Ellie Goulding i Lana Del Rey podbiły serca widzów festiwalu Kraków Live

Dwie gwiazdy, dwie odmiany popu, dwie strony miłości - na festiwalu Kraków Live królowały kobiety: Ellie Goulding i Lana Del Rey.

W piątek i w bardzo deszczową sobotę odbywał się ostatni z dużych polskich festiwali w sezonie - Kraków Live. Na dwóch scenach zaprezentował się zestaw zagranicznych gwiazd, przede wszystkim takich, które reprezentowały rożne odmiany popu i hip hopu. Najwięcej emocji wzbudziły występy dwóch headlinerek: Ellie Goulding i Lany Del Rey, artystek, które zaprezentowały dwa oblicza popu - bardzo odmienne i odległe od siebie.

Królowa Ellie Goulding jak mała dziewczynka

Ellie Goulding przyjęła na scenie rolę "dziewczyny z sąsiedztwa": zwykłej, przystępnej, ciepłej i otwartej. Wyszła na scenę w stroju, w jakim pod barierkami bawiło się wiele jej fanek: w zwykłym, prostym, czarnym t-shircie i klasycznych martensach. W jej zachowaniu na scenie nie było niczego, co budowałoby dystans wobec publiczności, co stwarzałoby wrażenie wyniosłości i niedostępności. Bawiła się na scenie jak rozbrykana nastolatka, kiedy nie wykonywała przygotowanych wcześniej układów tanecznych, skakała, biegała, rzucała na wszystkie strony burzą blond włosów. Czasem brała do ręki gitarę i brawurowo wycinała na niej iście rockowe riffy.

Fani musieli być zachwyceni: artystka zaprezentowała zestaw najnowszych kompozycji, a druga część koncertu była prawdziwą paradą przebojów, których Goulding ma przecież w repertuarze całkiem sporo. Udowodniła swoim koncertem, że jest dziś jedną z najważniejszych i najciekawszych przedstawicielek klasycznego, tanecznego popu.
Kiedy w pewnym momencie zeszła do fosy, żeby przywitać się z widzami, jeden z nich wręczył jej... koronę, którą założyła na głowę i paradowała w niej przez kilka minut. Nie było najmniejszych wątpliwości: była królową tego wieczoru.

Królowa Lana Del Rey bez korony

Dzień później na tronie zasiadł jednak zupełnie kto inny: z iście monarszą gracją przejęła go Lana Del Rey, artystka zupełnie inna, budująca swój wizerunek na zupełnie innych fundamentach, reprezentująca znacznie bardziej mroczną, momentami wręcz posępną stronę popu.

Piosenki Goulding opowiadały o tej bardziej jasnej, nawet jeśli naznaczonej nieuchronną melancholią, sferze miłości. Lana za sprawą swoich utworów zabrała widzów na ciemną stronę. W jej mrocznych piosenkach miłość nieustannie przeplata się ze śmiercią, nic więc dziwnego, że i ich koncertowe oblicze było bardzo adekwatne do tego spotkania ekstazy z ostatecznością: minimalistyczna scenografia, stonowana oprawa świetlna i nastrojowe, często czarno-białe projekcje filmowe w tle. A przede wszystkim: sama artystka, która swoją bardzo subtelną, niemal wycofaną choreografię sceniczną, swoisty dystans, wyniosłość i niedostępność, łączyła, jak zawsze i nieco paradoksalnie, z niezwykle ciepłą relacją z widzami.

"Tak długo czekałam, żeby tu wrócić" - powiedziała wokalistka na początku swojego koncertu. Odpowiedział jej gigantyczny aplauz widzów. I tak było już do końca występu: publiczność wyjątkowo żywiołowo reagowała na każde słowo i gest artystki - nikt na tym festiwalu nie miał tak gorącego przyjęcia. To Lana Del Rey okazała się koniec końców - choć nie założyła korony - prawdziwą królową krakowskiej imprezy.

Wiedzieliście, że te światowe gwiazdy też wystąpiły w konkursie Eurowizji?

Więcej o: