Tłum na polskich koncertach. Wystąpiła Brodka. Ale to Sorry Boys podbili brytyjską publiczność

Do Brighton na jedno z najważniejszych spotkań branży muzycznej, wybrali się członkowie grup: Cosovel, Rysy i Sorry Boys oraz Brodka ze swoim zespołem.

Jak co roku, od kilku już edycji, na festiwalu The Great Escape obecna była reprezentacja polskiej sceny. Każdy z polskich wykonawców miał zaplanowane dwa występy: jeden podczas zwykłych festiwalowych prezentacji, między zespołami z innych krajów i drugi - na specjalnym polskim showcasie.

Polski showcase na ważnym spotkaniu branży muzycznej z całego świata odbywał się w klubie o nazwie The Hope And Ruin. Oby jego nazwa - nadzieja i klęska - nie okazała się symptomatyczna dla sytuacji rodzimej muzyki zagranicą.

Tłum na polskiej prezentacji

Ten ostatni, zorganizowany był jak co roku przez Instytut Adama Mickiewicza, który od lat wspiera młode polskie zespoły, pomagając im podczas wyjazdów na tego typu imprezy. Okazał się sporym sukcesem, zarówno pod względem artystycznym, jak i frekwencyjnym, trudno dziś jednak oceniać, na ile ów sukces przełoży się na ewentualne szanse rodzimych zespołów na zachodnich scenach. W pewnej mierze zależy to od obecności przedstawicieli branży muzycznej na showcasie, tego, czy koncerty zdołały ich zainteresować, a nawet porwać i czy nawiązali kontakt z menedżerami zespołów.

Porównując polski showcase z podobnymi imprezami organizowanymi w tym roku w Brighton przez Kanadę, Izrael czy dawne republiki bałtyckie, bez trudu można było zauważyć, że zainteresowanie publiczności było o wiele większe, ale znacznie mniejszy nacisk położony był na aspekt biznesowy. Przez kilka godzin imprezy pod sceną było mnóstwo widzów - bywały momenty, kiedy obsługa przestawała wpuszczać kolejne osoby, bo sala była pełna. Owszem, pojawiło się sporo mieszkających w Brighton Polaków, ale nie brakowało też Brytyjczyków i festiwalowych delegatów z innych krajów.

Sorry Boys: czarny koń polskiej delegacji

Trudno powiedzieć, na ile bardzo udany i niezwykle ciepło przyjęty koncert zespołu Sorry Boys na polskim showcase’ie przełożył się na to, co wydarzyło się następnego dnia, ale między tymi dwoma wydarzeniami mógł być spory związek. Wyglądało na to, że fama rozprzestrzeniła się wśród uczestników festiwalu błyskawicznie i na regularny koncert Sorry Boys po prostu nie dało się wejść - kolejka spod drzwi ciągnęła się przez kilkadziesiąt metrów. Mimo, że grupa grała w jednym z większych klubów festiwalowych, sala była wypełniona do ostatniego miejsca, a publiczność bardzo żywo reagowała na to, co działo się na scenie.

Być może zadecydowała o tym bardzo „brytyjska” muzyka grupy, być może znakomite porozumienie między członkami zespołu - od razu było widać, że świetnie czują się ze sobą na scenie, być może wreszcie - charakterystyczna ekspresja wokalistki grupy: ubrana w białą, prawie ślubną, suknię, umiejętnie i skutecznie nawiązująca kontakt z widzami, była wielką siłą tego koncertu.

Ten występ okazał się naprawdę sporym wydarzeniem tegorocznej edycji festiwalu, nie tylko z polskiej perspektywy. Wszyscy oczekiwali, że przebojem polskiego wyjazdu do Brighton będzie piosenka „Horses” Brodki, okazało się jednak, że jego czarnym koniem został zespół Sorry Boys.

Brodka: czas podzielić role

Tymczasem sama Brodka wypadła nieźle, choć jej dopiero nabierający międzynarodowego tempa zespół z rozpędzoną maszyną, jaką okazała się formacja Sorry Boys, nie miał szans. Artystka zagrała pierwszego dnia festiwalu, o doskonałej porze, w jednym z najpopularniejszych klubów w Brighton. I choć wiele warunków festiwalowego sukcesu frekwencyjnego zostało spełnionych, ilość widzów na sali była mocno rozczarowująca.

Muzycy, jak na wszystkich koncertach w ostatnim czasie, skupili się przede wszystkim na materiale z nowej, zagranicznej płyty. Pod względem brzmieniowym nie można było niczego zarzucić, ale wyraźnie brakowało angielskim występom tego, co „niosło” koncerty Sorry Boys - poczucia, że na scenie jest zespół: spójna, zgrana grupa pełnych entuzjazmu muzyków.

Wyraźnie można było zauważyć brak jednoznacznego pomysłu na podział ról: to było coś gdzieś pomiędzy modelem „grupa muzyków na równych prawach”, a „zespół akompaniujący popularnej wokalistce”, ale nikt nie podjął decyzji, w którą z tych dwóch stron pójść. Patrząc na zachowujących się niepewnie, może nawet nie do końca naturalnie muzyków, można było odnieść wrażenie, że niejasność dotycząca ich roli, nie pomaga poczuć się dobrze na scenie.

Pech i nisza

O wielkim pechu mogą mówić muzycy grupy Rysy. Festiwal zaczął się dla nich znakomicie: zagrali na koniec polskiego showcase’u i z miejsca porwali liczną publiczność do bardzo intensywnego tańca - rzecz nietypowa, zważywszy nie tylko na to, że był to dla widzów nieznany zespół, ale i ze względu na porę - było przecież wczesne popołudnie.
Kiedy muzycy kończyli swój występ, na jęk zawodu widzów mogli odpowiedzieć, że zapraszają na właściwy koncert, w znacznie bardziej przystającej do tańczenia porze i w znacznie bardziej tanecznym klubie.

Niestety, okazało się, że ten występ koniec końców nie doszedł do skutku. Rozwiązanie problemów z dostarczonym przez klub sprzętem zajęło tyle czasu, że polscy muzycy nie zdołali zaprezentować się po raz drugi festiwalowej publiczności. Musieli ustąpić miejsca na scenie członkom kolejnego zespołu, którzy zaczynali się przygotowywać do swojego koncertu.

Znacznie bardziej zadowoleni mogli być muzycy grupy Cosovel. Grali ostatniego festiwalowego wieczoru w klubie w centrum miasta i przyciągnęli sporo publiczności, zważywszy na dość trudny, może wręcz trochę hermetyczny charakter swojej muzyki. Ale w Brighton, na imprezie, na której nie brakuje koneserów najróżniejszych gatunków, odbywającej się w kraju o nieporównywalnie wyższej kulturze muzycznej niż Polska, nietypowa propozycja grupy Cosovel bez problemu znalazła miłośników. Liderka i wokalistka zespołu sprawdziła się znakomicie na scenie - jej nietypowy image i niezwykły sposób poruszania się na scenie intrygowały i przyciągały wzrok.

Ostatnia okazja tego typu?

Nad występami polskich artystów w Anglii wisiała w tym roku dość ponura perspektywa - jeśli spełniłby się najczarniejszy scenariusz, może to być dla nich ostatnia okazja tego typu. Wystarczyłoby, żeby Anglicy w zbliżającym się coraz większymi krokami czerwcowym referendum zdecydowali o wyjściu z Unii Europejskiej, a polski rząd zrealizował deklaracje dotyczące zmiany priorytetów finansowania promocji polskiej kultury zagranicą.

Połączenie kłopotów z ruchem - zapewne - wizowym do pozaunijnej Wielkiej Brytanii z wycofaniem dofinansowywania wyjazdów młodych polskich muzyków przez Instytut Adama Mickiewicza, mogłoby się skończyć bolesną nieobecnością rodzimych wykonawców na zagranicznych imprezach, takich jak The Great Escape i zerwaniem ciągłości żmudnych i rozpisanych na wiele lat projektów dotyczących promocji rodzimej sceny muzycznej. Oby tak się nie stało. Oby „hope” za nic nie przerodziło się w „ruin”.