Tak było na Open'er Festival. Red Hot Chili Peppers, Dawid Podsiadło i... Euro

Kilka znakomitych koncertów, przykre konsekwencje niefortunnego zbiegu z meczami piłkarskimi, długie kolejki po opaski i jedzenie - głównie to zostanie w pamięci po tegorocznym festiwalu Open'er.

Do historii przeszła kolejna, piętnasta już, edycja festiwalu Open’er, który od wielu lat odbywa się na gdyńskim lotnisku Kosakowo w Babich Dołach. Edycja udana, choć nie pozbawiona zgrzytów i wad.

Open'er Festival 2016 - Glastonbury po polskiOpen'er Festival 2016 - Glastonbury po polski Open'er Festival 2016 /RENATA DĄBROWSKA

Dwa bieguny koncertowej doskonałości

Pod względem artystycznym tegoroczny Open’er miał bardzo mocny program. Najważniejszy był z pewnością występ zespołu Red Hot Chili Peppers. Grupa zaprezentowała ogromną świeżość, energię i naturalność, o co w przypadku wielkich gwiazd z tak długim stażem nie zawsze jest łatwo. Ci muzycy mogliby po prostu przyjechać i poprawnie odegrać kilka swoich przebojów, ale postanowili dać publiczności o wiele więcej: całą swoją witalność, radość wspólnego grania na scenie, swoją bezpretensjonalność. Owszem, w repertuarze koncertu były wielkie przeboje, ale były także zupełnie swobodne i spontaniczne improwizacje. Tak, jakby muzycy chcieli powiedzieć: „Rzeczywiście, jesteśmy wielkimi gwiazdami, ale tak naprawdę wciąż drzemią w nas dzikie nastolatki, które lubią wspólnie robić hałas”.

W jakimś sensie na przeciwległym biegunie artystycznej ekspresji postawić można drugie najważniejsze wydarzenie muzyczne tegorocznego festiwalu, imponujące multimedialne widowisko zespołu Sigur Ros. Było to bardzo precyzyjnie przygotowane przedstawienie, na które złożyło się kilka uzupełniających się elementów: muzyka, wizualizacje, scenografia i efekty świetlne. Robiło wielkie wrażenie zarówno swoją niezwykłą formą, jak i poruszającym, ekologicznym przesłaniem.

Obowiązkowi, nieoczywiści, bijący rekordy

Do Gdyni przyjechało kilku wykonawców, którzy w tym roku odwiedzają wszystkie ważniejsze festiwale, a ich występy stanowią swego rodzaju „program obowiązkowy”. To m.in. takie formacje jak: LCD Soundsystem, Foals czy Chvrches - niezawodne koncertowe maszyny, które i w Gdyni wypadły znakomicie.

Miał też tegoroczny Open’er w swoim programie kilka pozycji zaskakujących i nieoczywistych, kilka zaś - nie do końca pasujących do swojego dotychczasowego charakteru. Wśród tych pierwszych najważniejszy był z całą pewnością Pharrell Williams, producent, który na tego typu imprezach pojawia się raczej rzadko. Zaproszenie tego mistrza popu było kolejnym open’erowym ukłonem w stronę tego gatunku. Kiedyś spotykały się one z mieszanym przyjęciem - tak było choćby pięć lat temu w przypadku Prince’a, dziś raczej nie budzą już kontrowersji.

Publiczność podczas występu Pharrella WilliamsaPubliczność podczas występu Pharrella Williamsa Publiczność podczas występu Pharrella Williamsa /RENATA DĄBROWSKA

Do dzisiejszej festiwalowej formuły zdawały się nie pasować za to występy wykonawców o wiele bardziej - rzec by można - offowych niż cała reszta programu, takich jak m.in.: Kurt Vile, Mac DeMarco czy zespół At The Drive-In. Wszyscy oni dali w Gdyni znakomite koncerty, ale można było odnieść wrażenie, że lepiej pasowałyby na jakiś inny, bardziej kameralny festiwal.

Organizatorzy Open’era znakomicie wyczuli natomiast rosnącą z sezonu na sezon koniunkturę na rodzimą młodą scenę. Bardzo dobrze się stało, że zaprosili do Gdyni całą jej czołówkę i spory zestaw młodych talentów. Występy Polaków przyciągały spory tłum, a koncert Dawida Podsiadły na scenie namiotowej pobił jej wszelkie dotychczasowe rekordy frekwencyjne.

