Radiohead: atrakcja tylko dla fanów, inni mogli się poczuć zlekceważeni

Zabrakło tempa, dramaturgii, emocji i spójności. Jeden z najważniejszych zespołów na współczesnej scenie muzycznej zagrał na Primaverze koncert co najmniej rozczarowujący.

W stolicy Katalonii, Barcelonie, trwa jedna z najważniejszych imprez muzycznych świata, rozpoczynający na dobre letni sezon festiwal Primavera Sound. Jego największą atrakcją miał być sobotni koncert angielskiej formacji Radiohead, żywych klasyków współczesnego rocka alternatywnego. Tak się jednak nie stało.

Koniki, tłumy, mocny początek

Gdyby brać pod uwagę już samo przedfestiwalowe zainteresowanie, nie było najmniejszych wątpliwości, że to właśnie Radiohead jest najbardziej oczekiwanym zespołem na barcelońskim festiwalu. Grupa wydała właśnie nową płytę, a koncert na Primaverze był jedną z pierwszych okazji, żeby zobaczyć Anglików na scenie po jej premierze.
O tym, że powodowało to wyjątkowe poruszenie wśród widzów można się było przekonać już na długo przed rozpoczęciem koncertu. Cała droga ze stacji metra do festiwalowej bramy pełna była osób, które niemal błagały o odsprzedanie festiwalowych biletów na ten dzień. Ruch tłumów, które szczęśliwie je posiadały, w kierunku sceny, rozpoczął się wyjątkowo szybko: już na ponad godzinę przed początkiem występu. Widzowie cierpliwie czekali na pierwsze dźwięki. Rozległy się one ze sceny zupełnie znienacka i były nader obiecujące: koncert zaczął się bardzo mocno i dynamicznie. Niestety, już po pierwszej piosence napięcie zupełnie opadło i rzadko kiedy udawało się je znowu wywołać. Kolejne dwie godziny - tyle trwał koncert - wielkim przeżyciem mogły być tylko dla największych, całkowicie bezkrytycznych, fanów zespołu.

Koncert bez narracji

Bo nawet abstrahując od bardzo wysokiego poziomu oczekiwań widzów, pamiętając natomiast o pozycji tego zespołu na dzisiejszej scenie muzycznej, jego występ był pod wieloma względami po prostu rozczarowująco nieciekawy.

Radiohead na festiwalu PrimaveraRadiohead na festiwalu Primavera materiały prasowe

Owszem, w jego repertuarze znalazły się i wielkie przeboje, i premierowe propozycje z wydanej niedawno płyty, i kilka rarytasów, ale muzycy zupełnie nie zadbali o to, żeby ułożyć je według jakiegoś sensownego klucza. Występ cierpiał przez to na brak jakiejkolwiek dramaturgii czy narracji. To był tylko bardzo przypadkowy, chaotyczny zbiór lepszych i gorszych piosenek, które nie układały się w żadną spójną całość, nie opowiadały żadnej historii. Nie tak powinien wyglądać występ ważnego zespołu.
W wielu momentach koncert najzwyczajniej w świecie zupełnie tracił też dynamikę - nie od dziś Radiohead koncentruje się przecież raczej na spokojniejszych, wolnych, żeby nie powiedzieć wręcz sennych kompozycjach. Podane w dużej ilości, często rozdzielane na dodatek niczym nieuzasadnionymi długimi momentami całkowitej ciszy i ciemności, sprawiały, że koncert zupełnie tracił tempo.
W odbiorze bardzo wymagającej propozycji zespołu z pewnością nie pomagał też fakt, że muzycy zdawali się niemal ostentacyjnie dystansować od publiczności. Taka postawa powodowała, że pełne przecież żarliwości piosenki podawane były zupełnie na chłodno, a poziom emocjonalnego napięcia był zerowy.

Wizualizacje z lamusa

Inna istotna sprawa to wizualna warstwa tego występu. Pod tym względem wypadł on wyjątkowo źle. W czasach kiedy nawet wykonawcy grający dwie ligi niżej niż Radiohead potrafią na swoją trasę przygotować zapierającą dech oprawę wizualną, Anglicy przywieźli do Barcelony... wizualizacje znane z występów z poprzednich lat. Wizualizacje już wówczas niezbyt interesujące, dziś - wręcz zawstydzające. Na dodatek: zupełnie do siebie nie pasujące.
Mało tego - było ich znacznie mniej niż wykonywanych przez zespół utworów. W związku z tym podczas niektórych piosenek wielkie ledowe ekrany przy scenie stawały się zupełnie czarne. Na tak wielkim koncercie było to niemal skandaliczne lekceważenie widzów. Tylko garstka z nich mogła wtedy widzieć, co się dzieje na scenie, reszta nie widziała zupełnie nic.

Odrzuć reguły, ale narzuć własne

Ci, którzy oczekiwali po tym występie spotkania z najnowszym obliczem grupy, pewnie bardzo zawiedzeni nie byli. Ale jest ono tak intymne, wyciszone, niemal kontemplacyjne, że zdecydowanie nie sprawdza się podczas tak gigantycznych koncertów, jak ten w Barcelonie. Ci natomiast, którzy czekali raczej na duże widowisko - zawiedli się na całej linii. I nie chodzi przecież o to, żeby Thom Yorke biegał po scenie w kostiumie z cekinów, w powietrzu goniły się hologramowe postacie z teledysków grupy, a na koniec wystrzeliły fajerwerki. Jest mnóstwo sposobów na to, żeby stworzyć na wielkim koncercie widowisko, którego widzowie nie zapomną przez lata, muzycy Radiohead nie wykorzystali żadnego z nich i nie przedstawili własnego.

Radiohead na festiwalu Primavera Sound 2016Radiohead na festiwalu Primavera Sound 2016 materiały prasowe

Od artystów z taką pozycją, talentem i doświadczeniem zdecydowanie można tego oczekiwać. I nawet pełne emocji momenty, takie jak ten, w którym kilkadziesiąt tysięcy ludzi wspólnie śpiewało a capella poruszający refren utworu "Karma Police" ratowały sytuację tylko w niewielkim stopniu.
Po tym koncercie można było odnieść wrażenie, że muzycy grupy przespali ostatnie dwie dekady i nadal chcą robić wrażenie tym, czym w latach 90-tych. Ale to już dziś nie przejdzie: inni wykonawcy, żeby nie powiedzieć wprost: konkurencja, nie śpią i pokazują się na koncertach z dużo lepszej strony. A Radiohead zostało daleko w tyle.
Owszem, można nie grać według zasad i reguł, które proponuje reszta sceny muzycznej, ale trzeba pokazać swoje własne i udowodnić, że są ciekawe. Grupa Radiohead w Barcelonie zdecydowanie tego nie zrobiła.