Ich przeróbka Rihanny stała się hitem sieci. "To bzdura, że niszczymy rock'n'roll"

"Let's Talk About Sex", "I Believe I Can Fly", "Back For Good" - kto nie zna tych wielkich popowych przebojów z lat 90-tych. Muzycy z niemieckiej formacji The Baseballs przygotowali ich własne wersje, które znalazły się na płycie "Hit Me Baby...". Właśnie wybierają się na dwa koncerty do Polski, żeby zagrać je polskiej publiczności na żywo.

Przemysław Gulda: Wasz nowy album, zatytułowany „Hit Me Baby.”, to muzyczna podróż w przeszłość, do lat 90-tych. Byliście wtedy nastolatkami, a to okres niezwykle ważny w życiu, ale to przecież nie jedyny powód, dla którego ta dekada jest dla was na tyle ważna, żeby poświęcić jej całą płytę. Dlaczego właśnie lata 90-te?

Sam: Oczywiście, to że wszyscy trzej byliśmy wtedy nastolatkami było pierwszym powodem, żeby zainteresować się dziś na nowo tą dekadą. Chodziliśmy wtedy na dyskoteki, bawiliśmy się z przyjaciółmi. Tylko, że oni wszyscy słuchali muzyki, która wtedy była najmodniejsza, choćby tych wszystkich boysbandów czy dziewczęcych zespołów, a my siedzieliśmy już po uszy w rock’n’rollu. Ale na imprezach, na które z nimi chodziliśmy, słuchaliśmy oczywiście tego, co oni - nie było jak przed tym uciec. Można więc w pewnym sensie powiedzieć, że ta płyta to jest nasz sposób na to, żeby przepisać muzykę, do której słuchania byliśmy w jakiś sposób zmuszani, na stylistykę, którą kochamy.

 

Jak wybieraliście piosenki, które znalazły się na „Hit Me Baby.”? Czy były jakieś utwory, o których myśleliście, ale koniec końców nie trafiły na płytę?

Basti: Tak, na początku lista była naprawdę bardzo długa - było na niej około 50 utworów, które chcieliśmy przerobić po swojemu i nagrać na płytę. I naprawdę trudno było zrezygnować z któregokolwiek z nich. Koniec końców zdecydowaliśmy więc, że wybierzemy piosenki, z którymi każdy z naszej trójki ma jakiś emocjonalny związek. Czasem zdarzało się, że zaczynaliśmy pracować nad jakimś utworem i już w trakcie przygotowywania własnej wersji dochodziliśmy do wniosku, że to nie działa.

Tak było np. w przypadku „Step by Step” zespołu New Kids On The Block. Kiedy przyjrzeliśmy się jej bliżej, okazało się, że ma tylko jedną zwrotkę i refren, w przypadku rock’n’rollowego utworu byłoby to bardzo nudne, dlatego koniec końców zdecydowaliśmy się ją wykreślić.

Czy przerabianie piosenek na rock’n’rollową modłę, czyli coś, co robicie od początku waszej działalności, jeszcze wam się nie znudziło? Czy mieliście jakieś inne pomysły na nową płytę?

Sam: Kiedy zaczęliśmy myśleć o tej płycie, było dla nas jasne, że - podobnie jak poprzednie - będzie się składała z coverów. Nie wiedzieliśmy jednak do końca, jakich coverów. I rzeczywiście: chcieliśmy wymyślić coś, co sprawiłoby, że ten pomysł byłby wciąż świeży zarówno dla nas, jak i dla publiczności. Kiedyś, jadąc samochodem, usłyszeliśmy w radiu piosenkę Backstreet Boys, którą zaczęliśmy razem śpiewać. I to był właśnie ten moment, kiedy dotarło do nas, że znakomitym pomysłem będzie nagranie coverów utworów właśnie z lat 90-tych. Każdy, kto jest w naszym wieku, niezależnie od tego, czy je kocha czy nienawidzi, zna te utwory na pamięć. A dla nas przerabianie ich na naszą, rock’n’rollową modłę okazało się świetną zabawą.

 

Do tej pory zdarzało wam się przerabiać utwory zaczerpnięte z bardzo różnych przegródek gatunkowych: popowe, rockowe i inne. Czy są jakieś gatunki, których nie da się w ten sposób przerobić, jakieś gatunki za które nie weźmiecie się nigdy w życiu? 

Basti: Nigdy nie spróbujemy nagrać własnych wersji rock’n’rollowych klasyków. Oryginalne nagrania są bowiem tak pełne siły i magii, że nie ma najmniejszej szansy, żeby zagrać je na nowo tak samo dobrze. A przerabianie innych gatunków na rock’n’roll jest dla nas świetną zabawą. Im większy kontrast między oryginalnym gatunkiem i rock’n’rollem, tym lepiej wychodzą nam covery.

W Niemczech jest spore środowisko fanów oryginalnego rock’n’rolla z lat 50-tych. Jak reagują na wasz zespół? Czy cieszą się z tego, że promujecie ich ulubiony gatunek, czy też raczej to, co robicie jest dla nich bluźnierstwem?

Digger: Rzeczywiście, na niemieckiej scenie rockabilly nie brakuje takich, którzy uważają, że niszczymy rock’n’roll, bo jesteśmy za bardzo mainstreamowi i gramy covery. Ale to oczywiście wielka bzdura: bazujemy na rock’n’rollu z lat 50-tych i 60-tych: w tamtych czasach taka muzyka to był właśnie mainstream, a większość artystów grała covery. Nie chcę przez to powiedzieć, że stawiamy się na różni z mistrzami gatunku, raczej po prostu idziemy ich śladem. 

 

Sam: Nie, zupełnie nie. Podczas naszej poprzedniej trasy mniej więcej jedna trzecia programu poszczególnych koncertów to był nasz własny materiał. Grając te piosenki nie widzieliśmy, żeby publiczność gorzej się bawiła czy traciła energię. Sporo ludzi nawet śpiewało z nami refreny, co jest jedną z najwspanialszych rzeczy, które mogą się przytrafić muzykowi na koncercie.

Czy mieliście okazję zapytać autorów piosenek, których covery wykonujecie, co myślą o waszych wersjach? Docierają do was jakieś sygnały z ich strony?

Basti: Tak, dotarły do nas reakcje niektórych z tych wykonawców, m.in. Ushera, Katy Perry czy muzyków zespołu Roxette. Każdemu z nich bardzo się podobało to, co zrobiliśmy z ich utworami. Wydaje mi się, że to przede wszystkim dlatego, że nie kpimy sobie z tych piosenek, do każdej podchodzimy poważnie i próbujemy przetransponować ją na stylistykę, która najbardziej nam się podoba. Zawsze traktujemy te kompozycje z wielkim szacunkiem.