Futbol wygrywa z muzyką

Cieniem na tegorocznym festiwalu położyło się zamieszanie spowodowane faktem, że odbywał się on w tym samym czasie, co ważna faza Euro. Takie konflikty zdarzają się coraz częściej i organizatorzy festiwali muszą sobie z nimi jakoś radzić. W tym przypadku poradzili sobie nie najlepiej.

Festiwalowicze kibicuja naszym w meczu 1/4 finalu Euro 2016 we FrancjiFestiwalowicze kibicuja naszym w meczu 1/4 finalu Euro 2016 we Francji Festiwalowicze kibicuja naszym w meczu 1/4 finalu Euro 2016 we Francji /BARTOSZ BAŃKA

Po pierwsze, nie zajęli jasnego stanowiska wobec obecności mistrzostw na festiwalu. Najpierw organizatorzy ogłosili, że strefy kibica na Open’erze nie będzie, potem jednak, w ostatniej chwili, zdecydowali się ją zorganizować. Działała na terenie festiwalu, a jej funkcjonowanie w mocny sposób zdezorganizowało imprezę, zwłaszcza w czwartkowy wieczór, kiedy polska reprezentacja grała w czasie występu grupy Red Hot Chili Peppers.

To, że duża część publiczności ruszyła pod wielki ekran już przed meczem nie było jeszcze wielkim problemem, ale masowy odpływ widzów spod sceny w kulminacyjnym punkcie koncertu był co najmniej mało uprzejmy wobec muzyków. Na dodatek utrudnił lub wręcz uniemożliwił spokojne oglądanie koncertu tym, którzy byli nim zainteresowani.

Drugi, bardzo poważny błąd organizatorów w związku z transmisją meczu, to kompletne zignorowanie zagranicznej części publiczności, której obecnością zawsze się szczycą. Miała ona w tym czasie do wyboru albo piłkę nożną albo... koncert Marii Peszek, artystki nie istniejącej poza rodzimą sceną, której twórczość bez znajomości polskiego kontekstu jest zupełnie niezrozumiała. Dla osób, które przejechały pół Europy dla muzyki, konieczność zabijania sporej ilości czasu w strefach gastronomicznych była co najmniej nieciekawa i może w jakimś stopniu zaważyć na ich przyszłorocznych decyzjach co do festiwalowych podróży.

Festiwal jak kolonie letnie

To powinna być dla organizatorów festiwalu tak dużego jak Open’er ważna lekcja, sięgająca znacznie dalej niż same mistrzostwa piłkarskie. Mocno daje bowiem do myślenia fakt, że mecz okazał się dla uczestników festiwalu ciekawszy niż występ zupełnie wyjątkowej gwiazdy. To część szerszego zjawiska, które coraz wyraźniej widać od lat na tego typu imprezach: koncerty ogląda tylko część uczestników festiwalu, a reszta na nim po prostu jest, spędza czas, spotyka się ze znajomymi, korzysta z najróżniejszych pozamuzycznych atrakcji. Spora część publiczności jest zainteresowana muzyką tylko w niewielkim stopniu, część nie interesuje się nią wcale.

To oznacza konieczność poważnych modyfikacji programowych tego typu imprez, za sprawą których koncerty zejdą na dalszy plan, kosztem innych atrakcji. Czysto muzyczny charakter zachować będą mogły w przyszłości festiwale małe, niszowe, specjalistyczne, a Open’er, jeśli będzie chciał utrzymać swoje rozmiary, będzie musiał iść raczej w stronę imprez takich jak budapeszteński Sziget, który jest raczej kolonią letnią z różnymi rekreacyjnymi aktywnościami, niż festiwalem muzycznym, czy Woodstock - zlot młodzieży, podczas którego muzyka jest tylko dodatkiem.

Dobra organizacja z potknięciami

Tegoroczna edycja Open’era była, jak zawsze, sporym wyzwaniem organizacyjnym, któremu zaprawiony w bojach zespół produkcyjny imprezy podołał raczej sprawnie. Udało się uniknąć większych problemów, nawet w obliczu tak poważnych niebezpieczeństw jak pożar jednego z foodtrucków. Było o włos od tragedii - płomienie zaczęły już docierać do kilku butli z gazem. Spore zagrożenie niosła też potężna sobotnia burza, która była bliska powalenia kilku elementów festiwalowej infrastruktury.

Pożar foodtrucka w strefie gastronomicznejPożar foodtrucka w strefie gastronomicznej Pożar foodtrucka w strefie gastronomicznej /JAN RUSEK

Nie udało się oczywiście uniknąć kilku organizacyjnych niedociągnięć. Szkoda, tym bardziej, że media i sami uczestnicy sygnalizowali je już przy okazji poprzednich edycji. W kontekście potężnego organizacyjnego wyzwania, jakim jest tak duża impreza, to oczywiście drobiazgi, ale takie, które potrafią mocno uprzykrzyć życie uczestnikom. Chodzi np. o potężne kolejki do punktów wymiany opasek, doskwierające zwłaszcza tym, którzy dotarli na teren festiwalu pierwszego dnia imprezy.

Były też kolejki w strefach gastronomicznych. Być może, jak twierdzili organizatorzy w poprzednim roku, punktów przygotowujących jedzenie jest nominalnie więcej, niż dawniej, ale wiele z nich to foodtrucki. A ich obecność na tak dużej imprezie nie ma zupełnie sensu. Niewielkie rozmiary, mała ilość pracowników i maszyn sprawiają, że niezależnie od pory dnia i nocy w wielu z nich czas oczekiwania na jedzenie rzadko spadał poniżej 45 minut.

A kwestie higieniczne? Pod tym względem Open’er z roku na rok zaczyna coraz bardziej oddalać się od europejskich standardów. Nie dość, że cały system nadal oparty jest na toitoiach, na świecie coraz częściej zastępowanych przenośnymi toaletami z bieżącą wodą, co gorsza - przy niektórych strefach toaletowych nie było instalacji wodnych, ale mikroskopijne przenośne pojemniki z wodą. Kończyła się ona zaraz po otwarciu terenu festiwalu i nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek próbował ją uzupełniać.

Chodzi wreszcie np. o drukowany festiwalowy informator. Pół biedy, że był wyjątkowo nieporęczny: wydrukowanie go w formie wielkiej płachty powodowało, że szukanie informacji wymagało umiejętności godnych mistrza origami. Gorzej, że dezinformował czytelnika: jedna ze scen w ogóle nie była umieszczona na mało czytelnej mapie festiwalowego terenu, a rozkład godzinowy wydrukowany był tak, że łatwo było się pomylić, szukając godzin rozpoczęcia koncertów.

Bolesny koniec teatru

Mimo wrażenia sporego rozmachu, po bliższym przyjrzeniu się, tegoroczny Open’er okazywał się nader... skromny. Widać to było po wielkości festiwalowej infrastruktury, liczbie scen, a także ilości wykonawców, którzy się na nich pojawili.

Jednym z największych ciosów było dla festiwalu poważne ograniczenie jego części teatralnej. W zasadzie oznaczało ono zniszczenie świetnego projektu, który organizatorzy wymyślili kilka lat temu i skutecznie realizowali do ostatniej edycji. W tym roku zdecydowali się jednak nie instalować specjalnych namiotów teatralnych. Do tej pory były one ustawiane na granicy terenu festiwalowego, poza jego obrębem. W tym roku spektakle - tylko trzy - odbywały się w festiwalowym kinie, co kilkakrotnie zmniejszyło ilość potencjalnych widzów.

Deszcz, nawałnica i oberwanie chmury na Open'erze.Deszcz, nawałnica i oberwanie chmury na Open'erze. Deszcz, nawałnica i oberwanie chmury na Open'erze /RENATA DĄBROWSKA

Mało tego, organizatorzy zrobili najgorsze, co mogli zrobić - przenieśli godziny odbywania się spektakli z popołudniowych na wieczorne. Część teatralna festiwalu straciła tym samym sens. Kiedyś spektakle można było obejrzeć w spokojnym czasie, przed koncertami. W tym roku się z nimi pokrywały. Odpowiedź publiczności była dość wymowna: w tym roku przychodziło jej do teatru o wiele mniej. W niektóre wieczory na spektakle można było bez problemu wejść bez żadnych rezerwacji - w obliczu kolejek i gigantycznego zainteresowania z poprzednich lat, była to poważna porażka.

