Amerykańskie media muzyczne zwariowały na jego punkcie. Dlaczego?

Od kilku dni wiele serwisów muzycznych nie pisze o niczym innym. Dziennikarze analizują punkt po punkcie najnowsze poczynania artysty znanego jako Frank Ocean.

Właśnie ukazała się najnowsza płyta jednego z najbardziej interesujących artystów na współczesnej scenie nowoczesnego, elektronicznego r’n’b. Frank Ocean w ostatniej chwili zmienił jej tytuł na „Blonde”. Ale ta niespodziewana modyfikacja to tylko jeden z najmniej istotnych aspektów tego wydawnictwa, który drobiazgowo opisują amerykańskie media muzyczne. Czytając je można odnieść wrażenie, że od kilku dni nie zajmują się niczym innym.

Krótka droga na szczyt

Po raz pierwszy o tym artyście - który wówczas tak naprawdę nazywał się Christopher Edwin Breaux, dopiero niedawno formalnie zmienił nazwisko i dziś ma w dokumentach wpisany swój artystyczny pseudonim - świat usłyszał zaledwie kilka lat temu.

Na początku dekady wydał swój pierwszy materiał - mixtape, na który zwróciła uwagę część muzycznej prasy, poszukiwacze talentów z wytwórni Def Jam, która wznowiła ten materiał pod swoim szyldem, a przede wszystkim - największe gwiazdy współczesnego hiphopu: Kanye West i Jay Z. Wschodząca gwiazda r’n’b pojawiła się na ich wspólnej płycie „Watch The Throne”, co natychmiast katapultowało tego muzyka na zupełnie inny poziom rozpoznawalności i sławy - jego debiutancki album z miejsca stał się jedną z najbardziej oczekiwanych płyt 2012 roku.

 

Kiedy materiał „Channel Orange” ujrzał wreszcie światło dzienne, okazało się, że w pełni zaspokoił wysokie oczekiwania: recenzje były znakomite, a miejsca na listach „najważniejszych płyt roku 2012” - bardzo wysokie. Ocean postanowił iść za ciosem - już w lutym 2013 roku ogłosił, że zaczyna prace nad kolejną płytą. Tłumy fanów i żądni ważnych nowości krytycy musieli czekać aż do teraz.

Niekończące się niespodzianki

I to z pewnością jest jeden z powodów nadzwyczajnego zainteresowania najnowszym wydawnictwem Amerykanina. Fakt, że muzyk po tak wysoko ocenianym debiucie kazał czekać na swoje nowe piosenki ponad cztery lata - „Channel Orange” ukazał się w lipcu 2012 roku - sprawił, że kiedy data premiery zaczęła się zbliżać, w mediach się zagotowało.

Dziennikarze, czekając na możliwość przesłuchania nowych nagrań, zaczęli analizować wszystko, co się wokół nich działo. A okazało się, że działo się wyjątkowo dużo. Oto bowiem na kilka dni przed oczekiwanym udostępnieniem nowych piosenek, artysta zupełnie nieoczekiwanie wydał... zupełnie inną płytę. W piątek, 19 sierpnia, w serwisie streamingowym firmy Apple opublikowany został „Endless”, materiał określany jako „visual album”. Skonfundowani dziennikarze zastanawiali się, czy to jest to, o czym artysta mówił od kilku lat, czy to jakiś poboczny projekt.

Promocja przez zamieszanie

Na wyjaśnienie trzeba było czekać tylko 24 godziny - w sobotę światło dzienne ujrzała właściwa płyta, zatytułowana „Blond”. Nie był to oczywiście koniec wątpliwości i pytań: w niektórych miejscach album pojawił się jako „Blonde”, a tytuł, pod którym był wcześniej anonsowany, czyli „Boys Don’t Cry” okazał się nazwą wytwórni, która wraz z Def Jam firmuje płytę. Nieco zaskakujący okazał się także sposób dystrybucji obu płyt: oficjalnie można ich posłuchać jedynie w serwisie Apple Music i kupić w wirtualnym sklepie iTunes Store.

