Honne: jesteśmy dość śmiali, jeśli chodzi o kwestie seksualne

Właśnie nagrali najbardziej sensualną, czy wręcz seksualną płytę ostatnich lat, niedługo zagrają swoje pełne erotycznej energii piosenki na swym pierwszym koncercie w Polsce. Muzycy grupy Honne opowiadają o tym, jak powstawał ich debiutancki, jeszcze ciepły, album. 

Przemysław Gulda: Wasza debiutancka płyta, która właśnie się ukazała, zatytułowana jest „Warm On a Cold Night”. Jaki jest wasz ulubiony sposób na to, żeby ogrzewać się podczas zimnych nocy? 

Honne: Jeśli słyszałeś naszą muzykę, mamy wrażenie, że doskonale znasz odpowiedź na to pytanie!

Kiedyś powiedzieliście, że jesteście w stanie komponować tylko nocami. Czy przy pracy nad albumem też tak było?

HonneHonne Mat. prasowe / http://festival.soundrive.pl/artysci/honne/

Kiedy zaczynaliśmy grać w zespole, wciąż jeszcze pracowaliśmy na pół etatu w ciągu dnia. A więc do robienia muzyki mogliśmy zabierać się dopiero po powrocie do domu - zaczynaliśmy popołudniami i zawsze przeciągało się to do nocy. Dziś nie musimy już grać nocami, ale czasem, kiedy pracujemy nad wyjątkowo nastrojowymi piosenkami, zdarza nam się zasłaniać szczelnie zasłony, stawiać w rogu pokoju małą lampę i w ten sposób stwarzać sobie nocny nastrój. Bo nie mamy wątpliwości, że to bardzo wpływa na klimat piosenki.

Od kiedy mogliśmy całkowicie zaangażować się w granie w zespole, często zdarza się nam komponować w dzień i jesteśmy przekonani, że doskonale słychać różnicę - choćby w takich utworach jak np.: „Good Together” czy „Gone Are The Days”. 

 

Na początku pracowaliście osobno, wymieniając się pomysłami i dogrywając kolejne partie do waszych utworów. Czy wasza piosenki nadal powstają w ten sposób? Na czym polega jego wyższość nad wspólną pracą w studio?

Tak, wciąż jesteśmy przekonani, że w ten sposób pracuje nam się najlepiej. Obaj lubimy mieć czas i przestrzeń na to, żeby próbować różnych rzeczy bez żadnej presji. Kiedy produkujesz jakiś utwór czasem masz ochotę spróbować czegoś zaskakującego, co może sprawić, że piosenka stanie się bardzo interesująca albo zniszczy ją całkowicie. A do takich eksperymentów zdecydowanie potrzeba prywatności.

Andy ma dodatkowo specyficzny sposób nagrywania linii wokalnych: musi być sam, siedzi w ciemności i śpiewa. To nie są sytuacje, w których ktoś lubi być podglądany, a więc to prawie zawsze dzieje się w samotności. 

Wasza muzyka jest bardzo często określana jako „pościelowa” czy wręcz seksualna. Czy wydaje wam się, że takie opinie są uzasadnione? Czy taki mieliście zamiar, kiedy pisaliście wasze piosenki?

 

Tak, to bardzo uzasadnione przekonanie. Wydaje nam się zresztą, że to część szerszego traktowania naszych piosenek jako muzyki do słuchania w nocy. Bez dwóch zdań bardzo nas cieszy, że słuchacze znajdują tego typu emocje w naszych piosenkach. Nie ma co ukrywać: rzeczywiście jesteśmy w codziennym życiu dość śmiali, jeśli chodzi o kwestie seksualne i bardzo się cieszymy, że to przenika do naszej muzyki.

Wasza wersja muzyki soul znacznie się różni od klasyki sprzed kilku dekad, przede wszystkim na poziomie brzmienia - używacie przecież głównie elektroniki. Jak dużą inspiracją jest dla was kanoniczny soul z lat 60-tych i 70-tych? Jak radzicie sobie z kwestią przeniesienia tamtych brzmień na syntezatory i komputery? 

Jeśli chodzi o piosenki z tamtych czasów, najbardziej fascynuje nas to, jak bardzo ich brzmienie skoncentrowane było na wspaniałych głosach wokalistów, niesionych świetnymi melodiami i progresjami akordów. Taka interpretacja tamtej muzyki bardzo mocno wpłynęła na nasz sposób myślenia o własnych piosenkach: chcieliśmy, żeby można było odsunąć na bok całą produkcję i zostać po prostu ze wspaniałym utworem: zachwycić się jego świetną linią wokalną, którą można wykonać przy minimalnym akompaniamencie pianina. Taki sposób pisania piosenek ozdobiliśmy następnie czymś, co uważamy za własne, oryginalne brzmienie, oparte na syntezatorach, liniach basu. Wydaje nam się, że efekt jest dość unikatowy.

 

Wszystko, co związane jest z waszą muzyką: teksty, oprawa graficzna czy wideoklipy, zdaje się mieć bardzo osobisty wymiar. Jak ważny jest dla was tak duży poziom autentyczności i szczerości, który widać na każdym kroku we wszystkim, co robicie?

Ekstremalnie ważny! Wszystkie nasze piosenki są rzeczywiście niezwykle osobiste i mają dla nas ogromne znaczenie, nic więc dziwnego, że przykładamy wielką rolę do tego, żeby wszystko, co z nimi związane, było dokładnie takie, jak zaplanujemy. Jesteśmy w stanie posunąć się naprawdę daleko, żeby zapewnić sobie taki efekt.

Jak dużym wyzwaniem było dla was przeniesienie tego, co robiliście w warunkach studyjnych, na scenę? Jak sprawdziło się poszerzenie waszego brzmienia: uzupełnienie elektroniki żywymi instrumentami?

Już na długo przed naszym pierwszym koncertem mieliśmy bardzo jasną wizję tego, że nasza odsłona sceniczna musi mieć znacznie bardziej koncertowy, żywy charakter. Na koncertach pojawiamy się więc nie tylko my, ale także perkusista, basista i wokalistka wykonująca chórki. Ta rozbudowana formuła bardzo nam się podoba. Energia na scenie jest znacznie większa, niż można się spodziewać, słuchając naszej płyty. I mamy wrażenie, że to działa - na naszych koncertach zawsze panuje znakomita atmosfera.

Zespół Honne będzie jedną z największych gwiazd festiwalu Soundrive Fest, który odbędzie się w gdańskim klubie B90 (Gdańsk, ul. Doki 1) w dniach 1-3 września. Angielska formacja zaprezentuje się drugiego dnia, w piątek, 2 września.