W zawody z mikrusami

„Na Open’erze występuje bardzo mało wykonawców” - to jeden z częściej powtarzających się komentarzy uczestników tegorocznej imprezy. Czy słusznych?
Na trzech open’erowych scenach głównych codziennie występowało ok. 4-6 wykonawców, w tym ok. 2-3 polskich. Porównując to ze statystykami innych festiwali od razu widać, że z gigantami pokroju Glastonbury czy Roskilde, gdzie na dziesięciu scenach występuje po dziesięciu wykonawców dziennie, Open’er równać się w żadnym stopniu nie może.

Nie wytrzymuje też za nic konkurencji z nieco mniejszymi, ważnymi festiwalami, porównywalnymi pod względem ilości widzów, czyli np. niemieckim Hurricane czy brytyjskim Reading. Tam i scen jest więcej (cztery w pierwszym, pięć w drugim przypadku), i występów można na nich zobaczyć co najmniej dwa razy tyle, co w Gdyni. Nawet fakt, że Open’er jest o jeden dzień dłuższy, nie daje mu ilościowej przewagi nad tymi imprezami.

Te dane stawiają w tej dziedzinie Open’era w jednym szeregu z europejskimi mikrusami w kategorii dużych festiwali, takimi jak choćby Primavera Sound w Porto, gdzie sceny są cztery, a wykonawców dziennie około pięciu.

Open’er coraz mniejszy

W gruncie rzeczy Open’er miał w tym roku tylko trzy sceny - mniej niż jakikolwiek z liczących się festiwali europejskich. Pozostałe miejsca określane przez organizatorów scenami tak naprawdę były: po pierwsze, promocyjnym projektem firmy oponiarskiej, przewożonym z festiwalu na festiwal po całej Europie, za którego instalację na Open’erze organizatorzy festiwalu zainkasowali, jak się można domyślać, spore pieniądze; po drugie, przestrzenią imprezową, gdzie grali rodzimi DJ-e; po trzecie, salą projekcyjno-kinową; a po czwarte, wybiegiem modowym. Jeśli dodać do tego zlikwidowanie namiotów teatralnych, nie da się ukryć: Open’er w tym roku zmniejszył się znacząco.

Opener Festival 2016Opener Festival 2016 Opener Festival 2016 /RENATA DĄBROWSKA

Może nie znajduje to pokrycia w liczbach bezwzględnych, dotyczących budżetu czy ilości sprzedanych biletów. Nie wiadomo, nie da się tego sprawdzić, bo agencja Alter Art, w przeciwieństwie do firm przygotowujących inne imprezy tego typu, bezwzględnie odmawia od lat publikowania takich danych. Ale na poziomie programowym i infrastrukturalnym zmniejszanie rozmiarów festiwalu staje się bezdyskusyjnym faktem.

Czy to problem? Żaden. Przecież nikt nie oczekuje, że Open’er będzie największym festiwalem w tej części Europy. O wiele ważniejsze jest to, żeby był ciekawy pod względem programowym i dobrze zorganizowany. A te dwie sprawy w tym roku udały się w stopniu więcej niż zadowalającym.

Komentarze (6)
Tak było na Open'er Festival. Red Hot Chili Peppers, Dawid Podsiadło i... Euro
Zaloguj się
  • marczii

    Oceniono 2 razy 0

    To był mój pierwszy raz na festiwalu muzycznym, a przyjechałam dla 2 zespołów...Sigur Ros oraz Beirut. Oba koncerty były fantastyczne, wystarczyło mi, że usłyszałam ulubione kawałki na żywo. Ciarki na ciele, emocje jak nigdy w życiu. Co do samego festiwalu, to wróciłam z pozytywnymi wspomnieniami. Nie lubię tłumów, a na festiwalu je przeżyłam. Pozytywna atmosfera, dużo muzyki, mało snu, to z pewnością na plus :) Na minus 2 h stania w dwóch kolejkach po opaskę pierwszego dnia, delikatnie mówiąc...przegięcie...

  • offal

    Oceniono 4 razy 2

    "Woodstock - zlot młodzieży, podczas którego muzyka jest tylko dodatkiem". Co roku to czytam panie Gulda. Może daj już sobie człowieku spokój i olej ten dla ciebie niszowy (a największy w PL i może EU) festiwal. Nie podoba się to nie, podniecaj się Primaverą czy innym hipsterskim zlotem dla 1000 osób, gdzie muzyka to dodatek do lansu i pochwalenia się opaską na ręku.

  • niedlapoprawnosci

    Oceniono 6 razy 6

    ciąg dalszy...

    To nie jest już dla mnie jednak ważne. Za rok wybiorę się tylko za granicę. Jest w czym wybierać. I na jakieś małe festiwale. Bo na dużych festiwalach owszem można "zaliczyć" więcej koncertów, ale poczuć, dotknąć, przeżyć? To ja już wolę kluby czy właśnie mniejsze festiwale, gdzie inaczej podawana jest muzyka.

    O meczu się nie wypowiadam, bo temat wydaje mi się nieco naciągany, choć piłki nie oglądam i wybrałem koncert (nie tak doskonały według mnie jak pan Gulda pisze) to problem wydaje mi się mocno nadmuchany. I to rozrywka i to rozrywka. A jak zespół bierze ponad milion euro (jak wywnioskowałem ze słów MZ) kasy to naprawdę nie ma się o co obrażać. Poza tym Opener jest w swoim cynicznym podejściu do ludzi podobny do UEFA. Na teren festiwalu jak wiadomo nie można wnieść nic do jedzenie (powiedzmy, że ok, ale ceny jedzenia były mocno na wyrost) i picia (nie ok. na przykład w moim przypadku, gdy muszę ze względów zdrowotnych pić dużo). Cenowo to juz kompletne szaleństwo bo jeśli się doda cenę karnetu, dojazd, nocleg, plus wyżywienie (dużo droższe niż w domu) i picia (a nie pijam alkoholu podczas koncertów) to wchodzi kosmos. A przecież i piłka i rock'n'roll to była rozrywka dla mas, często zbuntowanych i biednych mas. Dziś staje się rozrywką klasy średniej albo i wyżej. O to chodzi w futbolu i rock'n'rollu??? Na pewno?

    Organizacyjnie było słabo. Pierwszy dzień dla wielu osób był sądny. Znajomi zdążyli na PJ Harvey na styk. Jechali z daleka, jak zawsze, bo inaczej się nie dało. I nie jak zawsze stracili ponad 2 godziny na bramkach. Smutne było to, że pierwszy dzień zdominowały rozmowy o wtopach AA nie o muzyce. Osobny temat to ochrona. Z roku na rok coraz bardziej chamska, arogancka. Widziałem w ty roku wyjątkowo duży złych zachowań ochrony. Widziałem bezradność ludzi, którzy próbowali się poskarżyć, ale nie mieli do kogo i widziałem chamskie uśmiechy ochrony, że oni tu rządzą. Jeżdżę po wielu festiwalach, ale tak chamskiej ochrony nie ma nigdzie. Raz zwróciłem uwagę panu, że zachowuje się niestosownie to jego koledzy wzięli mnie niemal na kontrolę osobistą i obmacali mnie w sposób upokarzający z triumfującym uśmiechem. Usłyszałem także, że zaraz mogę nie wejść na teren festiwalu, bo oni tutaj decydują. Powiedzmy sobie jednak szczerze, kuliłem ogon i poza tym jednym incydentem nie miałem kłopotów, ale tylko dlatego, że przy każdej kontroli zaciskałem zęby ze złości. Z tego też powodu nie wychodziłem poza teren festiwalu bo przyjemność "obcowania" z ochroną każdorazowo odbierała przynajmniej pół godziny zabawy.
    Szkoda, że dziennikarze nie są w stanie na własnej skórze odczuć działań ochrony. Bo jeśli w najbliższym czasie AA coś z tym nie zrobi, to ludzie przestaną na takie festiwale przyjeżdżać. I żeby nie było, rozumiem środki bezpieczeństwa, ale jak się ma bezpieczeństwo do ewidentnego chamstwa, tych którzy rzekomo mieli nas chronić? Dlatego jak dla mnie organizacyjnie dwója.

    Koncertowo na plus PJ Harvey, Tame Impala, LCD, Sigur, Savages. Fakt szkoda na tak wielkie przestrzenie Maca D. Kurta. Trochę zawód At the Drive In. Nieporozumienie TLSP, Kygo i M83. Reszta spoko lub mniej spoko (bo ile można się jarać Foals, którzy fajnie grają, ale już za często). Ale w pamięci to chyba tylko LCD i odrobinę PJ. Ciut za mało jak na najlepszą od lat edycję...

  • niedlapoprawnosci

    Oceniono 11 razy 7

    Byłem siódmy raz. Po raz pierwszy dokładnie 10 lat temu. I więcej nie pojadę. Między innymi dlatego, że ten festiwal przestaje być festiwalem muzycznym. Podobno była rekordowa frekwencja. A na chyba najlepszym koncercie tegorocznego Openera LCD były pustki. To, gdzie byli ci ludzie? W strefie gastro, na silent disco etc. To po co przyjeżdżali? Żeby zrobić fotki, oznaczyć się na FB i pobyć w modnej miejscówce. Pamiętam, że 10 lat temu przyjeżdżało się do Gdyni dla muzyki. O muzyce się rozmawiało, polecało wykonawców, na bieżąco dyskutowało. Pojechałem wtedy ze względu na Sigur Rós. Tamten koncert był niezwykły. tegoroczny niby też, ale obok waliły basy i łupanie przeszkadzało w odbiorze muzyki. Widziałem SR już 5 razy. Ten był najbardziej denerwujący i na swój sposób dla mnie symboliczny bo dla nich 10 lat temu dotarłem na Opener i po ich tegoroczny koncercie powiedziałem dość

    Na Opku trudno się słucha muzyki. Ludzie przyjeżdżają tutaj albo się polansować albo zrobić pogo. Niezależnie kto gra. Foals, RHCHP Pharell (?). Ważne, że były młyn, żeby zespół grał głośno, skocznie itp. Nie mam nic przeciwko zabawie, ale walić pogo do każdego skocznego taktu? Serio? I tak, w tym kontekście śpiewający z półplaybacku Pharell był dla części publiki ok. A to, że śpiewał słabo? Jakie to miało znacznie. Było rozpoznawalnie i happy. Można było pośpiewać. Nie to, co z Sigur Rós. A ja się zastanawiam - naprawdę nie było w ofercie lepszej jakościowo gwiazdy pop??? O Kygo nawet nie wspomnę. Nie kupuję konwencji muzyki z laptopa na dużej scenie festiwalu. Chyba, że są to Chemical Brothers.
    Było blisko 100 wykonawców, ale koncertów, które pozostaną w pamięci niewiele. Może 2. Do tego kilka na plus. I tyle. Tylko tyle. A ja do dziś pamiętam ten pierwszy koncert SR. Ten sprzed 10 lat.
    Mikołaj Ziółkowski śmieje się, gdy słyszy o kryzysie wielkich festiwali. Albo jest krótkowzroczny i nie widzi, co się dzieje, albo rżnie głupa (co akurat potrafi). Opener stał się przeraźliwie modny. Szczególnie wśród bogatych małolatów z wielkich i średnich miast. Stał się też ich festiwalem, festiwalem rozwydrzonej i rozpuszczonej dziatwy klasy średniej, która dojrzewała w czasach, gdy Opener był "od zawsze". Oni nie pamiętają sytuacji, gdy koncert zagranicznej gwiazdy był wydarzeniem (a to nie było przecież tak dawno). Dlatego pierwsze Openery były świętem muzyki, dziś są miejscem zabawy, spotkań, lansu, obowiązkowych selfie, instagramów, snapchatów itp. Koniecznie trzeba się na nim pokazać i to pokazać modnie.
    Nie mówię, że to dotyczy wszystkich. Ale mam wrażenie, że właśnie została przekroczona masa krytyczna, że właśnie teraz już zaczynają na festiwalu dominować ci, którzy poza 2-3 zespołami przyjeżdżają tam z zupełnie niemuzycznych powodów. A mody mają to do siebie, że przemijają i szybko nudzą. Wystarczy czasami jakaś głupia akcja na FB i może się nagle okazać, że selfie z Openera jest symbolem obciachu. Kto wtedy będzie przyjeżdżał na Opka??? Ta publiczność już raz omal nie puściła z torbami AA, dwa lata temu, gdy Orange poszedł łatwą ścieżką AA. Warto o tym pamiętać. cdn....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX