Redakcja Gazeta.pl na koniec muzycznej dekady. O tych piosenkach nie zapomnimy szybko

Żegnamy dekadę, która w muzyce była niezwykle barwnym i różnorodnym okresem, a zdaje się, że uciekła wręcz niepostrzeżenie. Redakcyjni melomani podzielili się swoimi ulubionymi utworami oraz evergreenami z ostatnich dziesięciu lat.

Naszej subiektywnej selekcji pożegnalnej na pożegnanie lat 2010-2019 możecie posłuchać na Spotify:

Bartosz Raj (szef newsroomu Gazeta.pl):

"Wall of Glass" to wydany w 2017 roku pierwszy solowy singiel Liama Gallaghera, wokalisty legendarnej grupy Oasis, która rozpadła się po gigantycznej awanturze przed koncertem w Paryżu w 2009 roku. Ten numer otwiera album "As You Were" i jest wielkim triumfem młodszego z braci Gallagherów. Po wielu latach posuchy udowodnił, że jak nikt inny na świecie jest w stanie połączyć muzyczne pokolenie lat 90. z obecnymi, czego dowodem sukcesy obu solowych albumów - po "As You Were" także wydany w 2019 r. "Why me? Why not.") został numerem 1 w Anglii. Na koncertach znów zjawiły się wielotysięczne tłumy, które obok nowych kawałków Liama Gallaghera wyją do "Wonderwall", "Stand By Me" czy "Live Forever".

Dodam jeszcze Arctic Monkeys i "Snap Out of It". Z płyty "AM" wybieram właśnie ten, szósty w kolejności singiel, ze wspaniałym teledyskiem i tytułem, który można tłumaczyć na tak wiele sposobów. Mimo że wydany w 2014 r., zachowuje świeżość, a refren nucą starzy i młodzi, jeśli tylko mają głowę zajętą złymi rzeczami. Wtedy okrzyk "Snap out of it" pomaga! Zapewne z tego albumu (rok 2013) dużo bardziej znane są "Do I Wanna Know?" czy "R U Mine?", ale sam fakt, że artyści zdecydowali się wydać tak wiele singli, czegoś dowodzi. Arctic Monkeys udowodnili, że dobra rockowa muzyka jest nieśmiertelna, a w tej walce na szalonym rynku zdobyli nawet USA, co wcale nie jest proste.

Ach, trzeba też wspomnieć "Happy" Pharrella Williamsa - i tu nie ma co się rozwodzić. Najbardziej radosny kawałek dziesięciolecia. Kopiowany i naśladowany tysiące razy. Taneczne dzieło, które po kilku nutach zostało klasykiem na dekady.

Karolina Deling (szefowa wydawców strony głównej Gazeta.pl):

Żeby w ogóle zacząć wybierać, należało zawęzić kryteria: piosenka musi coś znaczyć nie tylko dla mnie (odrzucamy wspomnienia), poruszać co najmniej pół świata (raczej pewnie pop) i zapadać w pamięć na dłużej niż jedno lato. Dość szybko na szczycie mojego top 10 tej dekady stanęła Adele rozpaczająca po rozstaniu w "Rolling in the Deep" (2010). Kiedy jednak zaczęłam przeglądać sieć, żeby się upewnić, że niczego nie przegapiłam, trafiłam na TO! "Call Me Maybe" Carly Rae Jepsen z 2012 roku…

Tekst jest z grubsza o tym, że facet powinien zadzwonić i nie dzwoni. Ale to nieważne. "Call Me Maybe" śpiewali wszyscy masowo: ja, Ty, politycy, żołnierze, gwiazdy - od Katy Perry po Jamesa Franco. W zasadzie to nawet nie śpiewali, tylko wrzucali do sieci filmiki, na których robili lip-sync do tej piosenki (dorzucając gest dłoni imitującej telefon przy uchu). Czyli robili dokładnie to, na czym kilka lat później wypłynęło Musical.ly, a potem jego następca, bijący dziś wszelkie rekordy Tik-Tok. Poza tym, jeśli w 2019 roku serwis Politico tytułuje klip z Donaldem Trumpem apelującym do przywódców Iranu o telefon "Call Me Maybe", to może znaczyć tylko jedno: cokolwiek o tym myślicie - to właśnie jest piosenka dekady.

