Woodstock, Love Parade, Opole 2017... Festiwale, którym nie było dane powodzenie. "Rzućmy w tłum banknoty"

Miała być miłość i pokój, był rozgardiasz i płomienie. W serialu dokumentalnym "Totalny chaos: Woodstock '99", który zadebiutuje na Netfliksie 3 sierpnia, wrócimy do (niestety) pamiętnego lata, gdy w miasteczku Rome w stanie Nowy Jork chciwość pokonała wzniosłe cele i doprowadziła do festiwalowej katastrofy. Rzadkie materiały i wywiady z naocznymi świadkami wydarzeń ukażą kulisy trzech dni kompletnego bałaganu. Przypomną nam przy okazji, że zorganizowanie dobrego, bezpiecznego festiwalu to sztuka, za którą nie każdy powinien się zabierać.

Poniższy zaktualizowany tekst po raz pierwszy opublikowano w sierpniu 2019 roku.

***

Latem 2019 roku miały się odbyć obchody 50. rocznicy legendarnego festiwalu Woodstock. Piękna wizja zaczęła się sypać dość szybko - na kilka miesięcy przed wydarzeniem wycofał się główny partner finansowy, później inspekcja zdrowia stanu Nowy Jork nie wyraziła zgody na organizację imprezy masowej, aż wreszcie z występów (przeniesionych do Maryland) zaczęły rezygnować największe gwiazdy. Spoglądając na dotychczasową historię Woodstocka, może to i lepiej. Kto wie, czy organizacyjny chaos, który rozpętał się przed Woodstock 50, nie uratował festiwalowiczów przed brutalnym zderzeniem z rzeczywistością już na miejscu - tak jak dwadzieścia lat wcześniej, podczas 30. urodzin wielkiego święta muzyki.

Wielka klapa festiwalu Woodstock 50. Zamiast jubileuszu góra problemów i odwołane wydarzenie >>

Zobacz wideo OFF Festival otworzą wyjątkowe koncerty. Muzyką rozbrzmi m.in. willa Kilara

Festiwal miłości i pokoju wśród chaosu i płomieni

W lipcu 1999 roku miasteczko Rome w stanie Nowy Jork na kilka upalnych dni ugościło setki tysięcy osób, które chciały poczuć magię Woodstocku. Na próżno jednak było tam szukać "miłości i pokoju". Do najbardziej pamiętnych momentów kilkudniowej imprezy należy zaliczyć np. rzucanie w rozszalały tłum studolarowych banknotów przez zespół Insane Clown Posse czy apel Kida Rocka o zasypanie sceny plastikowymi butelkami z wodą (co publiczność zrobiła bez zająknięcia i tym samym zmusiła muzyków do ucieczki). Szalony koncert dała grupa Limp Bizkit - fani m.in. podawali sobie oderwane od sceny deski i wspinali się po metalowych rusztowaniach.

Z kolei podczas występu Red Hot Chili Peppers jako znak pokoju rozprowadzano świeczki - był to (bardzo głupi) pomysł organizacji działającej przeciwko powszechnemu używaniu broni palnej. Na festiwalowym polu zapłonęły ogniska, podpalono jedną z wież technicznych, dookoła przewracano samochody, a RHCP grali w tym czasie na bis cover utworu Jimiego Hendrixa pod tytułem… "Fire". Po całym wydarzeniu stało się jasne, że atmosfery Woodstocku z 1969 roku po prostu nie da się już powtórzyć. Dziennikarze szybko okrzyknęli końcówkę Woodstocku ‘99 "dniem, w którym umarły lata 90.".

W ubiegłym roku HBO Max udostępniło dokument "Woodstock '99: Miłość, pokój i agresja", który zabiera widzów prosto na sceny i za kulisy feralnej imprezy. Twórcy ukazali przy tym, jak do niezwykle napiętej atmosfery wśród publiczności przyczyniła się wszechobecna prowizorka, dokuczliwe upały, brak zaplecza sanitarnego i dostępu do wody pitnej. 3 sierpnia nieco inną, ale wciąż szokującą wersję tej historii pokaże Netflix - wtedy na platformę trafi film "Totalny chaos: Woodstock '99". Zwiastun obejrzycie poniżej:

 

Najlepsza impreza, która nigdy się nie zdarzyła. Zamiast luksusów obóz z kanapkami