Frank OceanFrank Ocean Jordan Strauss / AP / AP

Jeśli zaś chodzi o fizyczną płytę, w dniu premiery rozdawana była w czterech zaimprowizowanych stoiskach, tzw. pop-up store, działających w Los Angeles, Nowym Jorku, Chicago i Londynie. Można tam było otrzymać wielostronicowy magazyn, który zawierał mnóstwo materiałów związanych w ten czy inny sposób z płytą, a na okładce umieszczony był krążek CD. Żeby jednak pogłębić zamieszanie, szybko okazało się, że to, co się na nim znalazło poważnie różniło się od wersji cyfrowej - na fizycznym nośniku nie było wielu utworów, za to pojawiły się dwa nieobecne w serwisach internetowych. 

Imponująca lista współtwórców

Ale oczywiście media nie zainteresowały się płytą tylko dlatego, że była wydana w dość niecodzienny i nie do końca jasny sposób. Kolejnym ważnym tematem medialnych doniesień dotyczących „Blond” była lista współpracowników jej autora. Tym bardziej, że jest naprawdę długa i wypełniona po brzegi nazwiskami wielkich gwiazd albo postaci co najmniej zaskakujących. Do tych pierwszych z pewnością zaliczyć trzeba przede wszystkim takich artystów jak: Beyonce, Kanye West, Pharrell Williams, David Bowie, Jamie XX, James Blake, Jonny Greenwood. Do tych drugich - choćby japońskich raperów, znanych jako KOHH i Loota, do tej pory popularnych raczej tylko na azjatyckim rynku muzycznym.

Imponująca jest także lista realizatorów, którzy przyczynili się do tego, jak brzmi „Blond”. To m.in.: Sam Petts-Davies, który współtworzył brzmienie najnowszego albumu grupy Radiohead, Joe Visciano, odpowiedzialny za realizację „Blackstar” Davida Bowiego, Bob Ludwig, prawdziwa legenda, człowiek, który współpracował z całą plejadą wielkich rockowych gwiazd, od Led Zeppelin i Rolling Stones do Nirvany.

Tak długiej i tak imponującej listy współpracowników dawno nie miała żadna płyta. Zainteresowanie mediów jest więc w tym przypadku całkowicie uzasadnione. A drobiazgowe śledztwa, w którym utworze i w jakiej formie pojawiają się poszczególni goście, będą jeszcze pewnie długo zajmować dziennikarzy i zwykłych internautów.

Płyta wbrew hałasowi

Promocja promocją, lista gości listą gości, ale czy poza tym wszystkim rzeczywiście jest o czym pisać? Czy ta płyta broni się po prostu jako płyta? Oczywiście w pewien sposób - niezależnie od tego jak brutalnie to brzmi - nie ma to żadnego znaczenia.

Mechanizm został już nakręcony: kolejni recenzenci będą powtarzać to, co przeczytali do tej pory w tekstach na temat tej płyty - że jest bardzo oczekiwana, że jest wydana w niecodzienny sposób, że w jej powstaniu uczestniczył cały pluton wielkich postaci, ergo: nie sposób napisać o niej źle, a pod koniec roku nie sposób jej nie uwzględnić w zestawieniu płyt roku. Ocean w doskonały sposób wykorzystał tu wszystkie zasady, na których opiera się dziennikarstwo - nie tylko zresztą muzyczne - w dobie internetowej.

Co ciekawe, sama płyta zdaje się stać w pełnej sprzeczności z poziomem medialnego wrzenia, który się odbywa przy okazji jej wydania. Jest wyciszona w sposób odwrotnie proporcjonalny do hałasu wokół niej. To materiał bardzo skupiony, wycofany, refleksyjny i osobisty. Brakuje na nim nie tylko wielkich przebojów, ale nawet utworów, które mają szanse szerzej zaistnieć w radiu.

Żadna z tych piosenek nie trafi do reklamy, a jeśli do filmu, to tylko do jakiejś smutnej opowieści o ludziach w rozpaczy. W tym kontekście szczególnie ciekawie i przewrotnie wypada jeden z umieszczonych na płycie utworów, czy raczej przerywników - jeden z gości Oceana opowiada tam o tym, jak odległe stają się światy: realny i ten wirtualny w internecie. Ta płyta jest zupełnie inna niż szum medialny, który wokół niej narósł. Ale i tak, a może raczej: tym bardziej, warta jest uwagi.