Magdalena Walma (Plotek.pl):

"Feel It" brytyjskiego zespołu Archive. Utwór z 2015 roku pochodzi z ich dziesiątej płyty i jest kolejny raz dowodem na to, że z każdą kolejną płytą można mieć nowy pomysł na siebie i jednocześnie pozostać wiernym swoim korzeniom. Archive wielokrotnie występowali w Polsce, na świecie ich utwory utrzymują się na pierwszych miejscach rockowych list przebojów i choć nie są tak szalenie popularni jak największe gwiazdy, to jednak od lat 90. utrzymują stabilną pozycję. A dlaczego to utwór wart zapamiętania w tym dziesięcioleciu? Powód jest nadzwyczaj prosty. Ich wcześniejszy hit "Again" jest z wcześniejszej dekady i niestety, nie da się go zgłosić kolejny raz. A ponieważ Archive na miejsce w hitach dekady zwyczajnie zasługuje, to "Feel It" nadaje się do tego idealnie.

Dorzucę jeszcze "Orð að eigin vali" islandzkiego zespołu Arstidir. Arstidir bez wątpienia znany jest fanom o wiele lżejszych brzmień zarówno wokalnych, jak i instrumentalnych. Islandzka grupa kilkukrotnie występowała w Polsce i ma tę rzadką zaletę, że z języka islandzkiego nie trzeba rozumieć absolutnie nic, żeby całym sobą czuć, o czym panowie śpiewają. Ich europejska kariera zaczęła się, kiedy na jednym z niemieckich dworców fenomenalnie wykonali a capella staroislandzki hymn. Jeśli Arstidir nie znacie, to warto to zmienić - w kolejnej dekadzie bez wątpienia uraczą nas przynajmniej dwiema (a może i trzema) płytami.

Maja Piskadło (Kultura Gazeta.pl):

Między latami 2010 a 2019 zdążyłam skończyć podstawówkę, gimnazjum, liceum i dotrwać do trzeciego roku studiów. Działo się dużo i jeszcze więcej, ale jestem w stanie wypunktować w tym okresie kilka elementów stałych. Jeden z nich to moja wielka miłość do muzycznego mainstreamu, którą noszę w sercu od dziecka. Za tą właśnie miłością idzie mój wybór numeru dekady.

W 2013 roku panowie z Daft Punk na albumie "Random Access Memories" zaserwowali kompilację kawałków, które pozostaną żywe już raczej wiecznie. "Instant Crush" z Julianem Casablancasem, "Touch" z Paulem Williamsem... No i on. "Get Lucky". Kiedy tylko słyszę pierwsze takty - ten hi-hat, bas, gitarę rytmiczną - wspomnieniami od razu jestem w najlepszych miejscach, w których miałam okazję do tej pory być. Duszny Nowy Jork latem 2013 roku, koncerty Dawida Podsiadło, na których niegdyś grywał mash-up "Get Lucky" i "Trójkątów i kwadratów", tańce z przyjaciółmi na dosłownie każdej dobrej imprezie... Mogłabym pisać i pisać.

Ten numer łączy w sobie wszystko, co kocham: motyw disco-funku, któremu ze swoją gitarą przewodzi legendarny Nile Rodgers z grupy Chic; wokal Pharrella Williamsa, zmieniającego w złoto każdą rzecz, której się dotknie; szczyptę elektroniki, no i tę cudowną nostalgię... "Get Lucky" to kompleksowa oferta najlepszych rzeczy, które mainstream mógł nam dać. Gdyby zdarzyło mi się przedwcześnie umrzeć, proszę zagrać ten kawałek na moim pogrzebie. Mam zamiar razem z nim żyć wiecznie. 

Wiktoria Beczek (wydawczyni Wiadomości Gazeta.pl):

"You Ruined New York City For Me" Fletcher to minialbum o złamanym sercu. Banał? Być może. Ale ta opowieść jest nadzwyczajnie szczera, jakby spisana z wyznań przed terapeutą. Fletcher śpiewa: wolę słuchać twoich kłamstw, niż się rozstać; chciałabym cofnąć to, że byłam pijana i dzwoniłam do ciebie o 5 rano; całe miasto kojarzy mi się z tobą; i w końcu - kiedy wejdziesz z nową dziewczyną do baru, przedstaw mnie i powiedz, że jestem dawną znajomą, a potem całuj ją na moich oczach, aż odechce mi się żyć.

Ta ostatnia piosenka, "All Love", otwiera w sercu głęboko schowaną bliznę, którą ma chyba każdy, kto przeżył jakieś rozstanie albo nieszczęśliwą miłość (uwaga: przeszywająco smutny teledysk oglądasz na własną odpowiedzialność). Poza warstwą tekstową Fletcher jest po prostu świetną wokalistką. I choć dopiero wypływa na szerokie wody, to życzyłabym sobie właśnie takich gwiazd popu - które mają coś do powiedzenia, a na scenę wychodzą z sercem i całą paletą uczuć na dłoni.