Jako jeden z najgorszych "festiwali" na świecie na długie lata zostanie zapamiętany Fyre Festival z 2017 roku. Organizatorzy kusili obrazkami rodem z teledysków: rajskie wyspy, prywatne jachty, szampan lejący się strumieniami... Do współpracy zostały zaangażowane znane modelki i influencerki, m.in. Kendall Jenner, Bella Hadid czy Emily Ratajkowski. Szeroko zakrojona promocja w mediach społecznościowych zrobiła robotę, bo wejściówki na Fyre wyprzedały się błyskawicznie. Oferta zwalała z nóg - najtańsze bilety zaczynały się od 1000 dol., a najdroższe sięgały nawet 100 tys. dol. Obiecywano luksusowe domki i wille, koncerty wielkich gwiazd, przeloty prywatnymi boeingami… Wszystko wydawało się zbyt piękne, żeby było prawdziwe - i słusznie.

Kiedy uczestnicy festiwalu zostali przetransportowani na miejsce awionetkami, okazało się, że zamiast luksusowych domków są nieszczelne namioty z przemoczonymi materacami, zamiast wykwintnej kuchni - kanapki z żółtym serem i sałatą, zamiast koncertów - głucha cisza, bo żadni artyści nawet nie zostali zabukowani. W całym procederze zostały oszukane nie tylko setki przybyłych gości, ale też lokalni przedsiębiorcy i osoby pracujące dzień i noc nad ratowaniem festiwalowego Titanika. 

Współrganizator Fyre Festivalu, Billy McFarland, w marcu tego roku wyszedł z więzenia po czterech latach, gdzie odsiadywał karę za rozmaite finansowe machlojki (mężczyzna był np. zaangażowany w sprzedaż podrabianych biletów na inne wielkie imprezy i koncerty). Co ciekawe, jego ówczesny partner biznesowy - amerykański raper Ja Rule - wcale nie zraził się wielkim niepowodzeniem Fyre, a wręcz uważa, że był to "fantastyczny pomysł". Na dokładkę nie wyklucza, że zabierze się za organizację kolejnej imprezy. O Fyre powstały dwa filmy dokumentalne, które w detalach opisują niesamowity bałagan zza kulis. Platforma Hulu nakręciła "Fyre Fraud", gdzie udział wziął sam McFarland. Netflix zawtórował Hulu głośną produkcją "Fyre: Najlepsza impreza, która nigdy się nie zdarzyła".

Zakaz organizowania festiwali w Buenos Aires i największy proces sądowy w powojennej historii Niemiec

Na świecie nie brakuje przykładów festiwali, gdzie organizatorzy tak źle rozplanowali imprezę, że publiczność przypłaciła to zdrowiem i życiem. W 2016 roku w Buenos Aires w Argentynie odbył się festiwal muzyki elektronicznej Time Warp. Na wydarzenie przybyło o wiele więcej osób, niż się spodziewano. Bardzo wysoka temperatura nie ułatwiała funkcjonowania nikomu - w okamgnieniu rozpętał się chaos. Ludzie zaczęli mdleć dziesiątkami, karetki nie były w stanie przedostać się na teren imprezy. Na domiar złego podczas wydarzenia rozprowadzano wyjątkowo wadliwą odmianę ecstasy, która zabiła pięć osób. Impreza była przyczynkiem do tego, że w Buenos Aires oficjalnie zakazano organizowania festiwali muzyki elektronicznej. 

Jeszcze smutniejsze podsumowanie miała niemiecka Love Parade w 2010 roku. Jej format był wyjątkowy - kolorowa parada maszerowała przez ulice miasta, bawiąc się do zwariowanych rytmów. Przez kilka lat domem Love Parade był Berlin, ale w 2006 roku imprezę przeniesiono do Zagłębia Ruhry. Ostatnia edycja miała miejsce w znacznie mniejszym od poprzednich lokalizacji Duisburgu. Jedyne wejście na festiwal prowadziło przez tunel komunikacyjny o długości 400 metrów i szerokości niespełna 18 metrów, po którego przejściu należało wejść na strome schody.

Jak dziewięć lat temu podawał "Der Spiegel", organizację Love Parade w Duisburgu poprzedziła debata na temat bezpieczeństwa jej uczestników. Krytyczne uwagi zignorowano. Nie istniały najmniejsze szanse, że prawie półtora miliona osób przybyłych na imprezę pomyślnie przejdzie trasę. Tysiące osób z jednej strony próbowało się dostać na teren finału Love Parade, a z drugiej - uciec z przepełnionego tunelu. Wybuchła panika, w wyniku której 21 osób zostało stratowanych na śmierć, a ponad 650 zostało rannych. Po tragedii odwołano burmistrza miasta, a proces sądowy w tej sprawie był największym w powojennej historii Niemiec. Love Parade nie odbyła się już nigdy więcej "z szacunku do ofiar". 

Love Parade w Berlinie w 1999 roku, na 11 lat przed ostatnią, tragiczną edycjąLove Parade w Berlinie w 1999 roku, na 11 lat przed ostatnią, tragiczną edycją DAMIAN KRAMSKI/Agencja Wyborcza.pl

Polski akcent wśród festiwalowych kłopotów - "coraz mniej muzyki i coraz więcej polityki"

Kiedy po trzyletniej pandemicznej przerwie na krajową i światową koncertową mapę zaczęły wracać festiwale, miłośnicy muzyki tłumnie rzucili się do wspólnej zabawy. Wielkie emocje przeżyli w lipcu ci, którzy wybrali się na wyczekany Open'er Festival - znany choćby z tego, że rzadko kiedy jest mu po drodze z dobrą pogodą przez wszystkie cztery festiwalowe dni. Tym razem warunki atmosferyczne okazały się wyjątkowo ekstremalne - w piątek 3 lipca, kiedy na Open'erze miały zagrać m.in. Dua Lipa i Megan Thee Stallion, nad Gdynią rozpętała się silna burza z gradem.

Pierwszy raz w historii festiwalu konieczna była ewakuacja uczestników, która dla wielu zakończyła się... wyjściem na szczere pole. Inni trafili do miejskich autobusów, które zawiozły ich do Gdynia Areny - drogę powrotu na teren imprezy musieli znaleźć sami. Po kilku godzinach koncerty zostały wznowione, ale bez headlinerek. W ramach rekompensaty organizatorzy zaproponowali festiwalowiczom vouchery na zakup biletów na Open'era, ważne przez kolejne trzy lata. 

Zgoła inny przypadek spotkał w 2017 roku legendarny Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. To prawda - nie jest to festiwal, który przypomina charakterem wcześniej wymienione imprezy, ale zasługuje na odnotowanie jako najstarsze i najsłynniejsze polskie wydarzenie muzyczne. W swojej 56-letniej historii festiwal nie odbył się tylko raz - podczas stanu wojennego w 1982 roku. Niewiele brakowało, aby Opole zostało odwołane także pięć lat temu, i to po raz kolejny z powodów okołopolitycznych. 

Po tym, jak gruchnęła wieść, że Telewizja Polska - główny organizator festiwalu - podobno umieściła pewnych artystów na dyktowanej ich politycznym zaangażowaniem "czarnej liście" (władze TVP zaprzeczały - red.), swoje występy w Opolu odwołały dziesiątki gwiazd. Dodatkowo z konkursu "Premiery" zdyskwalifikowano utwór "Pismo" zespołu Dr Misio, którego wokalistą jest aktor Arkadiusz Jakubik. W teledysku muzycy są przebrani za księży, a klip pokazuje duchownych jako osoby chciwe i pazerne. Kontrowersyjna decyzja TVP wywołała kolejne protesty środowiska artystycznego. Z udziału w Opolu zrezygnowali prowadzący, a nawet reżyser i producent koncertów.

Niedługo potem prezydent miasta Opola zaproponował, że organizację z rąk TVP przejmie samo miasto jako właściciel marki "Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki - Opole". W maju 2017 roku Opole wypowiedziało jednak zawartą z TVP umowę dotyczącą organizacji festiwalu. Prezes Jacek Kurski nie złożył broni i ogłosił, że KFPP odbędzie się gdzie indziej i w innym terminie - jeszcze pod koniec maja mówiło się o Kielcach.

Festiwal koniec końców miał pomyślny finał, bo odbył się w Opolu we wrześniu zamiast czerwca, ale pod względem atrakcji było dosyć ubogo. Maryla Rodowicz dała jubileuszowy koncert, ale w pamięci widzów TVP szczególnie zapisał się recital Jana Pietrzaka, który w opolskim amfiteatrze grał... do pustych ławek. 

Jan Pietrzak podczas swojego koncertu z PRL-u do Polski w ramach 54. Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, 16.09.2017 r.Jan Pietrzak podczas swojego koncertu z PRL-u do Polski w ramach 54. Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, 16.09.2017 r. Fot. Roman Rogalski / Agencja Wyborcza.pl

Opole 2017 zapisało się w historii. Widzowie uciekali z koncertu Pietrzaka >>

Więcej o: