Bardzo pechowy Off Festival. Plaga odwoływanych w ostatniej chwili koncertów

Zakończyła się kolejna edycja Off Festiwalu. Z założenia pozbawiona wielkich nazw i nazwisk, przyniosła sporo mocnych wrażeń dla tych, którzy na scenie muzycznej szukają spraw nietypowych, nieoczywistych, czy wręcz dziwnych.

Tegoroczny katowicki Off Festiwal był bardzo pechowy, jeśli chodzi o wykonawców: tuż przed jego rozpoczęciem swój występ odwołała grupa The Kills. Wśród fanów, którzy mieli już w ręku bilety do Katowic, albo byli już wręcz w drodze, rozległ się bardzo głośny jęk zawodu. A okazało się, że to był dopiero początek smutnej i długiej serii odwołań i - w najlepszym razie - opóźnień występów festiwalowych wykonawców. Koniec końców w Katowicach nie wystąpiło dwóch z trzech headlinerów (także Anohni) i spory zestaw artystów, którzy mieli się prezentować na mniejszych scenach.

Festiwal, anonsowany w tym roku przez Artura Rojka jako impreza bez headlinerów, okazała się więc pozbawiona ich w przenośni, ale i jak najbardziej dosłownie. Dla wielu innych wydarzeń tego typu, adresowanych do zwykłych słuchaczy, mógłby to być gwóźdź do trumny, jak przełknie to off-owa publiczność, uważana za taką, która do Katowic przyjeżdża nie dla "dużych" nazw, okaże się zapewne w przyszłym roku, kiedy ruszy sprzedaż karnetów.

Kero Kero BonitoKero Kero Bonito Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Przypadkowi bohaterowie

W tej sytuacji, zupełnie niezasłużenie, bohaterami festiwalu zostali muzycy grupy Islam Chipsy. Owszem, jej występ można było uznać za nieco ekscentryczną ciekawostkę, ale nic więcej - była to bardzo prosta, niemal prymitywna, monotonna i ostentacyjnie kiczowata muzyka, oparta na dźwiękach rodem z ośmiobitowych gier komputerowych, nieco ożywiona żywymi partiami perkusyjnymi.

W ciągu kilku godzin po swoim występie na jednej z mniejszych scen, zespół zaczął zdobywać niemal kultowy status wśród polskich słuchaczy - media społecznościowe zrobiły swoje. Ukoronowaniem tego błyskawicznego procesu był drugi występ zespołu: w obliczu nieobecności jednego z headlinerów oraz wykonawcy, który miał go zastąpić, organizatorzy postanowili zaprosić Islam Chipsy na główną scenę. Ten zaszczyt, którego w niczym nie uzasadnia muzyka grupy, może stać się dla niej początkiem sporej kariery w Polsce.

Dla każdego coś intrygującego

A przecież na Offie zaprezentowało się w tym roku o sporo wykonawców, których występy były na tyle oryginalne i ciekawe, że znacznie bardziej zasługiwałyby na takie honory ze strony organizatorów.

Lightning BoltLightning Bolt Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Choćby grupa Lightning Bolt, ekstremalny duet basowo-perkusyjny, który zaprezentował godzinę niezwykle intensywnego grania, pozbawionego jakichkolwiek ozdobników, melodii czy refrenów. To było raczej testowanie możliwości percepcyjnych słuchaczy, z których sporo uciekało z namiotu, zatykając uszy. To było raczej testowanie własnych, niemal ekwilibrystycznych umiejętności używania instrumentów. To była godzina poszukiwań granicy pomiędzy dźwiękami generowanymi przez radykalną sekcję rytmiczną, a pozbawionym śladu kontroli hałasem.

Mniej więcej na drugim muzycznym i estetycznym biegunie była propozycja zespołu Kero Kero Bonito. O ile Lighning Bolt ewokował skojarzenia z piekielna otchłanią, trio z Londynu grało raczej coś, co mogło być bezpretensjonalnym i pozbawionym pustych sentymentów soundtrackiem do dziecięcego pokoju. Pełne swoistego uroku piosenki z prostymi, infantylnymi tekstami, na żywo sprawdziły się znakomicie. A wokalistka z azjatyckimi korzeniami ani przez moment nie traciła świetnego kontaktu z publicznością.

Miłośnicy ekstremalnych dźwięków z pewnością docenili koncert gwiazdy z prawie czterema dekadami na karku  - zespołu Napalm Death i świeżego objawienia rodzimej sceny black metalowej - krakowskiej grupy Mgła. Sporo osób przyciągnął też przezabawny występ kalifornijskiej formacji Fidlar, grającej przebojowe skate-punkowe piosenki z tekstami stylizowanymi na wyznania kompletnych życiowych abnegatów.

Basia BułatBasia Bułat Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Ci, którzy woleli raczej spokojniejsze dźwięki, świetnie bawili się natomiast  na koncertach dwóch, zupełnie różnych singer songwriterek: Basi Bułat i Jenny Hval. Miłośnicy tanecznej elektroniki mieli swoje pięć minut podczas wyśmienitego koncertu duetu Rysy, który każdym kolejnym występem udowadnia, że nie ma dziś sobie w Polsce równych.

Mnóstwo emocji na minutę

Ostatniego dnia imprezy na głównej scenie zagrał jeden z najważniejszych zespołów odradzającej się w ostatnim czasie sceny emo, przedstawiciel mocno punkowej odmiany tej muzyki, amerykańska grupa Beach Slang. Ze sceny jeden po drugim płynęły wypełnione po brzegi gorącymi emocjami piosenki z przebojowymi refrenami i tekstami, pod którymi może podpisać się każdy, kto chce, jak głosi refren jednego z utworów grupy, "czuć się młody i pełen życia".

To właśnie owa przebojowość i te pełne bezpretensjonalnej szczerości teksty, poparte równie naturalnym zachowaniem się muzyków na scenie sprawiły, że zespół w rodzimych Stanach w rekordowo krótkim czasie wyrósł na sporą alternatywną gwiazdę. W polskich warunkach ten mechanizm nie zadziałał zupełnie. Grupa nie doczekała się tu większego zainteresowania, a to, że na jej katowicki koncert wybrało się trochę osób, zawdzięczać należy po części edukacyjnemu wymiarowi festiwalu - po ogłoszeniu mniej znanych wykonawców festiwalowi bywalcy sprawdzają ich muzykę, ale chyba bardziej temu, że w tym czasie nic się na Offie nie działo - inny wykonawca, który miał właśnie zacząć swój koncert, opóźnił go o kilka godzin.

Beach SlangBeach Slang Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Na scenie muzycy, jak zawsze, zdawali się wyrywać sobie serce z piersi i podawać je widzom na dłoni - wokalista grupy dzielił się co chwila swoją radością: a to z tego, że tyle osób przyszło na koncert, a to z tego, że znają i śpiewają piosenki grupy.

- Nawet nie wiecie, jaka to przyjemność być tyle mil od domu, a czuć się tak bardzo... jak w domu - mówił. - To pierwszy koncert naszej europejskiej trasy, dzięki wam tak dobrze się ona zaczyna. Zakochaliśmy się w Polsce i to jest wasza wina!