Kacper Świsłowski (Wiadomości Gazeta.pl):

Przez chwilę myślałem o ulubionym "Avatar" Swans, ale to jednak "Screen Shot" jest utworem z tej dekady i o tej dekadzie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek takie wyliczanki do mnie trafiały, a ta to robi. No i ten aranż. W XXI wieku, po drugim, jakże szybkim dziesięcioleciu, okrzyki: "Tu! Teraz" są aktualne jak nigdy dotąd. Bezbłędny finisz utworu, oczywiście pełen Michaela Giry.

Justyna Bryczkowska (Kultura Gazeta.pl):

Uważam, że nie może na takiej playliście zabraknąć utworu "Początek", który wykonują Dawid Podsiadło, Krzysztof Zalewski i Kortez. Nie wydaje mi się, żeby w ciągu ostatnich dziesięciu lat jakakolwiek piosenka tak doskonale się poniosła po polskiej widowni w wieku i guście dowolnym, a i przy okazji była tak wybornie skomponowana. Zasadniczo dzięki temu utworowi zapałałam skrajną sympatią i do Dawida Podsiadły, i do Krzysztofa Zalewskiego - niby wcześniej coś słyszałam, ale nieszczególnie mnie to interesowało. A ten kawałeczek pokazał w skoncentrowanej pigule, że mamy młodych, ambitnych muzyków, którzy potrafią komponować takie utwory, które i wpadają w ucho, i przyjemnie się to nuci, i nie są skrajnie durne. Wręcz przeciwnie, są zaskakująco inteligentne, zupełnie nie grafomańskie, a przy okazji takie... optymistyczne. Dla mnie to zaskoczenie!

A skoro przy Krzysztofie Zalewskim jesteśmy, to nie można pominąć jegoż "Miłości Miłości". Jest to nawet nie mój najbardziej ulubiony utwór, ale jest znaczący - bo liryczny, melodyjny, zapadający w pamięć i zwyczajnie wzruszający, choć i subtelnie wyważony. Mnie tym bardziej zaskoczył, że Krzysztofa długie lata pamiętałam głównie z drugiej edycji "Idola" jako długowłosego młodzieńca w czarnej skórze, gustującego w cięższych brzmieniach. Dodajmy przy tym, że w zasadzie tylko tego pana zapamiętałam - a nawet nie wygrał. Zalewski to autentyczny artysta, człowiek z osobowością i pasją, które go wręcz rozsadzają, i to zawsze widać na jego koncertach.

Podobnie jest w przypadku Dawida Podsiadło - trudno mi wybrać jego najbardziej znaczący utwór, ale też i mój ulubiony, bo pisze za dużo fajnych numerów. Ale niechaj to będzie "Pastempomat" - tam jest wszystko, co powinno w dobrym utworze być - i refren, z którym każdy może się utożsamić i zaśpiewać, i cała historia, którą miło prześledzić w słowach, i pyszny podkład muzyczny. Czego więcej chcieć?

Robert Kędzierski (Next Gazeta.pl):

Wybrać jeden utwór, który definiuje mijające dziesięciolecie? Jest ciężko. Wskażę "Tamagotchi" Taconafide. To nowa definicja muzyki, dla mnie zbyt odległa od ulubionego "Pieprzę cię miasto" Peszek i Waglewskiego z poprzedniej dekady. "Tamagotchi" jest jednym z najlepszych dowodów na to, że wielką i wspaniałą przestrzenią dla artysty jest tekst. Nawet jeśli jest to przestrzeń zapełniona treścią zbyt trywialną. Ta piosenka to nie jest poezja ubrana w nuty, jak chociażby "Nieprzysiadalność" Świetlików - jak dla mnie utwór jeszcze wcześniejszej dekady. A może po prostu się postarzałem i nie rozumiem kim są Podsiadło, Kortez czy Taconafide...

Mikołaj Fidziński (Next Gazeta.pl):

To co prawda piosenka raptem sprzed kilku miesięcy, ale uważam, że doskonale zamyka dla mnie klamrą (prawie) całą ostatnią dekadę. W 2011 roku poznałem Basię, od początku łączyła nas wielka sympatia do Michaela Buble, byliśmy dwukrotnie na jego koncertach. W 2017 roku wzięliśmy ślub, a w styczniu 2019 roku urodziła nam się córeczka. Dlaczego akurat "Forever Now" jest dla mnie szczególnie ważną piosenką?

Opowiada o miłości ojca do dziecka. To dla mnie wciąż odkrywane uczucie. Czasem łapię się na tym, że tak bardzo kocham moją córeczkę, że nawet nie wiem, jak to wyrazić. A "Forever Now" w prostych, a jednocześnie ujmujących serce słowach próbuje tę miłość opisać. Że "zawsze będę Cię wspierał", "zawsze będę z Ciebie dumny". I najpiękniejsze dla mnie - "Masz w sobie tyle siły, której - modlę się o to - obyś nigdy nie potrzebowała". Zawsze mam przy tej piosence wilgotne oczy.

Więcej o: