The Great Escape - jak się wyróżnić w lawinie nowej muzyki

Udawany ślub na scenie, artystka z filharmonii grająca pop, miękki soul w wykonaniu twardych chłopaków - festiwal młodych talentów w Brighton był lekcją tego, jak zwrócić na siebie uwagę na przepełnionej scenie muzycznej.

W Brighton zakończyła się kolejna edycja festiwalu The Great Escape. Angielski kurort od kilkunastu lat gości imprezę, która przez kilka ostatnich sezonów była jednym z najważniejszych spotkań branży muzycznej z całego świata. W jej ramach odbywa się konferencja i showcase’owe koncerty podczas których prezentują się pretendenci do zrobienia kariery na scenie muzycznej. Nawet jeśli w tym roku można było odnieść wrażenie, że po okresie świetności impreza jakby lekko podupada, nadal jest ważnym miejscem promocji nowej muzyki.

Kolorowa magma

Z czysto muzycznego punktu widzenia The Great Escape był kolejnym dowodem na to, że na dzisiejszej scenie coraz trudniej jest się wyróżnić. Przedfestiwalowe przesłuchanie nagrań kilku setek wykonawców z całego świata, które występowały w Brighton, dawało poczucie obcowania z kolorową magmą dźwięków. Zlewały się one w jedną, niemal homogeniczną całość, w której trudno było cokolwiek wyróżnić. Znaczną większość albumów, epek i singli można było po wysłuchaniu zaledwie kilku dźwięków umieścić w jednej z kilku szufladek - popularnych dziś na młodej scenie podgatunków i estetyk.
Na tym poziomie ciężko więc było się wyróżnić i udawało się to tylko niektórym. Najskuteczniejsze były dwa sposoby: przebojowość i oryginalność. Festiwalowe koncerty dały muzykom jeszcze jedną drogę, żeby zwrócić na siebie uwagę: pokazanie na scenie czegoś, czego widzowie jeszcze nie widzieli albo czegoś, czego długo nie będą mogli zapomnieć.

Dźwięki z innej planety

Tylko kilku wykonawcom udało się zastosować którąś z tych strategii, wyróżnić się i dać się zapamiętać. Jedną z nich była Anna Meredith, szkocka kompozytorka, producentka i multiinstrumentalistka, o której w jej ojczyźnie głośno zaczyna się robić co najmniej od marca, kiedy ukazała się jej debiutancka płyta. Artystka wywodzi się ze świata muzyki poważnej i to mocno wyjaśnia, dlaczego jej twórczość jest tak bardzo inna od całej reszty festiwalowych propozycji. Meredith tworzy wielowarstwowe, skomplikowane, z reguły instrumentalne utwory, w których harmonijnie łączy elementy popu, muzyki współczesnej i transowego etno.

To kompozycje pełne energii, chwytliwe i przebojowe, ale w zupełnie inny sposób niż zwykle. Harmonie, podziały rytmiczne, pomysły aranżacyjne, które stosuje Szkotka, zdają się być naprawdę z innej planety. To wszystko sprawdziło się także ma scenie, gdzie kompozytorce towarzyszyło kilku muzyków, stanowiących połączenie zespołu rockowego i kameralnego: gitary miały w nim równe prawa, co instrumenty dęte i smyczkowe. Porywający występ pokazał bardzo wyraźnie, że propozycja Meredith to dziś jedno z najbardziej oryginalnych zjawisk na młodej europejskiej scenie muzycznej.

 

Modele i dziewczyny z ostatniej ławki

Zupełnie inny - niemal biegunowo różny - sposób na zwrócenie uwagi publiczności wymyślili sobie muzycy z grupy Her. O ile członkowie zespołu Anny Meredith wyglądali jak studenci akademii muzycznej, którzy podczas wakacji pojechali na wieś i dorabiają tam do stypendiów, zbierając truskawki, ich francuscy koledzy prezentowali się jak z reklamy jakiejś bardzo drogiej i wyrafinowanej firmy odzieżowej. Od ich wycyzelowanych strojów, wypielęgnowanych fryzur i gustownie dobranych dodatków, nie można było oderwać oczu. Swoim dopracowanym z wielką precyzją wizerunkiem ze sporym powodzeniem odwracali uwagę od tego, że ich muzyka jest raczej wtórna i jałowa. Wszystko wskazuje na to, że w niczym nie przeszkodzi to francuskiemu zespołowi w tym, żeby w ciągu najbliższych kilku miesięcy znacznie zwiększyć zakres swojej popularności.

Mniej więcej na drugim biegunie ustawić można amerykański zespół Frankie Cosmos. Początkowo solowy projekt skromnej kompozytorki i wokalistki, dziś - regularna formacja z klasycznym rockowym brzmieniem, nadal stawia na skromność, a może wręcz swego rodzaju nieporadność i niepewność. To jest coś, co zdecydowanie wyróżnia tę formację na tle wielu innych, które występowały na angielskim festiwalu, coś co dystansuje ją od całego rockowego etosu, opartego w dużej mierze na maczystowskiej pewności siebie, graniczącej z pyszałkowatą bezczelnością. Na koncercie Frankie Cosmos nie było po tym śladu, było raczej świadome i celowe celebrowanie tych cech, które zwykle wstydliwie się ukrywa.

Ten mechanizm - wyprowadzanie rockowego etosu z poziomu niedostępnego ideału na poziom doświadczeń wspólnych dla wielu osób, w połączeniu z bardzo emocjonalnymi tekstami - zapewnił zespołowi spore środowiskowe powodzenie w Stanach. Na festiwalu było widać, że sprawdza się także w Anglii.

