Sigur Ros - najlepsze widowisko barcelońskiego festiwalu. Jak wypadli inni?

Poruszająca opowieść o samotności w przepięknym i groźnym świecie - zespół Sigur Ros pokazał na festiwalu Primavera jak stworzyć imponujące widowisko na scenie.

Było to widowisko konsekwentne, spójne, imponujące rozmachem i żarliwością, widowisko kompletne i spełnione. Wracający na scenę po sporej przerwie muzycy przedstawili trwający półtorej godziny przegląd wszystkich swoich najważniejszych utworów, podanych w oprawie, która - choć prosta, niemal minimalistyczna - robiła gigantyczne wrażenie. W grze muzyków słychać było pasję, a ich stonowana żywiołowość idealnie pasowała do piosenek, miotających się gdzieś między kontemplacją a desperacją.

Islandczycy znakomicie ułożyli program swojego koncertu, tak by stał się on wciągającą opowieścią, koncentrującą się na wątkach od zawsze obecnych w ich twórczości: od alienacji do ekologii, od zachwytu pięknem świata do trwogi przed jego bezlitosną potęgą. Do tego dodali mocno pobudzające wyobraźnię drobiazgi - w którejś z przerw między piosenkami ciszę wypełniły przez moment bardzo naturalnie brzmiące odgłosy rybackiej przystani ukrytej w zakamarkach jakiegoś fiordu.

Wysmakowane, nawiązujące do kosmicznej ikonografii, tworzone na żywo wizualizacje, oparte na obrazie z kilku kamer GoPro, umieszczonych na scenie w dość zaskakujących miejscach - np. tuż przy stopie perkusisty grupy - zapewniały natomiast sporo wrażeń wizualnych nawet tym, którzy byli daleko od sceny. Islandczycy wykorzystali wszystkie możliwości potężnej festiwalowej areny, tworząc widowisko naprawdę wielkiego kalibru. Jedyne takie podczas tegorocznej Primavery.

Dużo muzyki, mało widowisk

Bo multimedialnych widowisk zrealizowanych z dużym rozmachem na Primaverze nie było właściwie wcale. W porównaniu z kwietniową Coachellą, imprezą, która odbywa się w Kalifornii i jest ważną prognozą przed właściwym sezonem festiwalowym, w Barcelonie zauważyć można było już na pierwszy rzut oka znacznie mniejszy nacisk na oprawę wizualną koncertów. O ile na kalifornijskiej pustyni nie tylko największe zespoły, ale i wykonawcy z drugiego czy trzeciego festiwalowego szeregu, zachwycali widzów imponującymi wizualizacjami, pokazami laserowymi i holograficznymi czy rozbudowanymi scenografiami, w Barcelonie nie było tego prawie wcale.

W niektórych przypadkach postawienie wyłącznie na muzykę i sceniczną ekspresję przyniosło świetne efekty, w innych - mniej lub bardziej bolesne rozczarowania. Najboleśniejszym był z pewnością występ najbardziej oczekiwanego w Barcelonie zespołu, angielskiej grupy Radiohead. W sobotni wieczór na największej festiwalowej scenie, przed potężnym tłumem widzów, zagrała ona koncert niemal zupełnie pozbawiony dramaturgii, dynamiki i spójności.

Radiohead na festiwalu PrimaveraRadiohead na festiwalu Primavera materiały prasowe

Bunt pryszczatych

Wydumany, przeintelektualizowany i przesadnie napuszony koncert żywej legendy współczesnej sceny alternatywnej miał zresztą na festiwalu bardzo ciekawy rewers. Na jednej z małych scen pierwszego wieczoru wystąpiła formacja Car Seat Headrest, jedno z najciekawszych odkryć amerykańskiej sceny alternatywnej w ostatnich latach. To zespół Willa Toledo, młodego artysty, który w krótkim czasie nagrał ponad tuzin płyt. I nie chodzi tylko o ilość: trudno na nich znaleźć choć jeden utwór, który nie byłby oryginalny, intrygujący czy co najmniej zwracający uwagę. Taki talent zdarza się nader rzadko - nic więc dziwnego, że amerykańska branża muzyczna zdążyła się już zachwycić zespołem: prestiżowa wytwórnia Matador błyskawicznie wydała mu dwie świetne płyty, showcase’owe festiwale biły się o jak najwięcej jego występów. W Barcelonie Europa miała szanse nadrobić tę zaległość.

A Toledo - okazję, żeby pokazać co myśli o schematach, na których opiera się scena muzyczna. Jego zespół przez cały koncert bezlitośnie parodiował Radiohead: muzycy przedstawili się jako ta formacja, poszczególne utwory zapowiadali tytułami jej przebojów, a na koniec zagrali własną wersję jednego z nich, który znacznie bardziej sprawiał wrażenie parodii niż hołdu.

Po co to wszystko? Najwyraźniej, żeby powiedzieć głośno: „Dobrze, starsi panowie, mieliście swój czas, a teraz ustąpcie miejsca, jesteśmy młodzi i mamy nowe piosenki”. Bezczelne? Oczywiście, ale jeśli pisze się tak znakomite utwory, jak ten chłopak i gra się tak wciągające koncerty, można sobie pozwolić na bezczelność.

Toledo wyraźnie dał sygnał: nadchodzi muzyczna zmiana warty, czas na utalentowanych twórców pozbawionych cienia tradycyjnej, a nawet i tej alternatywnej, rockowej charyzmy, takich jak on sam czy jak Greta Kline, liderka formacji Frankie Cosmos, inna artystka, którą zachwyca się dziś amerykańska branża muzyczna. I wszystko wskazuje na to, że ambitny rock alternatywny może mieć wkrótce pryszczatą twarz Toledo. Koncert w Barcelonie był kolejnym dowodem na to, że warto zapamiętać mało wybredną nazwę jego zespołu.

Jest duch, ale nie ma uczuć

Nieco dyskusyjny okazał się występ zespołu LCD Soundsystem, tak jak dyskusyjny jest jego niedawny powrót na scenę po kilku latach od deklaracji o zakończeniu działalności.

Z jednej strony był to koncert niemal perfekcyjny. Przez prawie dwie godziny nowojorscy mistrzowie bardzo oryginalnego podejścia do muzyki tanecznej przedstawili wszystkie swoje przeboje, porywając wielotysięczny tłum pod sceną do tańca.

Ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że coś tu jednak nie gra, że czegoś brakuje. Że gdzieś wyparowała istota i sens istnienia tego zespołu i dziś jest on już tylko wydmuszką: bardzo efektowną, ale pustą w środku.

Z pewnością proces ten nie sięgnął tak daleko jak np. w przypadku grupy The Smashing Pumpkins, która dziś jest parodią samej siebie i na koncertach odstrasza wielu dawnych fanów. W dzisiejszej odsłonie LCD Soundsystem nadal czuje się ogień, ale jakby trochę brakowało w niej prawdy. Tak jakby muzycy już tylko grali piosenki LCD Soundsystem, ale nie byli już do końca LCD Soundsystem. Jeśli komuś to nie przeszkadza, będzie się na tegorocznych koncertach tej grupy bawił przednio, bo jej dawne przeboje są wyborne i znakomicie zagrane.

Na koncert do pracy

Patrząc nieco szerzej, występ LCD Soundsystem można uznać za część większego zjawiska, które było wyraźnie widoczne na Primaverze i zaczyna pojawiać się na festiwalach coraz częściej. Chodzi o koncerty, które są nienaganne pod względem technicznym, ale brakuje w nich ducha i ognia. Trzeba to uznać za objaw nasilającej się coraz mocniej komodyfikacji takich wydarzeń, tworzenia z nich produktów o zakładanym z góry charakterze, przebiegu i jakości. Tak, żeby wszystko się zgadzało, a klient wychodził z poczuciem, że dostał to, za co zapłacił i nie szedł do kasy z zażaleniem i żądaniem zwrotu pieniędzy za bilet.

Tego typu koncerty są na swój sposób znakomite, niemal doskonałe, ale jednocześnie chłodne jak towary wyciągnięte z lodówki w supermarkecie, pozbawione emocji, zaskoczenia, poczucia bliskości.

W Barcelonie taki był choćby występ zespołu Beirut: muzycy wyszli na scenę, idealnie odegrali taki sam repertuar, jak na wszystkich innych koncertach na najnowszej trasie, wypowiedzieli kilka wyświechtanych formułek, stawiając tym samym znaczek w rubryce „kontakt z publicznością” i tyle. Po tym koncercie w głowie nie zostawało nic, tym bardziej nic nie zostawało też, patetycznie rzecz ujmując, w sercu.

Beirut na festiwalu PrimaveraBeirut na festiwalu Primavera materiały prasowe

Dla tych, którzy pamiętają koncerty tego zespołu sprzed kilku lat, czasem marne czy wręcz fatalne pod względem wykonania i brzmienia, ale kipiące od emocji, ta perfekcyjna katarynka z Barcelony musiała być bolesnym rozczarowaniem. Lider grupy, który kiedyś wyrywał sobie na scenie serce i podawał je widzom na dłoni, dziś przychodzi na koncert jak do pracy w korporacyjnym biurze. Garnitury, w których występowali muzycy w Barcelonie, stawały się w tym kontekście bardzo symboliczne, nawet jeśli to bardzo tani symbolizm.

Dziewczyny utalentowane i nieprzewidywalne

Na szczęście nie wszyscy na dzisiejszej scenie podporządkowują się żelaznym wymogom rynku. Na szczęście wychodzenie poza schemat wciąż zdarza się nie tylko tym, którzy dopiero debiutują i wiedzą, że po pierwsze muszą czymś zwrócić uwagę widzów, a po drugie - na małych klubowych scenach można sobie pozwolić na więcej nieprzewidywalności i szaleństwa. Na szczęście zdarza się to także tym „większym”, bardziej popularnym wykonawcom.

Jednym z najlepszych przykładów na Primaverze był z pewnością występ zespołu Savages. Był kolejną okazją, żeby przekonać się, że to jeden z najważniejszych i najciekawszych „dużych” zespołów, o jakie w ostatnim czasie wzbogaciła się scena muzyczna, zespołem, którego koncerty długo się pamięta.

W przypadku Savages kluczem wydaje się przede wszystkim wychodzenie poza schemat, standard i banał. Członkinie grupy przenoszą nawet na największe festiwalowe areny dużą część spontaniczności i gorączkowości występów w małych klubach. Te cztery dziewczyny zanim trafiły na wielkie festiwale długo zdobywały doświadczenie w mało prestiżowych ciasnych klubach w małych miastach. I pewnie dlatego tak skutecznie budują dziś na swoich koncertach rzadko spotykane napięcie i coś jeszcze ważniejszego - poczucie wspólnoty.

Savages na festiwalu PrimaveraSavages na festiwalu Primavera materiały prasowe

W Barcelonie nie było inaczej. Od tego widowiska nie sposób było oderwać wzroku: basistka i gitarzystka grupy przyciągały swoją chłodną wyniosłością i nieprzystępnością, perkusistka odgrywała swój stały, choć zawsze niepowtarzalny spektakl, a wokalistka nie pozwalała widzom ani przez moment oderwać wzroku od sceny. Bo ani przez moment nie było wiadomo, co teraz zrobi: wygłosi jakiś radykalny feministyczny manifest, wyzwie widzów na emocjonalny pojedynek czy po prostu wściekle rzuci się w tłum.

Pozornie nieobecne, pozostałe dziewczęta z zespołu, były przez cały czas czujne i natychmiast reagowały na kolejne prowokacje wokalistki, idąc pewnie za nią i dając jej wsparcie: kiedy przekomarzała się z tłumem, „zatrzymywały” piosenkę i ruszały z podwójna mocą, kiedy rzucała się w tłum i kpiła z grawitacji unosząc się nad głowami widzów.

Obezwładniająca intensywność muzyki grupy, połączona z radykalnym przekazem i temperaturą na scenie, nie po raz pierwszy zaowocowała jednym z najlepszych koncertów na festiwalu.

Harvey przeciwko wojnie, Wilson na przekór wiekowi

Jak przystało na jeden z największych festiwali na świecie, Primavera obfitowała w momenty ciekawe i godne zapamiętania, a przynajmniej interesujące. Takie jak choćby mocny koncert PJ Harvey, która z wieloosobowym składem - na poły: zespołem kameralnym, na poły: marszową orkiestrą wojskową - przedstawiła program oparty przede wszystkim na materiale z dwóch ostatnich płyt. Takie jak choćby występ grupy Moderat, zamykającej główną scenę: taneczny i emocjonalny jednocześnie, szkoda, że ozdobiony doskonale znanymi z poprzednich tras wizualizacjami. Takie jak choćby wzruszający występ Briana Wilsona, który łamiącym się głosem śpiewał piosenki ze swej, wydanej równo pół wieku temu, płyty „Pet Sounds”. Takie, wreszcie, jak koncerty punkowych zespołów Beach Slang i Downtown Boys, gorące od zaangażowania emocjonalnego w pierwszym przypadku i politycznego w drugim.

Na festiwalu jak co roku obecni byli także polscy artyści i przedstawiciele Instytut Adama Mickiewicza - za sprawą prowadzonego przez tę instytucję projektu Don't Panic! We're From Poland już od kilku lat przedstawiciele polskiej sceny mogą się w Barcelonie prezentować międzynarodowej publiczności. Tym razem do Katalonii wybrali się członkowie trzech projektów: Stara Rzeka, RSS Boys i Merkabah. Dwie ostatnie formacje miały okazję wystąpić dwa razy: na festiwalowej scenie przeznaczonej dla młodych talentów i na koncertach klubowych. Polacy przyciągnęli relatywnie sporą publiczność, a ich występy spotkały się z dość ciepłym przyjęciem, świetnie wpisując się w ducha barcelońskiego festiwalu, dającego możliwość zapoznania się z twórczością pochodzącą spoza najważniejszych miejsc na muzycznej mapie świata.