Zmierzch, czyli wampir oswojony

Bestseller. Kinowy przebój. Swoisty fenomen. A jakby tak spojrzeć na Zmierzch okiem ignoranta, który książki Stephenie Meyer nie czytał, ba - dowiedział się o niej tylko dlatego, że ruszyły prace nad ekranizacją...

Meyer, autorka bestsellerowej książki " Zmierzch ", sięgnęła po popularny motyw: zagubiona nastolatka przeprowadza się w nowe miejsce, zmienia znajomych, szkołę i - oczywiście - zakochuje się. W ten sposób zaczyna życie niejako od nowa. Tą nastolatką jest Bella Swan (o przeszłości dziewczyny niemal nic nie wiemy), która przeprowadza się ze słonecznego Phoenix na deszczową prowincję w stanie Waszyngton, a wybrankiem jej serca zostaje intrygująco przystojny Edward Cullen. Bella ma to szczęście, że nowe koleżanki i (szczególnie!) koledzy od razu ją akceptują, w związku z czym zdecydowanie łatwiej jest jej odnaleźć się w nowej rzeczywistości oraz oddać miłostkom z boskim... wampirem.

Filmowy " Zmierzch " wypada całkiem przyzwoicie jako historia romantyczna, wariacja na temat archetypu trudnej miłości. Nawet jeśli uczucie pomiędzy Bellą i Edwardem rodzi się w niezbyt przekonujący sposób (on zwraca się ku niej, bo tylko w jej myślach nie potrafi czytać; ona interesuje nim, bo zachował się niegrzecznie na lekcji biologii, po czym zniknął), to śmiało można porównać ich historię do losów Romea i Julii . Czuć magnetyzm, podekscytowanie, niepewność, chwilami nawet prawdziwą namiętność. Romantyczną atmosferę podkreślają urokliwe scenerie (plus dla operatora Elliota Davisa, mimo że w kilku scenach przeszarżował z przeskakiwaniem z jednej perspektywy w drugą), kontrastowo zestawione z ponurym miasteczkiem Forks, i klimatyczne utwory, trafnie dobrane na ścieżkę dźwiękową (podobno to właśnie one stały się dla Meyer inspiracją przy pisaniu powieści).

Nie wiem, co o młodych aktorach sądzą fani literackiego pierwowzoru - czy właśnie tak wyobrażali sobie te postaci? Kristen Stewart bywa mdła i brakuje jej jeszcze warsztatu, choć i tak radzi sobie znacznie lepiej niż się tego spodziewałem (szczególnie w naturalnych i zabawnych rozmowach z ojcem). Natomiast nowe bożyszcze nastolatek, Robert Pattinson, na samym początku zachowuje się tak, jakby próbował naśladować amanta amantów Rudolfa Valentino: jego wzdychanie, przewracanie oczami i gesty są przesadnie teatralne. Przesadne do tego stopnia, że śmieszą. Na szczęście to wrażenie dość szybko mija. Zastanawia mnie jednak, czy stało się tak, ponieważ zdążyłem się już przyzwyczaić do sposobu gry Pattisona, czy może aktorowi udało się po pewnym czasie wypracować ciekawsze podejście do odtwarzanej postaci.

Wróćmy do wątku trudnej miłości. Bellę i Edwarda dzieli przepaść, która powinna podgrzewać atmosferę " Zmierzchu " i udramatycznić ich związek. Wampir i śmiertelniczka. Drapieżnik i ofiara. Doświadczony i niewinna. Jednak zaskakująco szybko bohaterowie (jak również twórcy filmu, a pewnie także autorka powieści) zapominają o tych problemach, wszelkie dylematy i wątpliwości kochanków znikają więc równie gwałtownie jak się pojawiły. Nie wydają się zaprzątać głowy wyliczonymi początkowo sprzecznościami czy niebezpieczeństwami. Zagrożenie dla idyllicznie rozwijającego się związku Belli i Edwarda przychodzi z zewnątrz. Nieprzekonujące rozwiązanie fabularne sprawia, że tragiczny potencjał romansu wampira ze śmiertelniczką został w " Zmierzchu " zmarnowany. Do głowy przyszedł mi może z tuzin alternatywnych (i wierzę - sensowniejszych) wyzwań, jakie można było postawić na drodze do spełniania miłości pomiędzy bohaterami stanowiącymi tak wyraźne przeciwieństwa. W to, co zobaczyłem na ekranie, mimo usilnych prób i przyjęcia fantastyczno-romantycznej konwencji, uwierzyć nie potrafię.

Nie najlepiej jest z wampiryczną stroną " Zmierzchu " . Reżyserka Hardwicke, zapewne za Meyer, wykreowała grzeczniutki i prymitywny, stricte popkulturowy obraz tych legendarnych istot. Istot od lat stanowiących dla ludzi mroczną personifikację grozy. Wszelkie mityczne cechy przypisane wampirom ulegają tu nieznośnej infantylizacji: Cullenowie to banda bladziutkich dzieciaków, rozpieszczonych przez bogatych rodziców, ekskluzywna grupka, niby dziwaczna i wytykana palcami, ale w głębi duszy podziwiana przez rówieśników. Są śliczni, dobrze ubrani, zachowują się wyniośle, mają niezwykłe moce. Przypominają raczej X-Menów niż postaci pokroju Lestata czy Drakuli. Odniosłem wrażenie, że to celowe oswojenie drapieżnego wizerunku wampirów na potrzeby pozornie niewinnego, nastoletniego czytelnika (czy widza) poszło zdecydowanie za daleko. Ucywilizowanie odebrało Edwardowi i spółce niezbędny pierwiastek tajemniczości. Za to dodało... śmieszności. Czy taka była intencja twórców? Trudno uwierzyć chociażby w egzystencjalne dylematy Cullena, przemycone jakże subtelnie w kilku monologach. Kurcze, kto nie chciałby być takim przystojniakiem, którego największym problemem są (tak, ironicznie spłycam) słoneczne dni i błyszcząca skóra.

Filmowy " Zmierzch " nie odniósłby komercyjnego sukcesu, gdyby nie literacki pierwowzór. Podobnych opowiastek skierowanych do nastoletnich widzów, z wampirami czy bez, wciąż powstaje i powstawać będzie bez liku. Pod względem czysto filmowym produkcja Catherine Hardwicke w żaden sposób nie wyróżnia się na ich tle. Rozczarowuje szczególnie, co dziwne, w warstwie fabularnej: historyjka jest prosta i przewidywalna, chwilami żałośnie niedorzeczna. Wiele brakuje również dialogom, choć kilka scen wypadło naprawdę błyskotliwie oraz zabawnie, a gra aktorów, szczególnie w przerysowanych rolach drugoplanowych, pozostawia sporo do życzenia. Miałbym też pewne zastrzeżenia do efektów specjalnych (choć te akurat nie wydają się najważniejsze), wolnego tempa akcji, niezbyt widowiskowych scen walki. Wszystkie te, kolejno wyliczone niedoskonałości " Zmierzchu " mogłoby rekompensować wielkie uczucie na miarę epickich melodramatów. Chwilami tak się dzieje, acz zdecydowanie zbyt rzadko.

kapryśny

Nie przegap żadnej premiery! Zapisz się na newsletter filmowy i wygrywaj atrakcyjne filmy na DVD KLIKNIJ TUTAJ

Więcej o: