Jak powstawały najsłynniejsze świąteczne hity? "Jingle Bells" było przeznaczone na całkiem inną okazję

Muzyka to nieodzowny element świąt Bożego Narodzenia na całym globie. Właściwie każdy kraj ma własne klasyki i przeboje na ten magiczny czas, ale istnieje mocna grupa piosenek, które wybrzmiewają na kilku kontynentach. Za napisaniem wielu z nich kryją się ciekawe opowieści - postanowiliśmy przybliżyć wam ich garstkę.
Zobacz wideo

Pewne piosenki świąteczne przekroczyły geograficzne oraz językowe bariery i stały się szlagierami w wielu częściach świata. Ace Collins w książce "Stories Behind the Best-Loved Songs of Christmas" prezentuje historie stojące za największymi bożonarodzeniowymi hitami w USA, z których sporą część z nich śpiewamy także my. Do tego grona zaliczają się choćby "Jingle Bells", "Rudolph The Red-Nosed Reindeer" i "White Christmas". Poznajcie się z tymi utworami nieco bliżej.

Zobacz też: Mariah Carey z potrójnym rekordem Guinnessa. Wszystko dzięki piosence "All I Want For Christmas Is You" >>

"Jingle Bells". Co za radość, gdy z piosenki na Święto Dziękczynienia powstaje ponadczasowy przebój

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań… Chyba nie ma osoby, której od razu po przeczytaniu tych słów nie wpada do głowy melodia utworu "Jingle Bells". Wykonywali go najwięksi, m. in. Frank Sinatra, Bing Crosby, Ella Fitzgerald i Dean Martin. Po dziś dzień co roku nagrywają ją kolejni artyści - świetnie zrobił to choćby Michael Buble w duecie z The Puppini Sisters na uwielbianym przez miliony albumie "Christmas". A kto stoi za oryginałem? Niejaki James Pierpoint, który napisał "Jingle Bells" prawie 180 lat temu, ale bynajmniej nie z myślą o Bożym Narodzeniu.

Pierpoint, syn pastora Kościoła unitarian w Medford w stanie Massachussetts, był kompozytorem i pomagał ojcu, pracując z chórem kościelnym i instrumentalistami. Pewnego razu został poproszony o stworzenie specjalnego utworu na Święto Dziękczynienia. Muzyk usiadł przy oknie w poszukiwaniu inspiracji i zobaczył, jak młodzi chłopcy pomimo siarczystego mrozu świetnie się bawią na zewnątrz, zjeżdżając z górki na sankach wyposażonych w dzwoneczki. Zajęło go to na tyle, że za kilka godzin siedział już przy pianinie w domu pani Otis Waterman. Kobieta, słuchając melodii, powiedziała: "That is a merry little jingle you have there!" ("Co za wesolutka nutka!"). Pierpont wkomponował słowo "jingle" w swoje obserwacje z dnia pełnego śnieżnych zabaw i tak narodziła się piosenka "One Horse Open Sleigh". 

Następnie muzyk nauczył piosenki wokalistów chóru kościoła w Medford na mszę z okazji Święta Dziękczynienia. Wykonanie spodobało się zgromadzonym parafianom tak bardzo, że trzeba było powtórzyć występ na Boże Narodzenie. Wiele osób obecnych na nabożeństwie przekazało "One Horse Open Sleigh" członkom własnych wspólnot, a w 1857 roku Pierpont znalazł wydawnictwo chętnie do opublikowania piosenki znanej od tamtej pory jako "Jingle Bells", która rozniosła się po Stanach, a potem po całym świecie. Chociaż w tekście nie ma ani jednej wzmianki o świętach, utwór Pierponta stał się jednym z bożonarodzeniowych symboli i z pewnością pozostanie nim jeszcze na długo. A jak brzmi polska wersja "Jingle Bells"? Oddajmy głos amerykańskim żołnierzom, którzy podjęli się odśpiewania utworu w naszym języku i wyszło im to wprost kapitalnie:

"Rudolf czerwononosy". Jak bajka o wyjątkowym reniferze uczyniła wdowca z małą córką bogaczem

Jest Waleczny i Walczyk i Strzała i Swarek... Zefir, Kupidyn, Kometa i Śmiałek... Sławą przyćmił ich Rudolf z nosem, co w mroku lśni... Tak zaczyna się zapamiętana najlepiej w wersji polskiej w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego piosenka, którą wielu poznało pierwszy raz dzięki filmowi animowanemu "Rudolf, czerwononosy renifer" z 1998 roku. Rudolf to kolejny świąteczny symbol, zawsze kojarzony się ze Świętym Mikołajem - dzieciaki wiedzą, że Mikołaj powozi saniami z całym stadem reniferów, ale z imienia zazwyczaj znają tylko jednego.

 

Czerwononosy zwierz to wytwór wyobraźni Roberta Maya. W 1939 roku May pracował jako copywriter w firmie Montgomery Wards i zarabiał marne grosze, a miał na utrzymaniu śmiertelnie chorą żonę Evelyn i małą córeczkę Barbarę. Mężczyzna otrzymał od szefa MW zlecenie na napisanie wesołej świątecznej historyjki, którą będzie można umieścić w kolorowankach rozdawanych co roku przez firmę.

Którejś nocy czteroletnia Barbara zapytała, dlaczego mama nie może być taka, jak wszystkie inne. May zachodził w głowę, jak wytłumaczyć dziewczynce brutalne i smutne powody, dla których matka już się z nią nie bawi, nie jest w stanie być dla niej jakimkolwiek oparciem. Zaczął wspominać własne dzieciństwo i okres szkolny, gdy zawsze odstawał od rówieśników - jego życie nabrało sensu dopiero, gdy poznał i poślubił Evelyn. Rodzinną sielankę przerwał nowotwór, z którym walka pochłonęła wszelkie oszczędności.

Pomimo przeciwności losu Robert May chciał rozpalić w sercu małej Barbary nadzieję. Przypomniał sobie, że córka szalała za jeleniami, które widywała w zoo w Chicago. To zainspirowało go do wymyślenia historyjki o reniferze Rudolfie, który urodził się z czerwonym nosem, przez co inne renifery wyśmiewały go i "dokuczały mu do łez". Odmienność Rudolfa docenił jednak Święty Mikołaj, który uznał, że świecący nos Rudolfa czyni go idealnym kandydatem do prowadzenia jego sań. Kilka ostatnich stron tworzonej własnoręcznie książeczki spłynęło łzami Maya, bo w lipcu 1939 roku Evelyn zmarła. Robert, choć załamany, znalazł w sobie dość determinacji, żeby dokończyć bajkę i dostarczyć ją najmłodszym, a przede wszystkim Barbarze, w sam raz na święta.

Opowieść o Rudolfie została bardzo ciepło przyjęta w Montgomery Wards. Dziesiątki tysięcy kopii powędrowały do sklepów w całych Stanach Zjednoczonych, a do 1946 roku rozeszło się 6 mln książeczek. Niedługo potem, dzięki szerokiej dystrybucji i szefowi, który zwrócił mu prawa autorskie, May stał się bogaczem, a w międzyczasie założył nową rodzinę i nie mógł sobie wymarzyć lepszego życia. 

Szwagier Maya, Johnny Marks, postanowił napisać piosenkę na podstawie "Rudolfa". Brakowało jednak chętnych wokalistów do jej nagrania. Odmówił "głos świąt", czyli Bing Crosby, odmówiła Dinah Shore, odmawiali kolejni artyści, aż w końcu utwór trafił do rąk Gene'a Autry'ego, gwiazdy muzyki country. Autry już wcześniej śpiewał numery dla dzieci, więc był świetnym kandydatem, ale i on podchodził do propozycji bez przekonania. Za namową żony zgodził się umieścić "Rudolph The Red Nosed Reindeer" na stronie "B" singla "If It Doesn't Snow This Christmas". Nie spodziewał się, że kiedy zaśpiewa utwór o nieszczęśliwym reniferze na rodeo w Madison Square Garden, tłum po prostu oszaleje. "Rudolph" szybko znalazł się na pierwszym miejscu list przebojów, a w kolejnych latach zagrzał ciepłe drugie miejsce w zestawieniu najchętniej kupowanych świątecznych singli wszech czasów. 

 

"White Christmas". Świąteczna kartka od Binga Crosby'ego, Irvinga Berlina i żołnierzy na frontach II wojny światowej

Bingowi Crosby'emu może i przeszedł koło nosa drugi najlepiej sprzedający się świąteczny utwór w historii, ale to do niego należy numer jeden. Aktor i wokalista do dziś jest uważany za jednego z najbardziej utytułowanych artystów muzyki rozrywkowej, a jego kariera zasięgiem objęła radio, telewizję i film. Jak zaskarbił sobie miano "głosu świąt"? 

Podobnie jak w przypadku "Rudolfa", wszystko zaczęło się w latach 30., odznaczających bardzo trudne czasy wielkiego kryzysu ekonomicznego. Crosby, mężczyzna o silnej wierze, nagrywał wtedy dla legendarnej wytwórni Decca. W 1935 roku był już bardzo uznanym showmanem. Jak pisze Ace Collins, kiedy Crosby wydał wtedy własną wersję kolędy "Silent Night", zaskoczył wielu swoich miłośników. Ta odsłona słynnego świątecznego utworu zdobyła niesamowitą popularność i utrzymywała się na notowaniach list przebojów przez ładnych parę lat. Crosby stał się jednak ikoną bożonarodzeniowej muzyki za sprawą współpracy z Irvingiem Berlinem, który podsunął mu piosenkę pod tytułem "White Christmas".

Berlin należał do najbardziej rozchwytywanych kompozytorów swoich czasów. Doskonale wyczuwał, czego chcą słuchać Amerykanie i przekuwał niebywały talent w wielkie przeboje (m. in. "Blue Skies", "God Bless America" i "There's No Business Like Showbusiness"). W 1941 roku zaoferowano mu skomponowanie ścieżki dźwiękowej do filmu "Holiday Inn" z Bingiem Crosbym i Fredem Astaire'em w rolach głównych. Muzyk miał pewien kłopot z jednym z numerów - z racji, że był wyznania żydowskiego, trudnym zadaniem okazało się dla niego napisanie piosenki bożonarodzeniowej na bazie doświadczeń, których nie miał. Postanowił jednak wykorzystać wszelką posiadaną wiedzę - myślał o tym, że kiedy w Nowym Jorku w święta pada śnieg, a dzieci lepią bałwany i szaleją wśród białego puchu, w Kalifornii o takim klimacie można jedynie pomarzyć. Tak narodziło się "White Christmas", motyw przewodni "Holiday Inn". 

 

Kompozytor początkowo nie był usatysfakcjonowany efektem swojej pracy, ale kiedy zapoznał się z nim Bing Crosby, nie miał żadnych wątpliwości, że to kawałek stworzony dla niego. Po raz pierwszy wokalista zaśpiewał "White Christmas" na żywo w radiu 25 grudnia 1941 roku. To były szczególne święta - trzy tygodnie wcześniej Stany Zjednoczone włączyły się do II wojny światowej. Występ Crosby'ego spotkał się z tak pozytywnym odbiorem, że po sześciu miesiącach artysta wszedł z "White Christmas" do studia. Kiedy "Holiday Inn" pojawił się w kinach, piosenkę wydano jako singiel, który okupował szczyty list przebojów przez dwanaście tygodni. Motorem dla jego popularności był nie tylko film, ale i rodzinne rozłąki spowodowane wojną - w końcu każdy żołnierz "w marzeniach widział znów święta, które znał sprzed lat". W 1942 roku Irving Berlin otrzymał za "White Christmas" Oscara.

Utwór w wykonaniu Crosby'ego łącznie sprzedał się w liczbie ponad 30 mln egzemplarzy i pozostaje najpopularniejszą pod względem kupionych kopii świąteczną kompozycją w dziejach muzyki rozrywkowej. Sam wokalista do ostatnich dni swojego życia kochał bożonarodzeniowy klimat i chętnie śpiewał związane z nim piosenki. W 1977 roku, niedługo przed śmiercią, Bing Crosby zarejestrował świąteczny program telewizyjny. Po raz ostatni w oryginale wybrzmiał wtedy utwór, który znalazł miejsce w sercach kilku pokoleń słuchaczy. Trudno wyobrazić sobie lepszą formę pożegnania z artystą zwanym "głosem świąt".