Niektórzy co rok w święta oglądają ten film. Obejrzałem go po raz pierwszy i już wiem, że czegoś mu brakuje [RECENZJA]

Świąteczne klasyki. Większość z nas uwielbia je oglądać, a niektórzy poszczególne filmy znają na pamięć. Osobiście mam trochę takich tytułow do nadrobienia, bo nigdy nie byłem ich wielkim miłośnikiem. Na pierwszy ogień wybrałem "To właśnie miłość" Richarda Curtisa z 2003 roku, który jest uznawany za jeden z ulubionych świątecznych filmów na całym świecie. Czego brakuje tej produkcji? Czy dobrze przewidziałem, że w filmie pojawi się wątek gejowski? Czy ostatecznie film podbił również i moje serce?

Chociaż sam tytuł nie jest mi obcy, bo miałem okazję oglądać fragmenty podczas jego wielokrotnych emisji w telewizji (co jest dowodem na to, że są filmy, których nie da się kompletnie nie widzieć!), to jest to moje pierwsze pełne i świadome podejście do tej bożonarodzeniowej komedii romantycznej. Zrobiłem to ku uciesze wielu członków redakcji, a zwłaszcza redaktora naczelnego, który najbardziej entuzjastycznie zareagował na to, że w końcu zapoznam się z tą produkcją. 

Twórca filmu, czyli Richard Curtis napisał wcześniej scenariusze do takich słynnych komedii romantycznych, jak: "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", czy "Dziennik Bridget Jones", które obecnie zaliczane są do kanonu tego gatunku. Do "To właśnie miłość" również napisał scenariusz, ale jest to także jego debiut reżyserski. W kulisach powstawania filmu mówił, że każdy scenariusz zabiera mu około trzech lat i tym razem postanowił za jednym zamachem napisać dziesięć historii i połączyć je w jedną całość. 

Bo w "To właśnie miłość" nie ma dwóch głównych bohaterów, wokół których toczy się akcja całego filmu. W produkcji przedstawione jest dziesięć opowieści w przedświątecznym czasie, które sprytnie przeplatają się ze sobą, a wszyscy bohaterowie produkcji spotykają się razem w ostatniej scenie filmu na lotnisku. A jeśli o bohaterach mowa, to do udziału zostały zaangażowane wielkie gwiazdy, takie jak Hugh Grant, Emma Thompson, Colin Firth, Bill Nighy, czy nawet Rowan Atkinson, z którym reżyser miał okazję już współpracować przy pierwszym pełnometrażowym filmie o Jasiu Fasoli w 1997 roku. Warto dodać, że produkcja była nominowana do Złotych Globów oraz Europejskiej Nagrody Filmowej.

Więcej ciekawych tekstów ze świata filmów i seriali znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl >>

Zaletą ukazania tak wielu wątków jest to, że nie dotyczą one tylko i wyłącznie romantycznych relacji, a owa "miłość" ma różne twarze. Poznajemy podstarzałego rockmana Billy'ego Macka (Bill Nighy), który usiłuje wrócić na szczyt, próbując swoich sił w świątecznych coverach, co pokazuje mu, jak ważni są dla niego współpracownicy. Jest też pokazana wyjątkowa relacja ojczyma Daniela (Liam Neeson) z synem, która wbrew pozorom rośnie w siłę po śmierci matki i żony bohaterów. W tej historii zawarta jest też druga opowieść, ponieważ 11-letni Sam (Thomas Brodie-Sangster) zakochał się w najpopularniejszej dziewczynie w szkole i nie wie, jak jej zaimponować. A co gorsza, dziewczyna wkrótce ma wyjechać do Stanów Zjednoczonych. 

Są też tutaj bardziej "standardowe" historie, jak na komedię romantyczną przystało. Poznajemy samotnego i przystojnego premiera Wielkiej Brytanii (Hugh Grant), który zauroczył się od pierwszego wejrzenia w swojej pracownicy Natalie (Martine McCutcheon). Jest też przechodzące kryzys małżeństwo, w którym Karen (Emma Thompson) dowiaduje się o zdradzie Harry'ego (Alan Rickman), czy zdradzony pisarz Jamie (Colin Firth), który wyjeżdża na Lazurowe Wybrzeże, aby odreagować. On zakochuje się w Aurélii (Lúcia Moniz), która pracuje u niego jako gosposia. A poza tym jest Portugalką, więc dzieli ich bariera językowa.