 

Wściekła księżniczka

Londyńska raperka Girli wybrała jeszcze inny sposób, żeby się wyróżnić. Na swoim koncercie postawiła na: żartobliwie przejaskrawioną wulgarność, prześmiewczy, ale podszyty poważnym przekazem radykalizm i daleko posunięte wariactwo na scenie.
Jej piosenki to mocne, feministyczne manifesty, wynikające raczej z organicznej wściekłości na niesprawiedliwy wobec kobiet świat, niż z lektury klasycznych teoretyczek tego prądu. A na scenie artystka bawiła się znakomicie, ubrana w balową sukienkę księżniczki. Występ zaczął się od jej udawanego ślubu z towarzyszącą jej DJ-ką, który odbył się, oczywiście, przy dźwiękach marszu Mendelsohna. A potem obie dziewczęta bawiły się na scenie jak nastolatki, którym rodzice pozwolili spędzić razem noc: trochę tańczyły, trochę krzyczały, trochę udawały, że się gonią i biją. Ta dziecięca radość, nawet jeśli mocno nierozumna, z pewnością zaważyła na tym, że będzie to jeden z bardziej pamiętnych występów tego festiwalu.

 

Dobra piosenka się przebije

Cullen Omori, amerykański wokalista, który występował w gustownie wystylizowanym na XIX wiek klubie na samym końcu słynnego mola w Brighton, zwrócił natomiast na siebie uwagę po prostu znakomitymi piosenkami.

Jego historia jest jedną z tych klasycznych rockowych opowieści, które według stereotypu zawsze prowadzą w stronę nieuchronnej klęski. Zaczynał jako lider ciekawego, ale cieszącego się tylko bardzo niszową popularnością zespołu Smith Westerns. Potem zdecydował się na karierę solową. W dziewięćdziesięciu siedmiu przypadkach na sto oznacza to skazanie się na kompletny brak zainteresowania ze strony mediów i publiczności - nawet dawni fani macierzystego zespołu z reguły psioczą, że „to już nie to samo”.

Omori udowodnił, że jest na tyle utalentowanym kompozytorem, że jest w stanie przełamać ten bezlitosny schemat: nagrał materiał, który najpierw tak zachwycił szefów słynnej wytworni Sub Pop, że z miejsca postanowili go wydać, potem zaś zauroczył wielu krytyków, wystawiających mu świetne noty.

W Brighton pokazał, że na scenie radzi sobie bardzo dobrze, przypomniał też, jak świetne piosenki znalazły się na jego albumie. Najbardziej można się było o tym przekonać, kiedy coś zepsuło się w potężnym zestawie gitarowych efektów, za pomocą których Omoriego. Nie chcąc przerywać piosenki, muzyk wpiął gitarę bezpośrednio do wzmacniacza i „dograł” utwór do końca. W tej wersji - uproszczonej do granic możliwości, pozbawionej dodatkowych efektów, opartej tylko na podstawowym brzmieniu gitary - piosenka nadal brzmiała znakomicie. To był bardzo mocny dowód, że nie chodzi tu o żadne wymyślne zabawy z brzmieniem, ale świetne melodie, które bronią się nawet w skrajnie uproszczonej postaci.

 


Uchodźcy grają soul

Wyróżnił się wreszcie duński zespół Liss. W jego przypadku także można mówić o konieczności zakwestionowania stereotypowych poglądów, o wielkim sukcesie skandynawskiego modelu wspierania młodych talentów, a także o czymś o wiele większym i ważniejszym - dowodzie na to, jak świetne efekty może przynieść pozbawione panicznych uprzedzeń podejście do kwestii kulturowej integracji.
Mówiąc wprost: Liss to zespół złożony z nastoletnich uchodźców. Posługując się paranoiczną retoryką internetowych trolli, ostrzegających przed zagładą, niesioną Europie przez przybyszy z innych kręgów kulturowych, posługując się skandalicznie niesprawiedliwymi i niczym nie uzasadnionymi stereotypami, patrząc na tych ubranych w dresy śniadych chłopaków, patrzących groźnie spod kapturów, głęboko naciągniętych na oczy, można się było spodziewać co najwyżej tego, że będą pod klubem sprzedawać narkotyki.

Nic z tego, te dzieciaki zagrały tak znakomity, pomysłowy i oryginalny soul, że publiczność stała pod sceną jak wryta. Wystarczyło, żeby młodym chłopakom dać dostęp do sali prób z instrumentami - a tych w Skandynawii jest więcej niż nieszczęsnych polskich „orlików”, wystarczyło dać im posłuchać płyt Stevie'go Wondera i kilku innych dawnych mistrzów, żeby ujawnić talenty, które skutecznie obalają wiele z antyuchodźczych mitów. Piosenki młodych mieszkańców Danii, kraju, który nie od dziś przoduje w udanych projektach integracyjnych, będzie można usłyszeć już niedługo w Gdańsku - zespół wystąpi na początku września na festiwalu Soundrive. Oby tylko spacerując przed koncertem po mieście muzycy nie spotkali na swojej drodze „patriotycznej młodzieży”. Niemal dokładnie w tym samym czasie, kiedy Liss grał swój znakomity koncert w Brighton, młodzieńcy w kominiarkach o mało nie zakatowali na ulicach Gdańska uczestników manifestacji domagającej się równych praw dla mniejszości. Powstrzymały ich jedynie wyjątkowo duże siły policyjne.

 


Oglądany z tego punktu widzenia - przez pryzmat tego, kto się wyróżnił i w jaki sposób - tegoroczny festiwal w Brighton był bolesną lekcją dla wszystkich, którym się wydaje, że świetne piosenki to wszystko, co potrzeba, żeby zwrócić uwagę publiczności, a koncerty można grać od niechcenia i bez pomysłu. Świetnych piosenek, jak się okazuje, jest dziś mnóstwo i trzeba się naprawdę postarać, żeby zainteresować nimi publiczność.