zawsze ma inny styl opowiadania. W tym człowieku jest tak niesamowita energia, że nawet jak czasami ekipa się czuła troszeczkę zmęczona, to wszyscy się zarażaliśmy jego energią. 

Sam Spielberg uważa, że ich współpraca jest tak owocna m.in. dzięki temu, że obydwaj się uzupełniają choćby pod względem charakterów. Yoli Czaderskiej-Hayek opowiadał, że podczas zdjęć do drugiej części "Parku Jurajskiego", zrozumiał, że ten świetny fachowiec jest też doskonałym przyjacielem - "Przekonałem się, że nadajemy na tych samych falach. A w dodatku świetnie się uzupełniamy. Janusz jest dowcipny, ja nie. Czasami jego humor jest mi bardzo potrzebny. Od tamtej pory jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi".

"Janusz to prawdziwy człowiek Hollywoodu"

Przez 29 lat Janusz Kamiński i Steven Spielberg zrealizowali wspólnie bodaj 20 filmów: "Listę Schindlera", "Zaginiony Świat: Jurassic Park", "Amistad", oscarowego "Szeregowca Ryana", "A.I. Sztuczna inteligencja", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Raport mniejszości", "Terminal", "Monachium", "Wojnę światów", "Indianę Jonesa i Królestwo Kryształowej Czaszki", "Czas wojny", "Lincolna", "Most szpiegów", "BFG: Bardzo Fajnego Giganta", "Czwartą władzę", "Player One", "The Kidnapping of Edgaro Mortata" i "West Side Story". Reżyser w różnych rozmowach sypie komplementami: "To wspaniały artysta, prawdziwy mistrz w swoim fachu", "Spośród wszystkich autorów zdjęć, z którymi pracowałem, Janusz jest z pewnością najlepszy.", "To jeden z najznakomitszych operatorów, jacy są obecnie w branży", "Miałem przyjemność pracować z wieloma mistrzami w tym fachu, jak choćby Vilmos Zsigmond, Allen Daviau czy Mikael Salomon, ale z nikim oprócz Janusza nie zaprzyjaźniłem się tak bardzo".

Ale to nie tak, że tylko Spielberg docenia pracę z Januszem Kamińskim. Reżyser Judd Appatow, który zaangażował go do "Funny People", Yoli Czaderskiej-Hayek podczas wywiadu opowiadał, że oczywiście trudno wyrwać ze szponów legendarnego reżysera jego ulubionego operatora, ale udało mu się wstrzelić w wolne okienko filmowca: "Wiedzieliśmy, że Janusz ma akurat wolny czas, być może dlatego, że Spielberg akurat nie kręcił żadnego filmu. (śmiech) Nie sądzę, żeby kiedykolwiek był w stanie powiedzieć Spielbergowi: "Wiesz, Steven, teraz nie mam dla ciebie czasu, bo pracuję z Juddem". (śmiech) Zdawaliśmy sobie sprawę, że nadarza się niepowtarzalna okazja" - podkreślał. Appatow był też zachwycony tym, jak otwarty na jego pomysł był Janusz Kamiński:

Streściłem mu całą historię, choć w tamtym momencie nie miałem jeszcze nawet scenariusza. Zgodził się - i wtedy praca mogła ruszyć do przodu. Janusz to prawdziwy człowiek Hollywoodu. Wspaniały artysta, do tego z niesamowitym poczuciem humoru. Bezbłędnie uchwycił nastrój tej opowieści. Znalazł sposób, by więcej przekazać z pomocą obrazu, niż ja byłbym w stanie oddać z pomocą słów. Współpraca z nim to dla filmowca marzenie.

Podobnie zresztą wypowiadał się Julian Schnabel, reżyser bardzo ciepło przyjętego przez krytykę "Motyla i skafandra" - filmu nakręconego z perspektywy sparaliżowanego mężczyzny. W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" francuski filmowiec podkreślił, że jego projekt i odważne założenie odstraszyło wielu fachowców:

Szukałem operatora, który nie bałby się eksperymentować. Kilka osób odmówiło mi. Kamiński zapytał tylko: 'Kiedy zaczynamy?'. To niezwykle odważny operator. 

Sam Kamiński w rozmowie z Michałem Bursztą podkreślał, że chce robić "kino, które gwarantuje widza", a Barbarze Hollender w 2007 roku tłumaczył, że "operator musi zrozumieć scenariusz i przełożyć słowa na obrazy". A to jak się okazuje, często jest bardzo trudne: "Wielu z nas często nie potrafi wyrzec się chęci stworzenia ładnych kadrów. To błąd. Kino jest jak życie. Nie zawsze piękne. Dlatego, żeby odtworzyć rzeczywistość w studiu, trzeba mieć pod powiekami prawdziwe obrazy świata".

Może właśnie dlatego Kamińskiemu tak spodobał się pomysł nakręcenia nowego "West Side Story". Na antenie RMF FM podkreślał: "Trzeba było przypomnieć ludziom, że podział społeczeństwa, którego teraz doświadczamy, jest powtarzającą się częścią historii ludzkiej. (...) Trzeba przypominać ludziom, żeby byli tolerancyjni dla siebie, nie pozwalali prymitywnym instynktom wygrywać i doprowadzać do przemocy - dodaje. Dobrze jest taki film zrobić, żeby przypomnieć ludziom, jak łatwo można wrócić do bycia zwierzęciem" - podkreślał w rozmowie z Katarzyną Sobiechowską-Szuchtą. A my możemy mieć nadzieję, że tę pasję docenili także członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej i sprawią, że Janusz Kamiński będzie pierwszym polskim filmowcem z trzema Oscarami.

Więcej o: