LCD Soundsystem zagrało najlepszy koncert Open’era? [SONDA]

Ile koncertów, tylu faworytów, i to jest właśnie w festiwalach najpiękniejsze. Wystawię się jednak na strzał i pokuszę się o częściowo (a może jednak mocno?) subiektywny ranking występów na Open'er Festival 2016. A jakie są wasze opinie?

1. LCD Soundsystem

Jasne, słyszałem kiedyś o LCD Soundsystem, ale jakoś nie po drodze było mi z ich tanecznym punkiem. Nawet przygotowując się do tegorocznego Open’era, nie byłem w stanie przekonać się do muzyki nowojorczyków. Głupio jednak nie udać się na koncert jednej z głównych gwiazd imprezy, zwłaszcza że alternatywa – m.in. z uwagi uszczuplony pod względem liczebności artystów program – była akurat niewielka.

I co? I nawet jeśli James Murphy większość występu przestał bez ruchu i nie wydawał się mieć siły na jakieś spektakularne szaleństwa na scenie, to prawdziwa rozwałka miała miejsce pod sceną. Można dziwić się wokaliście, że był w stanie ustać w miejscu przy swoich kompozycjach, skoro nikt inny nie zdołał zachować spokoju. To chyba jeden z tych zespołów, który o swojej wielkiej sile rażenia przekonuje szczególnie podczas występów na żywo. Zresztą, najlepiej występ podsumuje jeden z najbardziej „lajkowanych” komentarzy tegorocznej edycji festiwalu.

Facebook - profil Open'er FestivalFacebook - profil Open'er Festival Facebook - profil Open'er Festival

2. Wiz Khalifa

Dobiegający trzydziestki ziomek Snoop Dogga wrócił po czterech latach do Gdyni i na dobre odpalił piątkową imprezę. Wcześniej sądziłem, że trzeci dzień festiwalu okaże się najsłabszym, ale – i właśnie takie zaskoczenia wszyscy lubimy – stało się zupełnie odwrotnie! Oczywiście, Wiz Khalifa nie wyskoczył nagle nikomu spod ziemi, ale nie spodziewałem się, że jego show okaże się aż taką wiązanką hitów!

„See You Again” ze ścieżki dźwiękowej do „Szybkich i wściekłych”, „Young, Wild & Free”, „We Dem Boyz” czy „Black and Yellow” - setlisty, przy której publiczność gibała się i skakała jak szalona, pozazdrościć mógłby mu niejeden raper. Przy tak bogatym repertuarze, Wiz mógł pozwolić sobie nawet na pominięcie paru przebojów. Nie tylko publika była zadowolona z koncertu – chociaż okrzyki w stylu „jesteście najlepszą publicznością, jaką widziałem” są już obowiązkiem wszystkich muzyków na każdym przystanku trasy koncertowej, to szeroki uśmiech Khalify na widok tego, co wyrabiało się mimo wczesnej godziny pod główną sceną (i ciągnęło jeszcze bardzo daleko za nią), nie mógł być udawany.

3. Paul Kalkbrenner

Dlaczego ten pan nie miał przy sobie żadnych "prawdziwych" instrumentów i czym tak naprawdę zajmował się na scenie? Takie stanowisko wydawała się przedstawiać grupka młodych mężczyzn, zajmująca na nocno-porannym koncercie niemieckiego muzyka miejsce w rzędzie - jeżeli o jakimkolwiek porządku i rzędach mogła tu być mowa - tuż za mną. Wydaje się jednak, że jeszcze przed nastaniem dnia panowie w duchu przepraszali artystę za kpiące komentarze o „wirtuozerskim przekręcaniu gałki” i „perfekcyjnym wciskaniu przycisku”, bo podeszwy ich butów przez ostatnich kilkadziesiąt minut przeżyły niezłe piekło i absolutnie nikt nawet na chwilę nie przerywał dynamicznego pływania w rytm dźwięków, dobiegających z głośników.

Opener Festival 2016Opener Festival 2016 Opener Festival 2016 /RENATA DĄBROWSKA

Nie sądzę, aby ktoś mógł poczuć się zawiedziony potańcówką zorganizowaną przez Kalkbrennera. Niespodzianek na liście utworów nie było, ale chyba właśnie tego oczekiwali akolici Paula. I chociaż Niemiec znany jest z tego, że zawsze gra na żywo i nie potrafi ukryć przyjemności czerpanej z rekonstruowania swej muzyki na scenie, to gdy ogromna owacja wyrwała go zza kulis do ostatniego ukłonu, uśmiech Kalkbrennera zdradzał świadomość doskonale wykonanego zadania. I zadowolenie na widok wyczerpanych, ale szczęśliwych festiwalowiczów.

4. Dawid Podsiadło i Caribou (ex aequo)

Że Dawid Podsiadło to jedno z największych objawień polskiej sceny muzycznej ostatnich lat, uświadomiłem sobie już jakiś czas temu. Ale dlaczego część moich znajomych nie odpuszcza żadnego jego koncertu? Czy to normalne, by jechać na festiwal w celu zobaczenia występu rodzimego artysty? Open’erowy koncert Podsiadły dał jasną odpowiedź na wszystkie pytania. Co więcej, trzymający doskonały kontakt z publiką Podsiadło sprawił, że spóźniłem się na być może najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ – wspominanego wyżej Paula Kalkbrennera. To chyba wystarczy za cały komentarz.

Nie mogę jednak nie oddać sprawiedliwości Kanadyjczykowi znanemu jako Caribou, który „uratował czwartek”. Największymi gwiazdami tego dnia byli przecież... reprezentanci Polski, po których pechowym odpadnięciu z Euro można było udać się prosto na koncert grupy Beirut. Bardzo było miło, ale, umówmy się, kiepski to sposób na strząśnięcie z siebie przykrych emocji. Dopiero zamykający dzień zestaw większych i mniejszych przebojów Caribou, zwieńczony arcydługim „Sun”, pozwolił wytańczyć łzy i zapomnieć o finale przygody biało-czerwonych na mistrzostwach Europy. Przy okazji, Caribou niechcący pokazał, jak wiele brakuje jeszcze grającym na festiwalu polskim grupom, uprawiającym podobną muzykę, do klasy światowej.

Wyróżnienie: Florence + Kygo + Inni

Na wyróżnienie zasługuje jeszcze co najmniej Florence + The Machine, ale Brytyjka miała o tyle „ułatwione” zadanie, że mało kto nie zna co najmniej dziesięciu przebojów artystki i na jej superprofesjonalnym poziomie, z takim repertuarem, wierną armią fanek z wiankami na głowach oraz przy pierwszym naprawdę wielkim występie festiwalu trudno było zagrać kiepski koncert. Podobnie, niespodziewany headliner w osobie Kygo z pewnością udźwignął zamykającą festiwal dyskotekę, chociaż zawiedzionych takim pożegnaniem z Gdynią nie brakowało.

Open'er 2016Open'er 2016 Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta

Na festiwalu muzycznym najfajniejsze jest jednak to, że każdy może odkryć swojego faworyta i wcale nie muszą to być wielkie gwiazdy, występujące na Main Stage. Równie dobrze można było na Open'erze wpaść w technotrans na Beat Stage albo zakochać się w jakimś młodziutkim talencie, próbującym przypodobać się potencjalnym fanom na Firestone Stage (bardzo żałuję, że - z większych wykonawców - nie dotarłem na koncert Grimes, a także ominęła mnie jatka w wykonaniu At the Drive-In). Dla mnie takim objawieniem było LCD Soundsystem, ale to akurat nie jest trudna miłość.

A kto twoim zdaniem dał najlepszy koncert festiwalu?