Natomiast epizod, w którym poznajemy Marka (Andrew Lincoln), z początku najbardziej mnie zaciekawił. Albowiem wydawało mi się, że będzie on nieszczęśliwie zakochany w swoim koledze Peterze (Chiwetelu Ejiofor), a nie w jego żonie Juliet (Keira Knightley). W pewnym momencie filmu nawet ktoś go o to pyta, ale stanowczo zaprzecza. Jednak nie przekonało mnie to i pomyślałem, że z racji tego, że akcja toczy się w 2003 roku, to ten hipotetyczny homoseksualny akcent zostanie pokazany bardzo delikatnie. I dobrze mi się wydawało, że jego historia zostanie przedstawiona w bardzo subtelny sposób, ale jednak  heteronormatywny.

Poznajemy też parę statystów - Johna (Martin Freeman) i Judy (Joanna Page), którzy poznają się na planie podczas odgrywania scen seksu. Niektórzy z polskich widzów uważają, że ten wątek jest niepotrzebny i przez to filmu nie można oglądać z dziećmi. A ja właśnie za ten dystans bardzo cenię Brytyjczyków, którzy nie są pruderyjnym narodem. Podobny stosunek do tego typu scen można zauważyć w wielu innych produkcjach z Wysp. Pierwszy przykład, który przychodzi mi na myśl to sitcom "Co ludzie powiedzą?", który bez wątpienia był produkcją dla całej rodziny, a bohaterki serialu - Stokrotka i Róża często nawiązywały do tematu seksu w mniej lub bardziej powściągliwy sposób.

Patricia Routledge i Clive SwiftMam 24 lata i dopiero odkryłem "Co ludzie powiedzą?". Takie seriale warto znać

W produkcji pojawiają się też dwaj koledzy Colin (Kris Marshall) i Tony (Abdul Salis). Ten pierwszy zamierza wyjechać do Stanów Zjednoczonych, ponieważ uważa, że w Wielkiej Brytanii są chłodne kobiety, które nie zwracają na niego uwagi, a w USA każda dziewczyna będzie zachwycona jego akcentem. Moim zdaniem jest to najmniej istotna historia, ale całkiem zabawna. 

Czy film się zestarzał?

Zanim opiszę swoje ogólne odczucia, przejdę do wyżej postawionego pytania. Moim zdaniem nie do końca. Film ma już niespełna 20 lat, ale osobiście rzadko kiedy odczuwam upływ czasu w stosunku do produkcji z lat dwutysięcznych. Historie przedstawione w filmie są uniwersalne, a fakt, iż w filmie co chwila przygrywa jeden z najsłynniejszych dzwonków wszech czasów "Nokia Tune" przywołuje sentymentalny uśmiech na twarzy, który świadczy o niedowierzaniu, że te czasy były "aż" dwadzieścia lat temu. 

Podobnie odczucia mam, jeśli chodzi o stroje bohaterów. Większość z nich nosiła zwyczajne ubrania, które do dzisiaj możemy zobaczyć na ulicach. Nie było tam typowych dla tamtych czasów biodrówek, krótkich topów czy bluzek z cekinami.

Natomiast odczułem, że film jest z 2003 roku po niektórych kwestie bohaterów. Jedną z nich jest pytanie wypowiedziane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych do premiera Wielkiej Brytanii po tym, jak zobaczył figurę Natalie: "Widział pan te zderzaki?". A drugą jest stwierdzenie "homo niewiadomo", które wypowiada menadżer Billy'ego na wieść, gdy ten wyznaje mu, że jest dla niego ważną osobą.

Innym zauważalnym aspektem jest skupienie się na postaciach męskich. W filmie brakuje mocnych kobiecych bohaterek, a rola większości z nich ogranicza się jedynie do bycia obiektem pożądania. Jedyna z nich, która się wyróżnia to Karen, ponieważ nakrywa męża na zdradzie i w sprytny sposób konfrontuje to z nim. Jednak ta bohaterka straciła miłość i pod koniec filmu na jej twarzy widzimy tylko smutny uśmiech. Pod tym względem w filmie brakuje różnorodności. To produkcja nakręcona z męskiego i  heteronormatywnego punktu widzenia. Ale tak właśnie wyglądał świat niecałe 20 lat temu, dlatego myślę, że nie powinno się zbyt surowo oceniać filmu pod tym względem. Na szczęście obecnie mamy inne realia.

Zobacz wideo Klasyka komedii romantycznych - kto nie zna, poznać musi, kto zna, ten wie, o co chodzi

Czy warto było nadrobić zaległości?

Zdecydowanie tak. W trakcie oglądania "To właśnie miłość" rzeczywiście poczułem przedświąteczną atmosferę. Film oglądało się bardzo przyjemnie, a tempo przedstawiania "noweli" było dobrze dostosowane do tak wielu historii. Ale jeśli o nich mowa, to mimo wszystko uważam, że było ich trochę za dużo. Nie udało mi się zapamiętać imion wszystkich bohaterów i pisząc ten tekst, musiałem posiłkować się internetem, który w 2003 roku nie był aż tak szeroko dostępny jak teraz.

Najbardziej podobał mi się wątek Daniela i jego syna Sama, którzy razem stanowili bardzo zgrany i udany duet. Oglądając scenę na lotnisku, kiedy ojczym doradza chłopcu, aby przedarł się przez kontrolę, poczułem się, jakbym sam występował tam ze swoim tatą. Również przedstawienie postaci Billy'ego, który pomimo tego, że nie gryzie się w język, wraca na szczyt list przebojów, bardzo przypadło mi do gustu. Świetnym pomysłem było także to, jak jego twórczość przejawia się w filmie (np. w ekranie telewizora), kiedy śledzimy losy pozostałych bohaterów.

À propos muzyki, to jej dobór jest zdecydowanie mocną stroną filmu. W produkcji usłyszymy zarówno kilka dawnych utworów takich wykonawców, jak Bay City Rollers, czy The Pointer Sisters, czy artystów, którzy zdecydowanie kojarzą się z dekadą lat dwutysięcznych - Dido, Sugababes, czy The Calling. A motywem przewodnim jest świąteczny cover piosenki "Love Is All Around" zespołu The Troggs, który tutaj nazywa się "Christmas Is All Around", a wykonuje go sam Bill Nighy. Wykonaniu bliżej jest brzmieniowo do wersji zespołu Wet Wet Wet z 1994 roku, niż do oryginału z 1967 roku, a sam cover ma dla mnie raczej prześmiewczy wydźwięk. Natomiast w zabawnym "teledysku" widzimy piosenkarza otoczonego nieco znudzonymi "mikołajkami" w skąpych ubraniach. 

 

Produkcja z pewnością była też inspiracją dla wielu innych twórców. Mam wrażenie, że seria "Listy do M." to polski odpowiednik filmu Richarda Curtisa. Tam także znajdziemy historie wielu bohaterów, których losy w przedświątecznym czasie pozornie się ze sobą nie łączą, a wszyscy summa summarum odnajdują miłość.

Podsumowując, na pewno nie będzie to produkcja, do której szybko wrócę. Jednakże podczas dwugodzinnego seansu miło spędziłem czas i udało mi się uciec od rzeczywistości, pomimo przedświątecznego stresu związanego z ogromem obowiązków. To zabawny, przyjemny i niegłupi film z 2003 roku, przy którym można się dobrze bawić, a na pewno jeszcze lepiej, gdy ogląda się go w towarzystwie. "To właśnie miłość" dostaje ode mnie sześć gwiazdek na dziesięć możliwych.

Święta, telewizor, choinkaProgram TV na święta. Nie tylko fani "Kevina" znajdą coś dla siebie

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: